Przysłowia są mądrością narodów. Święta prawda. A to przysłowie wskazuje
nam na niepotrzebne wyolbrzymiane przez nas pewnych rzeczy, bo to, czego się
boimy wcale nie jest tak straszne jak nam się wydaje. I chociaż przysłowia odchodzą
w zapomnienie, to jednak wciąż są żywe, może nie tak powszechnie, jak można by
sobie było tego życzyć, lecz z pewnością ich dni świetności jeszcze nastaną, bo
teraz to mamy inną porę: ciemności i wyczekiwania na lepsze czasy. Niemniej
jednak na nadejście Złotej Ery Ludzkości warto się przygotowywać już teraz. Na
przykład pokonując, przezwyciężając w sobie właśnie strach i różne lęki. W
sumie to możemy sobie mówić, że się nie boimy, ale kiedy przyjdzie co do czego,
to wtedy przekonamy się naprawdę ile w nas odwagi, wiary i pewności w opiekę
Opatrzności.
.
Chyba wszystkim o tym wiadomo, że strach jest najgorszym
rodzajem energii, jaki w ogóle istnieje. Strach jest bezmyślnym zaślepieniem,
brakiem trzeźwej oceny sytuacji, zdarzeń. Jest zamroczeniem, utratą przytomności
i niewiedzą wiodącą wprost na zatracenie. Strach to głupota i ciemnota, to taka
pomroczność, przez którą już nic nie widać. To gorzej, niż jako dziecko chodzić
we mgle.
Strach ma wiele postaci i dopada ludzi z wielu powodów. Możemy
odczuwać lęk przed utratą środków do życia, czyli kluczowe trzymanie się
jakiejś stałej pracy, zabieganie o stałe źródło dochodów. Istnieje strach przed
utratą zdrowia, przed kalectwem - ale przecież to zależy od tego, jakie życie
wybrała sobie dusza zanim wcieliła się do życia w materii. (Sam również
obawiałem się jakiegoś kalectwa, jakiejś ułomności, lecz jak do tej pory nic
takiego mnie nie spotkało, chociaż co do zdrowia, to jednak musiałem przejść
swoje. Tak się stało w ostatnim czasie, bo do tej pory zupełnie nie miałem
żadnych dolegliwości, żadnych kłopotów ze zdrowiem, a i tak nie uciekam się
teraz do żadnych chemicznych „lekarstw” ani nawet do szukania pomocy u tak
zwanych lekarzy.)
Jest też strach przed chorobą. Tutaj w zasadzie nie ma się co
rozpisywać, bo tak naprawdę to najczęściej my same i sami wpędzamy się w różne
choróbska, niby to dbając o swoje zdrowie. A w rzeczywistości to niestety, lecz
to ludzka głupota znów daje o sobie znać.
Istnieje też strach przed starością, byciem niedołężnym czy
opuszczeniem, samotnością. Tak, to jest również poważna obawa, że na starość
pozostaniemy same lub sami, bo nikogo przy nas już nie będzie, więc i nikt nie
będzie się ani opiekować, ani o nas troszczyć. Wiedząc, jaki los spotyka wielu
staruszków, to rzeczywiście takie obawy wcale nie są bezpodstawne. Tym
bardziej, że przecież tak dużo osób w podeszłym wieku trafia do domów starców.
Ale czy mamy na to wpływ, żeby nas to nie spotkało? Czy rzeczywiście tylko od
nas to zależy? Na przykład zabezpieczając się pieniędzmi, to czy możemy mieć
całkowitą pewność uniknięcia takiego zakończenia naszego bytowania na Ziemi?
Jednego jednak możemy być pewni: spotka nas taki los, na jaki żeśmy sobie
zasłużyli. A może i w tym przypadku skoro wiedziemy dobre, uczciwe życie, to i
jego zakończenie będzie mu odpowiadać, będzie na jego miarę, na miarę
porządnego, kryształowego człowieka. Bo cóż mogą powiedzieć ci, co nie mają
żadnych pieniędzy na starość? Czy tylko w środkach materialnych mają pokładać
całą swoją nadzieję i ufność?
Razem z moją małżonką Olivią zapewniliśmy swoje mamy (bo nasi
ojcowie już odeszli z tego świata), że mogą być spokojne. Jeśli nikt nie będzie
mógł, to zaopiekujemy się nimi. Zamieszkają z nami i niczego im nie zabraknie -
głównie samych najlepszych uczuć, troskliwości i opieki.
Innym rodzajem strachu jest ten przed śmiercią. Już tyle o tym
zostało powiedziane i napisane, że śmierci to już bardziej chyba nie można się
bać, bo w sumie te wszystkie religie zamiast napawać spokojem i dodawać otuchy,
odwagi, to tylko straszą i kłamią, gdyż wiedzą o tym, że tak naprawdę śmierci
to nie ma a jest tylko przejście z jednego świata do drugiego. Jest to
opuszczenie naszego wymiaru i udanie się do innego. A zatem żyjemy cały czas.
Jedynie pozostawiamy materię i tę swoją cielesną powlokę, a same i sami, czyli
nasze dusze żyją sobie dalej, bo przecież dusza jest nieśmiertelna. A tylko ciałem
wszak nie jesteśmy, bo właśnie aż duszą i to wieczną duszą! Tak właśnie
tłumaczy i uświadamia nam tę prawdę sam Duchowy Opiekun Ziemi, czyli Duch
Święty, jak go nazwały religie chrześcijańskie.
Zresztą nie ma się co dziwić, bo ten cały watykanizm, jaki od
stuleci się panoszy to tylko straszy na wszystkie sposoby i za wszelką cenę
(głównie za cenę naszej duszy). Zamiast nauczać jak jest naprawdę, to Prawdę
tylko wypacza i szerzy strach, gdyż Śmierć to jest Istota Duchowa, która
przychodzi do danej duszy, jaka opuszcza nasz świat, żeby jej w tym pomóc,
pomóc właśnie w przejściu do tego drugiego, wyższego świata. To tak jak przejść
z jednego pomieszczenia do drugiego i z jednego wymiaru do drugiego - do
zaświatów. A tutaj trzeba zaznaczyć: ta Istota Duchowa zwana Śmiercią: POMAGA w
tej wędrówce, w tym przejściu dusz. I czyż nie jest to następny dowód miłości,
troski o nas naszego umiłowanego Ojca Stworzyciela Jahwe? Bo tak jak przez całe
nasze życie nie jesteśmy pozostawione ani pozostawieni samym sobie, to tak samo
i w tej ostatniej chwili swojej obecności w tym świecie mamy zapewniona pomoc.
Pomoc niezawodną i najlepszą ze wszystkich, gdyż jest to pomoc naszego Najwspanialszego
Ojca Stwórcy.
Już lepszej pomocy ani nie można mieć, ani sobie wyobrazić. Tym
bardziej, że ta Istota Duchowa, która pomaga nam w przejściu do następnego
świata oczywiście nie działa sama, ponieważ jeszcze wiele Istot Duchowych ma do
pomocy. Tak więc takiej opieki i wsparcia z ich strony nikomu nie zabraknie, co
nie jest tylko i jedynie kwestią wiary, że tak jest w istocie, bo skoro przez
całe życie mamy niezbite dowody duchowej opieki, troski, pomocy i prowadzenia,
i skoro przez całe życie doświadczamy ich na co dzień, to jak to możliwe, aby
zwątpić w to u kresu swojej drogi w tym świecie? A czy przypadkiem nie
oznaczałoby to zaparcia się, a nawet wyrzeczenia swojej wiary? Tej głębokiej i
mocnej ufności, że do samego końca jesteśmy w dobrych rękach naszego
Niebiańskiego Ojca!
Bo przecież tak nie jest, abyśmy miały i mieli zawieść i siebie,
i Istoty Duchowe tchórząc w tej tak ważnej chwili naszego życia, gdyż na progu
następnego jego etapu, równie istotnego jak ten poprzedni, ponieważ cały czas
kroczymy naszą drogą ku doskonałości. I bez względu na to, którędy i jak ona
prowadzi, to cały czas wiedzie do jednego i tego samego celu, wiodąc przez
różne wymiary naszego bytowania, istnienia. A tylko od nas samych zależy, czy
na tej drodze chcemy pozostać i na niej się utrzymać, gdyż schodząc z niej skazujemy
się na nie byt, czyli śmierć. Tak, na śmierć, ponieważ w takim przypadku dusza
jednak umiera, kończy ostatecznie swoje istnienie.
I rzeczywiście, oprócz bojaźni Bożej, tej bojaźni jak i pełnego
przeświadczenia, że Stwórca ma pełną władzę nad nami, gdyż tak jak nam sprzyja
i nas kocha, to tak samo może nas srogo doświadczyć i dać porządna nauczkę,
jaką sobie zapamiętamy na długo, na bardzo długo, bo nie tylko na całe życie,
lecz i na jego siedem wcieleń. Tak więc lepiej dla nas samych o tym pamiętać.
żeby przypadkiem nie popaść w pychę, zarozumiałość, przerośnięte ego,
wyolbrzymione ponad miarę własne „ja”, czy choćby jego najmniejszy ślad.
Dobrze wiemy jak mamy żyć i to nie tylko teraz, w tym obecnym
świecie, w tej naszej rzeczywistości, lecz na zawsze. Życie zaś nie oznacza
samego mówienia ani nie polega na wypowiadaniu tylko słów, lecz głównie na
działaniu, na odpowiednim postępowaniu na co dzień, w każdej chwili naszego
wspaniałego życia, bo jaki jego przebieg cały, to i takie też będzie jego
zakończenie w tej przejściowej rzeczywistości, do jakiej przecież nie można się
tak znowu przyzwyczajać, od niej uzależniać, a tym bardziej bać się jej utraty,
bo to tylko nasz chwilowy świat, gdyż czeka nas ten właściwy i wieczny, do
jakiego wcześniej czy później wszyscy udać się musimy. I nie ma przed tym
żadnej ucieczki, A jak do tej podróży się przygotujmy, to już zależy tylko od
nas samych.
Wracając do różnych postaci strachu, to może być on wywołany
groźbą zaistnienia wielu rzeczy, jakie mogą na nas spaść jak grom z jasnego
nieba. Przecież środki masowego przekazu prześcigają się w straszeniu nas
głodem, wojną, klęskami żywiołowymi, ogólnoświatowym ociepleniem, kryzysami
gospodarczymi, politycznymi, różnymi podbojami, (głównie przez inne cywilizacje
z Kosmosu), różnymi plagami, chorobami i nie wiadomo czym jeszcze. No po prostu
aż strach żyć. Tak więc to programowanie, kierowanie ludzi na określone tory
myślenia, nastawianie naszych myśli, żeby się bać wszystkiego, a nawet własnego
cienia trwa w najlepsze.
(Tutaj głównie telewizja cały czas nadaje zakłamany, czyli
programowany obraz rzeczywistości. Taki, jaki by chcieli, żeby był na co dzień
i wszędzie).
Tylko w jakiś dziwny sposób, bo jakby na komendę i zobowiązani
jakąś zmową milczenia wszyscy pomijają to, co najważniejsze w tym wszystkim. Mianowicie
podlegamy przemianie wynikającej ze zmiany Energii. Energia trzeciego wymiaru
ustępuje miejsca Energii czwartego wymiaru. A Czas tylko w tym pomaga, bo sam również
jest Energią. No i tutaj można sobie zadać pytanie: „czy aby czas pracuje na
moją korzyść?”. A jeśli tak, to czy wystarczy, żeby od dzisiaj, albo od wczoraj
mi sprzyjał?
Zresztą, zmagania ze strachem i z różnymi lękami wymagają
ciężkiej pracy nad sobą i potrzebują właśnie czasu, dłuższego lub krótszego,
lecz zawsze ten czas jest na wagę złota.
Kiedyś, w latach jeszcze szkoły powszechnej, inaczej
podstawowej, rozpleniło się coś takiego, jak tak zwani „gitowcy”, czyli „git
ludzie”. To była istna plaga. Panoszyli się po podwórkach, boiskach, lali i
tłukli kogo tylko chcieli, a przy tym nie tylko okradali kogo się tylko dało. Naznaczali
się różnymi tatuażami, nacinali przedramiona nożami, więc nic przyjemnego. Byli
stałymi bywalcami poprawczaków i więzień. Pewnego razu przypałętali się na
szkolne boisko. Akurat tak się złożyło, że również tam byłem, a co gorsza
miałem swój rower. Był już bardzo wysłużony, ale jeździł.
„Gitowców” przyszło dwóch. To było po lekcjach, a na boisku
zaledwie kilkoro dzieci. Same szkraby. Jeden z gitowców od razu położył swoje
łapy na moim rowerku i już chciał mi go zabrać, jednak jego opłakany wygląd i stan
techniczny skutecznie zniechęcił starszego ode mnie chłopaka, żeby mi go
ukraść. Oczywiście o czynnym sprzeciwie z mojej strony nie mogło być mowy, bo
jak by się nawet udało takiego zbić i się obronić, to następnego dnia miało się
już na głowie całą zgraję takich „przyjemniaczków”. A on zauważył jeszcze pompkę
do roweru. „Sprzedam ją”. Rzucił krótko do mnie, sprawdzając przy tym, jak
działa. Robiło się to w bardzo prosty sposób. Wystarczyło kciukiem zatkać wylot
powietrza, a drugą ręką popychać rączkę połączoną z tłokiem pompki. „Też jest
popsuta”. Powiedziałem próbując ją ocalić. Sama pompka rowerowa zaś też jak na
zawołanie zaczęła przepuszczać powietrze, to znaczy jej uszczelka była
nieszczelna, co objawiało się stawianiem przez tłok małego oporu i małym
ciśnieniem powietrza na wylocie pompki.
Chłopak zniechęcony tylko mi ją oddał i w końcu sobie poszli.
Jednak uraz w moim umyśle pozostał, chociażby ten, że mogli mnie okraść a ja
byłem bezsilny. (Teraz to wiem, że sam to jestem bezsilny, ale mając Opiekę, to
już co innego). Wkrótce potem, może tydzień później, jak niemal każdego dnia
uganialiśmy się za piłką, czyli graliśmy w „gałę”. Nagle ktoś rzucił: „gity
idą”. Jak tylko to usłyszałem, to tak się przestraszyłem, że z miejsca
powiedziałem: „idę do domu”, na co jeden kolega z mojej drużyny od razu się na
mnie wydarł: „nie bój się!”. „Graj!”.
Rzeczywiście, tym razem mogłem być spokojniejszy, bo ten, który
mnie skrzyczał był przez tych gitowców znany i go nie ruszali, nie nękali go.
Zdaje się, że miał z nimi jakieś powiązania, ale sam gitowcem nie był. Tak
przynajmniej mi się wtedy wydawało. Mimo to i pomimo jego wrzasku, żebym się
nie bał i grał dalej szybko wsiadłem na rower i już mnie nie było. Po prostu
bałem się ponownego spotkania z tymi „przyjemniaczkami” oraz ich niecnych
zamiarów. Przestraszyłem się, że tym rzazem to jednak mnie okradną.
I na tym właśnie polega ten strach. Jak coś sobie ubzduramy, to
ogarnia nas przerażenie, jakie najczęściej prowadzi do jeszcze większego
nieszczęścia, ponieważ powodowani lękiem wpadamy z przysłowiowego deszczu pod
rynnę. I na tej zasadzie to działa, o czym doskonale wiedzą nasi prześladowcy,
możni tego świata, inaczej wyznawcy śmierci i swego kamrata, jakiego sobie
wymyślili. Oni już wiedzą jak trafić, uderzyć w słaby punkt człowieka, jakim
jest umysł. Bo skoro nie mogą nam zaszkodzić, bo nie mogą (o tym za chwilę), to
zwyczajnie robią to tak, że same i sami ich w tym wyręczamy. Tak, to właśnie
nikt inny jak tylko my działamy na własną szkodę! Same i sami zastawiamy na
siebie śmiertelną pułapkę, z której już nie ma wyjścia, bo najczęściej jest po
prostu za późno. A tą pułapką jest nasz umysł. I to jest ta najbardziej wrażliwa
istota naszego jestestwa. Nie pozostaje nam więc nic innego, jak zmienić to na
naszą korzyść.
A działa to tak, otóż - niektóre osoby zwykły mówić: „ja to mam
pecha, bo ciągle coś złego mi się przytrafia”. Innymi słowy, dochodzi tutaj do
ciągłego wytwarzania ujemnej, niekorzystnej energii. (Energii negatywnej).
Takie osoby ciągle się programują, same się nastawiają, że wszystko idzie im
źle, więc to tylko kwestia czasu, kiedy jakieś nieszczęście znów im się
przytrafi. A kiedy tak się staje, to mają tym większe przeświadczenie o swoim
„pechu”. I tak koło się zamyka. Podobnie jest ze strachem. Kiedy nakręcamy
sobie taką spiralę strachu, to tak, jakbyśmy założyli sobie pętlę na szyję. Bezmyślnie
i ślepo dajemy się prowadzić tym „macherom”, reżyserom tej zakłamanej
rzeczywistości w stronę prawdziwego zagrożenia. A kiedy tam się znajdziemy, to
już jest za późno, bo ono właśnie nas już dopadło. Takim sztandarowym tego przykładem
są szczepienia.
Jak już damy się nastraszyć i zastraszyć, a potem zaszczepić, no
to wtedy zaczynają się choróbska i zdrowie się sypie na całego. Tutaj trzeba
nadmienić, że każde, ale to każde bez wyjątku płatne ogłoszenie w środkach
masowego przekazu, (Internet, prasa, radio, telewizja), dotyczące zdrowia,
wyżywienia, opieki lekarskiej jest skierowana przeciwko nam. No chyba, że
akurat dotyczy jakiejś naprawdę zdrowej żywności, na przykład miodu albo ziół,
jednak nie pamiętam, kiedy ostatnio na taką się natknęliśmy. A najgorsze to są
(oprócz tak zwanych „lekarstw”) środki przeciwbólowe, szczepionki, wszelkiego
rodzaju zapachy rozpylane w domu czy samochodzie, wiele środków zmiękczających
do prania, środki czystości no i przede wszystkim kosmetyki. (A przy okazji:
dobry kosmetyk to taki, jaki można zjeść). Nie mówiąc już o wysoce przetworzonej
żywności, a na pierwszym miejscu przesłodzonych napojach gazowanych. (To już po
prostu istna trucizna).
Oczywiście, nie można przy tym popadać w skrajność i niczego nie
dotykać, nie jeść ani pić, bo nawet sama woda pitna do spożycia bardzo często
już się nie nadaje, no ale przecież nie można dać się zwariować. I tutaj
właśnie tkwi sedno sprawy. Silny umysł! Tak, po prostu - odporność umysłu na
takie podprogowe i niskie zagrywki możnych tego świata. Postępować odwrotnie do
tego, co tak nachalnie się nam wtłacza do głowy. Kupować na raty - nie,
odłożyć, albo kupić tańsze używanie. Jeść na ulicy jakieś szybkie dania - nie,
przyrządzać sobie potrawy w domu. Picie alkoholu - no, może od czasu do czasu,
ale naprawdę niewiele, bo zawsze lepsze ziółka, grzybki tybetańskie lub inne
tego rodzaju napitki. Wyjątkiem są oczywiście własne winka czy inne nalewki. (Pamiętam
tę z orzechów włoskich, jaką robiła moja mama… Szkoda, że wtedy byłem jeszcze taki
młody i nie chciałem zbyt często jej kosztować…)
Przykładów można by mnożyć, jak chociażby nie ubezpieczać się,
bo to naprawdę pieniądze wyrzucone w błoto. Dlaczego? Jest kilka ważnych
powodów. Trzeba zacząć od tego, że WSZYSCY, ale to wszyscy bez wyjątku mamy
ciągłą pomoc i opiekę z Wysokości. Każda osoba posiada swego Ducha
Opiekuńczego, inaczej Anioła Stróża, który czuwa nad nami przez cały czas. A
kiedy tylko zachodzi taka potrzeba, bo akurat dzieje się coś nadzwyczajnego
albo wyjątkowe okoliczności tego wymagają, to przychodzi odpowiednia Istota
Duchowa, co jest w stanie pomóc w szczególnych przypadkach, w jakich Duch
Opiekuńczy mógłby sobie nie poradzić.
A zatem tutaj oprócz WIARY w taką Niebiańską Opiekę należałoby
się wykazać i odpowiednim rozumieniem właściwego porządku rzeczy. A zatem
jestem bytem lub wcieloną istotą duchową, która JUŻ WCZEŚNIEJ, bo w Świecie
Ducha ustaliła swój pobyt na Ziemi, swoje życie w ciele, w materii, więc nie ma
takiej siły na tym świecie ziemskim, żeby temu przeszkodzić albo temu
zaszkodzić.
To, co każda dusza SAMA sobie przeznaczyła, to będzie miała. A
jak wiedzie przyzwoite i porządne życie, to tym bardziej jest ono wtedy lepsze.
Z książki „Znak Czasu” utkwiło mi w pamięci i takie zdanie: Myśli to słowa,
słowa to czyny, czyny zaś to los człowieczy, który jest jego przeznaczeniem. Nie
jest to zdanie przytoczone słowo w słowo, ale prosimy zwrócić uwagę: myśl jest
początkiem, od myśli wszystko się zaczyna i od niej tak wiele zależy. (O ile
nie najwięcej).
A myśl to nic innego, jak i odpowiedni stopień poznania. Myśl,
to wzniosłe rozumowanie, to praca nad sobą i swojego rodzaju karność,
posłuszeństwo, czystość. (Oczywiście
myśl to również energia, moc sprawcza). Jak na przykład miałem kłopoty z
niesfornymi, głupimi myślami, których za wszelką cenę chciałem się pozbyć, to zacząłem
sobie powtarzać: „Wszystkim brzydkim, głupim, niskim i złym myślą brak do mnie
dostępu”. I pomogło.
Proszę przy tym zauważyć, że w tym zdaniu nie ma żadnego
przeczenia, jak choćby: „nie mam złych myśli”. Chodzi o to, że dla umysłu słowo
„nie” ma znaczenie czegoś urojonego, nierzeczywistego. Dla niego słowo „nie” to
czysta abstrakcja, ono nie istnieje. Słowo „nie” umysł po prostu odrzuca i pomija.
A zatem takie zdanie: „nie mam złych myśli” dla naszego umysłu brzmi
następująco: „mam złe myśli”. Prosimy o tym pamiętać. To jest niezwykle ważne. Dlatego
to mówimy sobie: jestem silna/silny i zdrowa/zdrowy. (A nie: „Nie jestem słaba/słaby
i nie jestem chora/chory”, bo to jest olbrzymia i zasadnicza różnica).
I dlatego właśnie nasi prześladowcy i sługusy tego chorego
systemu cały czas ogromnie dbają o nasze umysły, lecz jedynie w tym złym
znaczeniu. Nie chcą, byśmy wiedzieli za dużo a zwłaszcza, byśmy potrafili w
pełni nasz umysł wykorzystywać dla rzeczy dobrych, tak własnych jak i innych, i
całej Planety.
Tak więc nie ma co słuchać tych różnych bzdur (których
wylęgarnią jest głównie telewizja), i które ludziom próbują wkładać do głowy
wszyscy ci, co należą do śmierci (czyli umarlaki albo trupiarze), bo sami są
już umarli za życia, ci wszyscy możni tego świata oraz wszyscy ich poplecznicy,
klakierzy. Wyznawcami Życia to oni wcale nie są, bo życie na każdym kroku
zwalczają, niszczą szerząc właśnie śmierć i nieistnienie. A skoro oni sami
należą do śmierci, a śmierć nie istnieje, gdyż Życie ją pokonało, to wyznawców
śmierci też nie ma, bo razem z nią odeszli. Sami więc skazali się na nie byt.
Jednak korzystają z każdej okazji, bo to właśnie oni sprawiają,
że strach towarzyszy nam od najmłodszych lat. Jeszcze z przedszkola zapewne pamiętamy
piosenki i zabawy mające go jeszcze spotęgować. Na przykład: „stary niedźwiedź
mocno śpi. Na palcach chodzimy, bo się go boimy. Jak się zbudzi to nas zje!”. I
jeszcze jedna: „gąski, gąski do domu. Boimy się!. Czego? Wilka złego”. (W
dodatku jeszcze ten język angielski, bo wyspiarze co drugie zdanie zaczynają od
stwierdzenia: „obawiam się”…) Nie ma się zatem co dziwić, że wyzbycie się
strachu, pokonanie, przezwyciężenie różnych obaw czy lęków niekiedy może być
trudne, lecz z całą pewnością jest możliwe. Strach jest pewnego rodzaju ułomnością,
z jakiej można się wydostać pracując nad sobą. Trzeba tylko chcieć. Wystarczy
na przykład zwalczyć w sobie przesądy, zabobony. Prosta sprawa. W moim przypadku
dane mi było wyleczyć się z tego jeszcze w szkole powszechnej. Jasne, kosztowało
to sporo pracy i nawet dziecięcej odwagi, jednak najważniejsze jest całkowite wyzbycie
się tych głupot.
Ale tutaj muszę się otwarcie przyznać, że samemu nie zawsze mi
się to udawało, czyli to zwalczanie w sobie strachu. W pracy wiele razy
zdarzało mi się myśleć, wręcz bać się, że wykonanie określonej czynności, wypełnienie
jakiegoś zadania przerasta moje możliwości. Z miejsca wszystko czarno widziałem
i byłem przekonany, że wszystkie sprawy z tym związane muszą się potoczyć w jak
najgorszy sposób. Jednak jakimś pięknym zrządzeniem losu nagle wszystko
zaczynało układać się bardzo dobrze oraz iść tak gładko, że aż chciało się
śpiewać. Lęk przed zawaleniem danej sprawy szybko ustępował, zresztą tak samo
jak i mroczne myśli z tym związane.
Oczywiście trzeba umieć rozróżnić pewne rzeczy, należy zdać
sobie sprawę z tego, w jakich czasach przyszło nam teraz żyć. Mianowicie nikt
tutaj nie namawia do jakiejś walki z wiatrakami. Nie da się iść pod silny
wiatr. Z nawałnicą chorego systemu nie ma się co mocować. Pomimo Opieki
Duchowej, jaką mamy nie można beztrosko narażać się na niebezpieczeństwo.
Rozwaga i trzeźwa ocena rzeczywistości w dzisiejszych czasach jest jak
najbardziej wskazaną. Na siłę nie ma co zwalczać tego całego zła, jakie wokół na
dobre się rozpanoszyło.
Jeszcze w szkole średniej cały czas przychodziło mi na myśl, że
nie ma co wychodzić na ulice, brać udziału w „zadymach” i walczyć z
milicjantami, ani bić się z ZOMO. Niektórych kolegów z klasy ponosiło i zajmowali
się rozpowszechnianiem ulotek. Jeden nawet je rozrzucał z kina Moskwa i został złapany
przez „stróżów prawa”. Co do mnie, to jedyną moją „działalnością wywrotową”
było noszenia znaczka z napisem „Solidarność”, no i chodzenie do jednej klasy z
chłopakami od ulotek. Nawet opornika sobie nie przypinałem do ubrania.
Ciągle byłem przeświadczony o możliwych zmianach, lecz na
poziomie umysłu. Dane mi było widzieć, i to całkiem wyraźnie, jak inny sposób
myślenia wpływa na poprawę naszego świata. Wystarczyłoby, żeby ówcześni
komuniści, politycy uznali racje robotników, czyli zwykłych ludzi i dali by im
żyć po ludzku. Uczciwa praca to i uczciwe za nią wynagrodzenie. Prawdziwa
samowładność i pełne uniezależnienie od jakiegokolwiek innego kraju, rządu i
sił politycznych, religijnych albo wojskowych.
Ale niestety, ludzki umysł został zawładnięty przez ciemne moce
i ciągle jest na usługach zła. Wtedy jeszcze tego nie rozumiałem. Nie byłem też
świadomy wielu prześladowań i zbrodni dokonanych na zwykłych ludziach, a także
na tych, co w czasie wojny walczyli w obronie Polski, lecz nie pod znakiem
czerwonej gwiazdy. Potem było strzelanie do robotników, również i u naszych
sąsiadów. Zabijano się w Czechach i na Węgrzech.
Kiedy po latach dowiedziałem się o tym, to poczułem się
oszukany, jakby zubożony. To było tak, jakby ktoś pozbawił mnie jakiejś ważnej
cząstki życia. Z drugiej zaś strony ta nieświadomość dawała beztroskę młodzieńczych
lat. Nawet przestroga mamy, żeby za dużo nie żartować sobie z komunistów
zupełnie do mnie nie docierała. A to dlatego, gdyż nie wiedziałem tego co ona,
do czego była zdolna ta służba bezpieczeństwa, ile cierpienia i okrucieństwa
potrafiła zadać.
Tak samo musiał być nieświadomy Wieńczysław, mój serdeczny kolega
ze szkolnej ławki. Jednak nie przeszkodziło mu to w bardzo surowym
potraktowaniu swego ojca. Pamiętam jak pewnego dnia, kiedy czasy w Polsce były
niespokojne, a było to niedługo przed wprowadzeniem stanu wojennego, jego tata
(należący do PZPR - partii socjalistycznej) poprosił go o sprawdzenie, czy
drzwi ich mieszkania są dobrze zamknięte. Powiedział to pełen obawy, nawiązując
do tragicznych wydarzeń na Węgrzech z lat pięćdziesiątych. (Wtedy komunistów wieszano
na latarniach). A gdy jego syn to usłyszał, to od razu odparł: „Trudno, jak się
naważyło piwa, to trzeba teraz je wpić”. Jak to usłyszałem, to zamurowało mnie
w stopniu nie mniejszym niż jego ojca. Jeszcze tylko mama Wieńczysława wyraziła
swoje oburzenie, ale co sobie myślał, to był już powiedział. On zawsze był już taki
bezpośredni…
Podsumowując można by stwierdzić, że wskazane jest unikanie
pełnej przynależności do tej zakłamanej rzeczywistości. I dobrze by było
przestać się też w pełni od niej uzależniać.
Na przykład zamiast leczyć się jakąś paskudną chemią lepiej
stosować skuteczne zioła i przezornie zapobiegać różnym choróbskom zdrową,
pełnowartościową żywnością. Unikać chemii na każdym kroku, a zwłaszcza tej w
pożywieniu. Jasne, jak najbardziej, to wymaga i pracy, i poświęcenia. Bez
wysiłku nie ma wyników. Można korzystać ze zdobyczy technicznych, takich jak
samochodów, telefonów przenośnych, „maszobów”, czyli maszyn obliczeniowych,
inaczej komputerów, czy tam jeszcze innych jakichś wynalazków (cyfrosprzętów),
ale nie uzależniać się od nich do tego stopnia, żeby bez nich nie dało się już żyć.
A jeśli chcemy walczyć ze złem, to lepiej ze złem nie tego
systemu, lecz tym własnym, wewnątrz każdej i każdego z nas. Tutaj dopiero mamy
szerokie pole do popisu… Dbajmy o siebie i swoich najbliższym, pielęgnujmy
piękne więzi rodzinne, nie tylko z tą ziemską, ale przede wszystkim z tą
Duchową Rodziną. Bądźmy prawdziwymi przyjaciółmi dla siebie i przestańmy
marnotrawić swoje zasoby - zarówno te duchowe jak i materialne. Bądźmy uprzejmi
dla siebie nawzajem, choćby dla tego niemiłego sprzedawcy w sklepie, albo opryskliwej
urzędniczki. A wtedy wielokrotnie będziemy zaskoczeni tym, co się wydarzy. To
są takie niespodzianki, co łatwiej wyzwalają uśmiech na naszej i nie tylko
naszej twarzy. Naprawdę warto podjąć ten trud takiej walki ze złem, tym złem,
które mamy w swoim bezpośrednim zasięgu, tym złem międzyludzkim, złem
człowieczym, złem dzielącym, poróżniającym, robiącym z nas wrogów. Z jednej
strony jest to trudne, wymaga sporego wysiłku, z drugiej zaś przychodzi z jakąś
zaskakującą łatwością. Zresztą, wszystko jest trudne zanim stanie się proste. A
żeby się o tym przekonać, to wystarczy zwyczajnie zacząć działać i tyle.
A tak w ogóle, to straszyć to my, a nie nas, bo to ich los jest
pożałowania godny i to ze wszech miar - w najwyższym stopniu. Ich postępowanie
wiedzie ich na prawdziwą śmierć, na tę drugą, bo śmierć duszy - straszną i
nieodwracalną. To oni sami skazują się na nie byt, na nie istnienie i na
wieczne zatracenie. Skazują się na nicość, z której nie ma już żadnego powrotu.
A skoro tak, no to mają czego sami chcieli, mają to, o co sami tak zabiegają.
Zbierają co sami zasiali, czyli śmierć. A nam jest przeznaczone Życie, Zycie
szczęśliwe. Może jeszcze nie w tym wcieleniu, ale wszystko zmierza ku poprawie
i to wyraźnej poprawie dla takich ludzi, którzy dobro w sercu swym mają.
I na sam koniec można tylko stwierdzić, że Moc Wysokości jest z
nami, wspiera nas i nas chroni. Moc Wysokości jest wieczna i niepokonana,
niezwyciężona, więc żadne inne siły jej nie przemogą, a zwłaszcza te niskie,
które stąd odchodzą i niedługo już wcale ich tu nie będzie. Szukajmy tego co
wieczne, co uduchowione i wzniosłe, tak jak i nasze myśli powinny być kierowane
wysoko. „Z kim się zadajesz takim się stajesz”. Lekkość ducha, nadzieja
lepszego jutra, ufna pewność oraz otucha pozwalają przechodzić ponad przeciwnościami
dnia codziennego. „Bądź mężny i dzielny” - mówi Biblia. Świat Ducha niechętnie zajmuje
się mazgajami, marudami, beksami. Pokaż swoją wartość i miej poczucie własnej
wartości. Bądź wolna i wolny, i wiedz, jak z tej wolności korzystać. A wolność
to wybór swojej przynależności, to wybór Życia, to pełna przynależność do Ojca
Stworzyciela, Jego Synów i Córek. Stańmy się Ich przyjaciółmi, bo naprawdę
warto.
* * *
Czwartek, dnia 15-go października 2020-go roku
Trzeba tu jeszcze napisać o tych możnych tego świata, co ze
strachu o siebie oraz przerażeni widmem utraty władzy oddają się różnym niskim,
bałwochwalczym zabobonom, składając takie czy inne ofiary swemu bogu wojny i
innym bożkom. Strach, to przeciwieństwo poznania, gdyż swój początek bierze z niewiedzy,
żeby nie powiedzieć, że ogarnia samych nieuków.
Bo jakimż to trzeba być ślepcem, jakimż to trzeba być głuchym
ani nierozumnym, aby nie dojrzeć, nie usłyszeć ani nie pojąć tak proste,
przejrzyste, czyste i wzniosłe Prawa Boskie, jego przesłanie miłości, dobra,
szczęścia i życia?!
Może dzieje się tak, że zgłębienie tych Prawd, wyrycie ich sobie
w sercu, zapisanie ich sobie w duchu kosztuje naprawdę ogrom pracy i jakże
wielu wyrzeczeń. Jest to po prostu naprawdę trudna i wyboista droga, jednak
jedyna prowadząca do wieczności ducha, do naszego nieskończonego życia,
istnienia.
Jeśli zaczynamy swoje wędrowanie i mówi się nam, co czeka nas na
końcu - bo można iść dwoma drogami, są tylko dwie możliwości (życie albo śmierć)
- to co wybierze każdy człowiek, będący przy zdrowych zmysłach? I zapewne każdy
duch podejmuje to trafne postanowienie, by żyć, lecz wszystko wskazuje na
jedno: słabość. Tak, niestety, ale tym następnym wrogiem jest właśnie brak sił,
brak wytrwałości, czyli, że ktoś nie jest silny duchem.
I tutaj leży główna przyczyna takiego stanu rzeczy, kiedy duch
ochoczy schodzi na Ziemię, ma wielkie plany swego oczyszczenia, rozwoju i
postępu w doskonaleniu się, lecz nie potrafi pokonać tej czarnej energii, jaką
są wszelkie pokusy doczesności, łatwizna dostatniego bytowania. Tak,
rzeczywiście, takie życie w materii, jak zmierzenie się z tą doczesnością tak
gęsto utkaną cierniami, kolcami to nie lada wyzwanie, jakiemu większość z tych
duchów niestety nie jest w stanie sprostać.
Bo przecież mając nawet materię, pomimo tej cielesnej powłoki
nie można powiedzieć o sobie, że jest się ciałem, tym mundurkiem, jaki się
tymczasowo przywdziewa. Cały czas jest to powłoka ducha, więc Ty i ja nim
jesteśmy - jesteśmy duchem a nie ciałem. Przecież i tutaj duchem cały czas jesteśmy,
mając tylko CHWILOWO tę materialną powłokę! A skoro tak, to w takim razie, w
czym taka trudność?! Jeśli bowiem mamy całą wieczność, a na Ziemi żyjemy tak króciutko,
jak na przykład tyle co jedno mrugniecie okiem, to już wystarczy ta chwila,
żeby zaprzepaścić i stracić całą WIECZNOŚĆ?!
Jeśli tak, to rzeczywiście jest to taką głupotą, jakiej jeszcze
świat nie wdział. A raczej tą, jaka bez przerwy się powtarza i co gorsza,
jeszcze bardziej się nasila, powiększa. Obraz współczesnego świata aż nadto
dobitnie to potwierdza. Zbyt duża zła tutaj się już narobiło, a służą mu ci, co
już dawno zatracili swego ducha, bo jest tak słaby, tak karłowaty, że jedyne,
co potrafi to pastwić się nad innymi, bo sam po prostu się boi. Strach zżera
wielu. Strach jest ślepy i prowadzi do jeszcze większej jego psychozy. Tacy, to
już zaczynają się bać nawet własnego cienia. I tylko cieniem są niestety.
Cieniem samych siebie, gdyż zupełne do siebie niepodobni, kiedy
schodzili aby żyć w materii. Zaprzepaścili więc swoje życie i swoje duchowe
dziedzictwo. Mniejsza już o nich samy, ale co za wstyd? Tak, właśnie wstyd z
powodu tej ich wielkiej głupoty. Mieć wszystko na chwilę, a zaraz potem nie
mieć już nic! Zostać z pustymi rękami, z pustym duchem i w ogóle mieć puste
życie, to znaczy tego życia już nie mieć! I to nigdy więcej! Raz na zawsze je stracić!
Tak… może i przykra sprawa, lecz nie ma co ich żałować, takiego
ducha i wielu innych takich samych, ponieważ marnotrawią święty dar życia.
Przejmować się tymi, co sami o siebie zadbać nie potrafią?! Żałować tych, co
sami zeszli na bezdroża życia, na ugór, bo nie wydali dobrych owoców?! Odczuwać
smutek z powodu ich odejście, kiedy to tylko o siebie mieli staranie w tym chwilowym
bytowaniem, tak źle go wykorzystując?!
Przecież to nie jest ich jedyne wcielenie! Mieli dziesiątki
takich reinkarnacji, a za każdym razem doskonałą możliwość swej poprawy!
Dlaczego z tych wielokrotnych oraz powtarzających się prób, z tych tak wielu
nowych możliwości i szans po prostu nie skorzystali?! Czy ktoś im tego
zabronił, żeby zrobili dobry użytek z tego wszystkiego dla swojego dobra? Czy ktoś
ich zmuszał do ciągłego i bezmyślnego paprania się w tym błocie zła i to zupełnie
świadomie? Tak, świadomie, ponieważ taki duch już dał za wygraną i dla swego ratunku,
jak mu się wydaje, dopuszcza się wszelkiego zła - z pełną rozwagą - bo w jego
mylnym mniemaniu jest to jego jedyną i ostatnią deską ratunku. Do takich pasuje jak ulał określenie: „jaki to mały
człowiek”…
Głupota rodzi strach, ten zaś przeradza się w słabość, obnażając
tchórzostwo. Więcej nie potrzeba nicości.
Urywek z pierwszego listu Pawła apostoła do Rzymian, 8: 38-39:
I jestem pewien, że ani śmierć, ani życie, ani aniołowie, ani
Zwierzchności, ani rzeczy teraźniejsze, ani przyszłe, ani Moce, ani co wysokie,
ani co głębokie, ani jakiekolwiek inne stworzenie nie zdoła nas odłączyć od
miłości Boga, która jest w Chrystusie Jezusie, Panu naszym.
Z własnej woli odcięcie się od Źródła Życia, to pozbawienie się
istnienia, jakie daje wyłącznie Jednia z Ojcem Stworzycielem!