Gwoli wyjaśnienia podstawowa
sprawa. Niniejszy wpis, jak i wszystkie dotychczasowe, umieszczone na tej cyfrazie
(blogu) (czy też napisane lub mające powstać książki) nie były, nie są i nie
będą moim własnym dokonaniem, ani przejawem mojej własnej powiedzmy mądrości,
bystrości umysłu, czy w ogóle moją własną zasługą. To nie tak. Wszyscy
otrzymujemy pomoc od Istot Duchowych nie tylko w postaci natchnienia do pracy
twórczej, na przykład pisarskiej, lecz mamy ich prowadzenie w każdym dniu
naszego życia. Możemy liczyć na ich pomoc w codziennej pracy i zmaganiach z
przeciwnościami losu. Dlatego to zastosowanie liczby mnogiej w opisie
określonych działań, czynności jest jak najbardziej właściwe i uzasadnione,
ponieważ nie ja sam to wszystko wykonuję, ale pomaga mi w tym jeszcze inna
Osoba, Osoba z Wyższego Wymiaru. I nie jest to nic wyjątkowego ani
niecodziennego, ponieważ każda i każdy z nas ma taką samą pomoc. Każdej osobie
żyjącej na tym świecie pomaga Anioł Boży, czyli Anioł Stróż, lub dodatkowo inna
Osoba Duchowa, będąca duchowym Przewodnikiem, Nauczycielem duszy wcielonej.
.
Druga kwestia jest
następująca. Opisane poniżej dokonania (jak to już wiemy, nie są tylko moimi) i
nie mają na celu zwykłego chwalenia się nimi. Nie o to tutaj chodzi. Chodzi nam
natomiast o ukazanie pewnej drogi, w czasie przebywania której dane nam było
spojrzeć na pewne sprawy w innym świetle i zrozumieć wiele rzeczy. I
postanowiliśmy o tym napisać tylko i wyłącznie z jednego powodu. Na własnym
przykładzie chcielibyśmy ukazać, jak z poziomu zakutego łba i jak z poziomu całkowicie
wypranego mózgu, wypełnionego po brzegi samą sieczką (dzisiaj się mówi - zryty
beret), udało się wyrwać z tego pustogłowia, udało się odrzucić programowanie
systemu i było mi dane ujrzeć Matrix, fałsz, w jakim przyszło żyć nam
wszystkim. Oczywiście, wiele rzeczy wcale nie jest odkrywczych, gdyż
powszechnie o nich wiadomo. Bardziej zależy nam na ukazaniu zmiany myślenia i
zmiany własnego postępowania, co jest w sumie najtrudniejsze, ale przecież
możliwe, do czego zachęcamy, ale nie dlatego, żeby ktoś nam uwierzył na słowo.
Jeśli miałoby się tak stać, to tylko dlatego, że dana osoba ma taką wolę i
takie życzenie, żeby samej to sprawdzić i samej tego samego doświadczyć -
przebudzenia. Jak również dlatego, że narodziła się w niej potrzeba przekonana
się na własnej skórze na przykład o tym, co zostało tutaj napisane.
Większość poruszonych tutaj
króciutko zagadnień, została szerzej opisana w książce, dostępnej w internetowej, elektronicznej
sieci sprzedaży, więc postaramy się streszczać i za bardzo nie powtarzać.
W pierwszych latach szkoły
podstawowej, co było w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku, byłem
całkowicie przekonany o wyższości ustroju socjalistycznego nad
kapitalistycznym. Uważałem, że skoro ludzie w Polsce mają pracę, a także nie
mamy żadnych zorganizowanych grup przestępczych, no to w ogóle nie mamy żadnego
powodu do narzekania.
Oczywiście takie niewinne
przeświadczenie szybko uległo zmianie. Najpierw dowiedziałem się, jak bardzo
nasz kraj jest okradany pod względem gospodarczym, a następnie o jeszcze nie
tak dawnych prześladowaniach, torturach, zbrodniach i ciągłym więzieniu ludzi
za ich przekonania polityczne. Nowiny te wywarły na mnie duże wrażenie. Potem w
domu się mówiło, jak i słyszało się od krewnych i znajomych o krwawo
stłumionych strajkach robotniczych w roku 1956-tym, 70-tym i 76-tym. Rzecz
jasna nic o tym wcześniej nie wiedziałem. Zamiast Internetu mieliśmy tylko
drugi obieg wiadomości, czyli pocztę pantoflową - powtarzanie tego, co ktoś od
kogoś coś tam usłyszał.
I to wtedy po raz pierwszy
poczułem się oszukany. Tak bardzo oszukany, jakby ktoś zupełnie się ze mną nie
liczył i miał mnie za nic. Odniosłem wrażenie, jakbym żył w innym świecie, gdyż
obok mnie dzieją się tak ważne rzeczy, o jakich nie mam najmniejszego pojęcia.
Ludzie walczą o swój byt, o poprawę swojego życia, giną za swoje racje w
słusznym sprzeciwie, a nas za pośrednictwem telewizji, radia i gazet utrzymuje
się w błogim przeświadczeniu, że wszystko jest dobrze, bo władza przywróciła
ład i porządek, rozprawiając się z kapitalistyczną reakcją i tłumiąc zamieszki
wywołane przez jakichś bandytów i chuliganów, więc polskie społeczeństwo może
spać spokojnie.
Dopiero wtedy ogarnęły mnie
wątpliwości obnażające niewątpliwe wady ustroju, w jakim przyszło nam żyć, a
dodatkowo zaczęły nieśmiało pojawiać się przychylne kapitalizmowi myśli. Ale
nie tak od razu. Początkowo nie mogłem uwierzyć koledze z klasy, zachwalającemu
ustrój odmienny naszemu. Słuchałem jego opowiadania jak jakiejś bajki. Mówił o
prywatnej własności, o dostatnim życiu, o ludziach mających własne domy,
mieszkania i samochody.
W tym samym czasie drugi
kolega „urabiał” mnie pod kątem bardziej duchowym. Jego nad wyraz przenikliwe
spostrzeżenia dotyczące na przykład bardzo ważnych zmian, zachodzących w
poszczególnych religiach, jego filozoficzne rozważania o tym, co musimy (a musimy
tylko żyć i umrzeć), rozważania o kolorach na różnych poziomach wibracji, na
różnych poziomach rozwoju duchowego - zaczęły na początku (w sposób dla mnie
niewidoczny) tworzyć rysy, pęknięcia na płaskiej powierzchni mojego
nienagannego katolickiego myślenia i zaczęły powoli burzyć ten kilkunastoletni a
skostniały kościelny punkt widzenia, jaki zdawało się, że został mi już na
dobre zaszczepiony i na całe życie we mnie scementowany.
A były wyraźne podstawy do
tego, żeby tak właśnie sądzić, bo oto ja, „wielki ja”, ten „wspaniały”
ministrant, co nie tylko każdej niedzieli biega na mszę, ale i w tygodniu
często do niej służy. I nie tylko służy, ale i Biblię czyta, jako że kurs
lektora skończył. Mało tego. Również i życia klasztornego zaznał, bo na dni
skupienia do jednego z nich pojechał. A miejsce to było nad wyraz wymowne, gdyż
Częstochowy blisko położone. Codzienne praktyki zakonne powołanie kapłańskie
obudzić w nim miały. Brewiarzom, modlitwom, różańcom, śpiewom, adoracjom,
pielgrzymkom przez ponad tydzień końca nie było. I „niestety”, cóż za
marnotrawstwo tak czasu jak i wysiłków. Na marne to wszystko i na nic się to
zdało, bo do kapłaństwa jakoś go nie pchało.
Na kursie lektorskim
uderzyła mnie jedna rzecz. Wydawało mi się, że brała w nim udział ta lepsza
część wyznawców. Wydawało mi się, że ministranci, spośród których wybrano
przyszłych lektorów, powinni wykazywać się bardziej religijną postawą. A kiedy
w czasie przerwy między zajęciami usłyszałem, jak któryś z kolegów coś
opowiadał używając niewybrednych słów, to byłem mocno tym zdegustowany. Kłóciło
się to we mnie, że przyszły lektor a przeklina. Przecież Biblia przestrzega, że
z tych samych ust nie powinno wychodzić i przekleństwo, i błogosławieństwo.
Oczywiście było jeszcze wiele, wiele innych i znacznie poważniejszych zarzutów
szczególnie wobec samych kapłanów, lecz w tym pięknym wieku pełnej naiwności
nie miały one najmniejszego prawa, by choćby na chwilę w mym umyśle się
pojawić. Ale tylko do czasu i to do właściwego czasu, gdyż później stało się to
ze zdwojona siłą.
Stało się to poprzez
następny „zbieg okoliczności”, (dlatego w cudzysłowie, bo wszyscy przecież
wiemy, że takich nie ma) ponieważ na mojej drodze znalazł się kolega mojego
przyjaciela, z którym prowadziliśmy mnogie dysputy religijne. Żeby było
ciekawiej, to tak się „jakoś” złożyło, że dołączył do nich świadek Jehowy. Suma
summarum, nie dość, że mój chytry podstęp się nie udał, to w dodatku sam stałem
się jego ofiarą. Sam nie mogłem w to uwierzyć. Tylko, że następstwa tego są do
dnia dzisiejszego, o czym wtedy nawet mi się nie śniło. A teraz wiem, że bez
tamtych wydarzeń nie byłbym dzisiaj w miejscu, w jakim się znaleźliśmy z całą moją
rodziną.
Kiedy otrzymałem powołanie
do wojska, to nawet tak bardzo się nie przestraszyłem. W końcu i ja powinienem
przysłużyć się Ojczyźnie i coś dla niej poświęcić. I co? Jeszcze nigdy nie
przekonałem się tak szybko, w jakim poważnym jestem błędzie. Już się nie
dziwiłem powszechnie panującemu zdaniu o wojsku, jakie to bagno. Sam dobrze się
o tym przekonałem. Przez prawie dwa lata służby ani razu - ani razu - nie
usłyszeliśmy żadnego, nawet pół słowa o obronie Ojczyzny, o służbie dla kraju i
ludzi, o zaszczytnym honorze znalezienia się w szeregach jej obrońców. Nic z
tych rzeczy.
Samo dołowanie, gnębienie,
zepsucie, demoralizacja, pastwienie się, prześladowanie, chamstwo i grubiaństwo
sowicie okraszane wulgarnością. A to ze strony zarówno kadry jak i samych
kolegów, bo co prawda fala miała się już ku schyłkowi, ale jeszcze przetrwała
kilka lat po zakończenie przeze mnie tej „zaszczytnej” służby wojskowej. Po
wyjściu do cywila, noc w noc przez okrąglutki miesiąc śniły mi się tylko różne
perypetie w wojsku i koszary, koszary, koszary… Normalnie same koszmary.
Jednak największym
zaskoczeniem było to, co dopiero miało nastąpić. W moim przypadku było to
bardzo poważnym wstrząsem, po którym długo nie mogłem dojść do siebie. Rządy
satanistów - umarlaków, którym zależy jedynie, by nas uśmiercić i zniewolić.
Dużo można by o tym pisać, ale powstrzymamy się od tego, ponieważ Internet aż
pęka w szwach od szczegółowych doniesień na ten temat.
W każdym razie zanim czegokolwiek
żeśmy się o tym dowiedzieli, to jedyną rzeczą, o jakiej słyszeliśmy, to była
ta, że święty kalendarz Majów Tzolkin kończy się w grudniu 2012-go roku. A
kiedy nagle zaczęliśmy wertować i przeglądać Internet, żeby dowiedzieć się o tym
czegoś więcej, to spadła na nas taka lawina najróżniejszych doniesień i teorii,
że ich lektura pochłonęła nas bez reszty. Zrozumiałe, że sami byśmy się pogubili
i to nie jeden raz w tym całym gąszczu wszelakich wiadomości, ale mieliśmy
odpowiednie prowadzenie, żeby tak się nie stało, bo stało się to, co było nie
do uniknięcia, a co nieuchronnie miało na nas przyjść.
I tak oto rozpoczęła się
nasza najdłuższa jak do tej pory droga, bo droga uczenia się duchowości i wielu
innych rzeczy związanych z nowym poznawaniem tego świata. Oczywiście tej drogi
sami byśmy nie mogli pokonywać, ani długo się na niej utrzymać. Każdego dnia
mieliśmy pomoc i każdego dnia dodawano nam sił. A jednego takiego dnia, a było to
na początku przygotowywania nas do tej trudnej wędrówki, zostały skierowane do
nas słowa wyrażające, przekazujące nam pewną bardzo prostą a równie genialną
myśl, pochodzącą z Wyższego Wymiaru. Owa myśl wszystko ukazała nam we właściwym
świetle i pozwoliła nam na takie postępowanie, na jakie sami nigdy byśmy się
nie zadecydowali ani zdobyli i to za żadne skarby świata. Te słowa były
następujące: „Żyjcie tak, jakbyście nie mieli ciała”.
W pierwszej chwili nie wiedzieliśmy
o co dokładnie chodzi, natomiast w drugiej chwili, trwającej bagatela ładnych
kilka lat, dane nam było tego i doświadczyć, i przekonać się, że jest to jak
najbardziej możliwym - życie takie, o jakim zostało nam powiedziane.
Stopniowo pozbywaliśmy się i
usuwaliśmy z naszego życia takie zdobycze „cywilizacji”, jak oglądanie telewizji,
przyjmowanie „leków” i zastrzyków. Z naszej diety usunęliśmy wiele szkodliwych a
spożywczo-podobnych produktów. Przestaliśmy korzystać z telefonów komórkowych.
Nie jesteśmy w żadnych sieciach wzajemnej adoracji. Nie mamy kont bankowych,
nie chodzimy do kościoła ani nasze dzieci do szkoły. (Uczą się w domu). Nie
pracujemy zawodowo. Utrzymujemy się z pracy własnych rąk i pomocy Istot
Duchowych. Często dane nam było doświadczyć głodu długimi dniami. Zdarzało się,
że odcinano nam telefon i prąd za nie zapłacone rachunki.
Oczywiście rozumiemy Cię, że
i w Twoim umyśle może powstać zamęt i rozterka, typu jak w tym wszystkim się
odnaleźć, jak to rozumieć, jak do tego się odnieść. A najważniejsze, to jak
dalej z tym wszystkim żyć? Bogactwo głębi wiedzy, płynącej z przekazów
telepatycznych Duchowego Opiekuna Ziemi, przekazującego nam Prawdę, Prawdę o
Oczyszczaniu, jest w tym bardzo pomocne, ponieważ udziela bardzo wielu odpowiedzi,
pouczeń, wskazówek i dobrych rad.
A Prawda o Oczyszczaniu jest
taka, że wszystko to, co dzisiaj dzieje się na Ziemi - choroby, głód, wyzysk,
kradzieże (i te w majestacie „prawa”), nieszczęścia, wojny, szczepienia,
ludobójstwa - odchodzenie ludzi, to wszystko to ma służyć duchowi, ma służyć
obudzeniu się wszystkich nas ludzi bez wyjątku i ujrzeniu przez nas prawdziwego
obrazu naszej rzeczywistości, naszego wymiaru, który powoli, ale stale i
nieubłaganie odchodzi w niebyt.
To co się dzieje ma nam
uprzytomnić rzeczy wymagające poprawy i naprawy. Ma nam uświadomić potrzebę
dokonania zmian, tak w nas samych, jak i w otaczającej nas rzeczywistości. I w
końcu obecne wydarzenia mają nas nauczyć najważniejszego, mianowicie nie tyle,
co jest właściwe a co nie, ponieważ na ogół już teraz dobrze o tym wiemy, a
przynajmniej większość z nas, lecz ma nas nauczyć podążania właściwą drogą,
opowiadania się tylko po jasnej stronie życia i przemierzania tego naszego
istnienia w tym świecie materii tylko i wyłącznie w obecności Istot Duchowych,
tylko i wyłącznie pod wpływem i w natchnieniu Energii Wzniesionych, Czystych,
Najwyższych.
Otrzymujemy bardzo porządną
lekcję właściwego rozróżnienia wartości. Jest to podstawowa lekcja ucząca nas
rozumu, zdrowego rozsądku i prawości. Dostajemy taką szkołę i taką nauczkę,
żebyśmy to sobie zapamiętali raz na wszystkie wcielenia, żeby przy każdej
następnej reinkarnacji odechciało się nam przeprowadzania niewłaściwych
doświadczeń karmicznych, jakie to nie mają najmniejszego uzasadnienia dla stale
doskonalącej się duszy.
Bo o to właśnie tutaj
chodzi!!! To jest całą tajemnicą Oczyszczania! Dusza, dusza i jeszcze raz
dusza! Tutaj toczy się bój i tutaj czynione są największe starania o naszego
ducha! O jego święte być, istnieć i żyć! Tu i teraz rozstrzyga się nasze
wieczne być albo nie być, życie lub śmierć, istnienie lub zapomnienie!
Walka, (tak, to dosłownie
jest walka) na śmierć i życie, ponieważ jak stąd odejdziemy i znajdziemy się w
Zaświatach, to może się okazać, że jest dla nas po prostu za późno na poprawę!
I co wtedy? Zaczniemy płakać błagając o litość, o wybaczenie o ułaskawienie?!
NIC Z TYCH RZECZY!!! Dlaczego? BO SAMI WYDALIŚMY NA SIEBIE NIODWOŁALNY WYROK
SWOIM ŻYCIEM W MATERII ORAZ SWOIM POSTĘPOWANIEM!!! Albo udowodnimy kim naprawdę
jesteśmy, albo same i sami niegodnie zaprzeczymy swojej prawdziwej naturze,
swojemu najwyższemu pochodzeniu i swojej najbardziej dostojnej przynależności.
A złożenie tego tak najistotniejszego
dowodu jaki tylko może istnieć, może nastąpić tylko w najbardziej skrajnych,
wymagających i wyjątkowych warunkach, warunkach fizycznych cierpień,
ograniczeń, przeciwności, trudności i utrapień. Jednym słowem piekła na Ziemi.
Tutaj jedno podstawowe
pytanie, tak - pytanie właśnie do Ciebie - czy jest nam potrzebne doświadczanie
tego wszystkiego, co teraz tutaj mamy? Spokojnie, nie ma pośpiechu, zastanów
się chwilę…
Odpowiedź brzmi… I co, wiesz
już jaka? Dobrze, właśnie tak, właściwa odpowiedź jest - nie! Nie, nie i
jeszcze raz nie!
Ależ nie, nie. Sam tego bym
nie wymyślił. Tak nam powiedział Duch Święty i tak nas cały czas uczy. Wcale
nie musimy sobie stwarzać tego piekła na Ziemi. Wystarczy, żeby dusze wybierały
sobie jakieś mniej dramatyczne doświadczenia. Mogą to być spokojne lekcje do
przerobienia na czas swojej cielesnej wędrówki ku doskonałości. Tylko jakoś
ciągle nie potrafią tego zrozumieć. Chociaż może i w końcu by to zrozumiały,
gdyby nie te krnąbrne i przekorne duszyczki, które postawiły sobie za
największy punkt honoru tak szkodzić (sobie i innym), jak to tylko możliwe. Dla
nich nie liczy się nic innego. Nic nie jest dla nich ważne, oprócz ciągłego
kopania dołków pod innymi.
A jak kto pod kim dołki
kopie, ten sam w nie wpada. No i jesteśmy teraz świadkami tego wpadania,
wpadania w swoje sidła, wpadania w zastawione przez siebie pułapki. Inaczej
mówiąc jesteśmy w czasie ostatecznym - oddzielenia jednych duszyczek od
drugich. A właściwe to te duszyczki same zdecydowały o swoim odejściu
wszystkimi swoimi dotychczasowymi wcieleniami. To jest ten sąd ostateczny,
jakiego one dokonały na samych sobie. Koniec kropka.