Metro 2



Po obejrzeniu widowiska muzycznego „Metro” jakoś nie bardzo mogłem pogodzić się z jego tragicznym zakończeniem. Ciągle mnie zastanawiało, dlaczego nie można przedstawić jakiejś opowieści bardziej budującej, lepszej, napawającej otuchą? Teraz wiem, że w tym piekle na Ziemi tak właśnie ma być - zawsze przeciw dobru. Jednak wtedy w swojej nieświadomości nie mogłem się z tym pogodzić.

I wystarczyła tylko jedna krótka chwila, żeby wpaść na pomysł, o czym mógłby być dalszy ciąg opowieści o młodych ludziach, postrzegających ten świat w zupełnie innym świetle. A stało się to pewnego dnia na jednym z dworców kolejowych. Otóż, spotkałem na nim swego kolegę z byłej pracy, kiedy to razem byliśmy zatrudnieni w charakterze kierowców. (To ten sam, któremu rozbiłem samochód, co jest opisane w książce „Na Drodze Do Potęgi Umysłu”.)

Kiedy po krótkiej rozmowie w rodzaju: „co słychać, gdzie pracujesz”, pożegnałem się z nim i zdążyłem odejść kilka kroków, podeszła do niego jakaś dziewczyna. Ten tupnął na nią nogą i usłyszałem jak powiedział: „A pójdziesz ty adidasie”. Jednak schorowana, mizerna osóbka wcale nie dała się zbić z tropu i spokojnie, ściszonym głosem zaczęła mu coś tłumaczyć. Ale tego już nie słyszałem. Przystanąłem tylko i z pewnej odległości przyglądałem się im przez dłuższą chwilę. Widać było wyraźnie, jak kolega łagodnieje w miarę słuchania dziewczyny. Nawet zadawał jej pytania.

Ten widok na dobre utkwił mi w pamięci i już wiedziałem jak mam napisać dalszy ciąg „Metra”. Po kilku dniach streszczenie przedstawienia muzycznego było gotowe. Przekonany o pełnym powodzeniu tej sztuki oczami wyobraźni widziałem ją ogrywaną w teatrach całego kraju, a może i nie tylko kraju.

W związku z tym postanowiłem przekazać ten pomysł na ręce Janusza Józefowicza. Spisałem go na kartce i pojechałem do teatru, w którym pracował. Po wejściu do sekretariatu spotkała mnie przykra niespodzianka. Powiedziano mi, że go nie ma. Kiedy wyjaśniłem cel mojego przybycia (trzymając w ręku zapisaną kartkę), że chciałem przekazać mu pomysł na sztukę, jedna z kobiet zażartowała - „To jakaś bomba?”. Następnie powiedziała, żebym napisał swoje nazwisko i adres, i to zostawił.

I co było dalej? Oczywiście wielkie nic. Nikt się do mnie w tej sprawie nigdy nie odezwał. W końcu sam o tym zapomniałem pogrążony w sprawach codziennego życia. Jednak pozostała ta sama i silna nadzieja karząca wierzyć, że jednak ten świat może być o niebo lepszy. Dlatego namiastkę takiej poprawy dane mi było przedstawić w postaci niniejszej pracy artystycznej.


Widowisko muzyczne w czterech odsłonach zatytułowane: „Kolejka podziemna 2, czyli dobre zachowanie”.

Niniejszą pracę, w podziękowaniu za otrzymane wsparcie każdego dnia, za okazaną cierpliwość, a przede wszystkim za ofiarowaną wspaniałą miłość, pragnę złożyć na ręce mojej małżonki Olivii, a także naszych synów - Pawła i Daniela.
Mąż i ojciec.

Opowieść niniejszą spisał: Wiktor Jurek

(Wszelkie prawa zastrzeżone)

Meksyk, 13-ty dzień października, 2017-go roku.

Czas opowieści - rok 1991-wszy. Miejsce - podziemia stolicy, Śródmieście.

Niniejsze widowisko teatralne niezbyt rozbudowane, skromny wystrój wnętrz, a odgrywane przez sztukmistrzów postacie raczej skromne w swym wyrazie artystycznym, których jest mała liczba, by w ich tłumie nie zacierało się przesłanie.

ZARYS OGÓLNY

Jacek chciał popełnić samobójstwo. Uratował go narkoman Marek.

Marek zabrał Jacka do swojej wspólnoty, żyjącej w podziemnym węźle ciepłowniczym, mającym połączenie z kolejką podziemną.

Jacek poznaje życie podziemnej społeczności - prawdziwie człowiecze i uczciwe.

Wszyscy do niej należący okazują sobie dużo serca, pomagając sobie, dbając o siebie i wzajemnie się wspierając. Tutaj wyznania poszczególnych bohaterów, ich marzenia oraz ich codzienna praca - naprawa wyrzucanych urządzeń, odzyskiwanie i wtórne wykorzystanie zdawałoby się niepotrzebnych rzeczy.

Pod powierzchnią Ziemi żyją tak, jak wszyscy ludzie żyć powinni na jej powierzchni. A zatem świat stoi na głowie. Na jego szczycie są ci, co nie mają racji i tkwią w błędzie, często na oślep podążając za pieniądzem, a pod jego powierzchnia znajdują się ci, co żyją prawdziwie i cieszą się każdym dniem swego tak drogocennego życia.

Okazuje się, że ci chorzy mają zdrowe poglądy, w przeciwieństwie do tych, co służą choremu systemowi, który już ich zaraził, o czym sami nie wiedzą.

Wyścig z czasem by uratować Marka oraz innych chorych, bo nowy lek jest bliski odkrycia, upowszechnienia. Ale okazuje się, że taki lek już jest, tylko że nie jest dostępny dla wszystkich. Ojciec – Teodozjusz – właśnie odkrył tę wstrząsającą prawdę i podjął wysiłki, by to zmienić, co jednak nie dzięki jego staraniom się stało, lecz dzięki ogólnej zmianie na świecie, jaka nagle nastąpiła wskutek zwiększenia się ogólnej świadomości ludzi, przebudzonych ze snu kłamstwa, narzuconego przez możnych tego świata.

Spełnienie marzeń poszczególnych bohaterów, wyleczenie Marka i innych, którzy wracają do swoich rodzin i zmieniają ich życie, nadając mu właściwego, głębokiego znaczenia, przy jednoczesnym poświęcaniu uwagi, skupianiu się na sprawach małych, codziennych, jakie do tej pory były lekceważone i wydawały się tak nieważne, jak chociażby to, że codziennie jest co jeść i pić, że jest się żywym i świeci Słońce, a nawet słychać śpiew ptaków.

Osoby:

Olivia - znawczyni ziół leczniczych. Lubi badać, przeprowadzać próby, doświadczenia. Inżynier chemii. (Zdrowa).

Marzena - dziewczyna z dworca, na którą tupnięto nogą. (Chora).

Józefa - kucharka, zawsze uśmiechnięta. (Zdrowa).

Grażyna - niedowiarek i ciągle narzekająca, lecz pracująca nad swoimi wadami. (Zdrowa).

Iwona - grająca na skrzypcach, poprawna marzycielka, z ufnością patrząca w przyszłość. (Chora).

Jacek - (Student - żak. Kończy studia. Występuje w teatrze studenckim. Kiedy już droga kariery stanęła przed nim otworem, dowiedział się, że ma być bezwolnym narzędziem w rękach włodarzy tego świata, albo cała jego kariera będzie przekreślona w jednej chwili). Niedoszły samobójca, któremu powoli otwierają się oczy i umysł. (Zdrowy).

Maciek - pomoc z zewnątrz, przywozi ubrania, żywność. Oszczędny w słowach. (Zdrowy).

Marek - narkoman, co uratował Jacka. Świadomy. (Chory).

Pisarz - przez całe przedstawienie przewija się postać pisarza, szuka rymów, opisuje to, co się akurat dzieje, a jest to dla niego natchnieniem, pomysłem do napisania, podsumowania, czy różnych spostrzeżeń. Bacznie się przyglądając trafnie wnioskuje i śmiesznie to opisuje. (Zdrowy).

Wieńczysław - teoretyk, filozof. Jego poglądy zaskakują. (Zdrowy).

Wojtek - naprawiający urządzenia elektrotechniczne. Inżynier elektroniki. I nie zawsze trzeba od razu kupować nowe części. Z uszkodzonych urządzeń można je łatwo pozyskać, a nawet niektóre uszkodzone części naprawiać, na przykład szczotki grafitowe do wiertarki – przedłużony drucik miedziany, żeby sprężynka mogła ten grafit wysunąć jeszcze bardziej. (Wojtek mówi o napędzie przeciw-ciążeniowym, tak zwana antygrawitacja). (Chory).

Rodzice  - odgrywani przez inne sztukmistrzynie i innych jeszcze sztukmistrzów, które i którzy wchodzą w skład chóru oraz tancerzy. I tak oto wśród nich mamy:

Józef - ojciec Jacka, nadużywający napojów wyskokowych, pracujący jako uczony w międzynarodowej korporacji medycznej.

Jaśmina - mama Jacka. I jak każda mama i żona trochę po stronie męża i po stronie syna, ciągle szukając drogi do zgody miedzy nimi.

I kilka jeszcze dodatkowych osób.

Odsłona pierwsza. (1) Zdarzenie na peronie kolejki podziemnej w nawiązaniu do zakończenia widowiska „Metro” oraz społeczność mieszkająca w jej zakamarkach.

Na skraju pustego peronu stoi młody mężczyzna. (Bokiem do widowni. W tle rozpoczyna się utwór Fryderyka Chopina - II Sonata fortepianowa „Marsz żałobny” - cicho, lecz wyraźnie słyszalny). Patrzy przed siebie zobojętniały. Jest zgarbiony, ręce trzyma w kieszeniach spodni. Kiedy w oddali pojawiają się światła pociągu, odwraca głowę i patrzy w jego stronę. A jak słychać, że wjeżdża na stację (po scenie „biega” charakterystyczne światło i cień pociągu), rzuca się pod nadjeżdżającą kolejkę podziemną. Niemal w tej samej chwili widać cień innej postaci, jaka z drugiej strony torów robi to samo. Z tą jednak różnicą, że spieszy na ratunek tej pierwszej osobie, która na szczęście wskutek swego nagłego zrywu głupoty wcale nie ginie. Jego życie zostaje uratowane przez narkomana, który go wydobył spod kół rozpędzonego składu wagonów, jaki z przeraźliwym zgrzytem stali gwałtownie hamuje.

Narkoman podnosi z torowiska oszołomionego chłopaka.

- Coś ty człowieku, życie ci niemiłe? - ratujący z przejęciem rzucił w twarz niedoszłej ofierze, trzymając swe ręce na jego ramionach i wpatrując się w niego przenikliwym wzrokiem, jakby niedowierzając, że można się było porwać na coś tak niedorzecznego.

Tamten tylko spojrzał gdzieś w bok niewidzącym wzrokiem i opuścił głowę.

- Uciekajmy stąd, bo zaraz zjawi się tłum ludzi i będziesz miał kłopoty - powiedział jeszcze i pociągnął za sobą odrętwiałego jeszcze niedoszłego samobójcę, który jakby nie zdawał sobie w pełni sprawy z tego, co się właśnie stało, gdyż niejako narodził się na nowo.

Młodzi ludzie natychmiast oddalają się z peronu znikając w zakamarkach ciemnych podziemi. Wkrótce docierają do wspólnoty „wyrzutków społecznych”, składających się nie tylko z narkomanek i narkomanów, bo też i z wielu innych „odszczepieńców”, co pod powierzchnią miasta swe bezpieczne schronienie przed całym światem znaleźli, niczym trędowaci odrzuceni przez tę „zdrową i lepszą” część społeczeństwa, stanowiącą tak przytłaczającą większość ludzkości.

Ocalały w milczeniu jest prowadzony przez swojego ratownika, pomiędzy tego drugiego wszystkich bardzo dobrych znajomych, o jakich śmiało można powiedzieć, że razem tworzą prawdziwą rodzinę.

Wystrój zamieszkałego podziemia obfituje w bardzo dużo najróżniejszych roślin doniczkowych, większych czy mniejszych, ale zawsze leczniczych, chociaż i ozdobnych też nie brakuje.

I tutaj w panującym półmroku snop światła oświetla poszczególne osoby, ukazując to, czym akurat się zajmują. (Światło włącza się dokładnie w drugiej minucie i pięćdziesiątej piątej sekundzie trwania utworu - 2’55”, kiedy zaczynają się lekkie, wysokie dźwięki). Oto niektóre z nich. Józefa i Marzena (ledwie widoczna) pitraszą coś smakowitego. (Para unosi się z naczyń na kuchni). Uczciwie dzielą jedzenie między wszystkich, równo wszystko odmierzając, czy też odliczając taką samą liczbę kawałków, żartując przy tym i śmiejąc się, ponieważ cieszą się z posiłku, jaki zaraz spożyją.

Następnie światło (cały czas włączone) przenosi się na dwie dziewczyny. Jedna siedzi w bujanym fotelu (Grażyna). Na kolanach trzyma małego kotka i głaszcze go powoli po małej główce. Druga zaś siedzi na łóżku na wzór kwiatu lotosu cała zatopiona w medytacji. (Iwona).

(Cały czas słychać niezbyt głośno ten sam utwór fortepianowy).

Z kolei światło przechodzi na dwóch innych młodych ludzi (Wieńczysław i Maciek). Z pudeł wyjmują podarowane ubrania. Z zaciekawieniem sprawdzają co nowego otrzymali dzięki dobroczynności, hojności ludzi „z powierzchni”.

A teraz w wędrującym blasku światła pojawia się Olivia, co z różnych roślin przyrządza jakiś lek i podaje go choremu, leżącemu w łóżku.

Tymczasem Wojtek i Maciek z wielką uwagą i ogromnym zapałem naprawiają komputery, czy też inne tego rodzaju urządzenia codziennego użytku, jak telewizory, pralki, lodówki, odkurzacze, roboty kuchenne, jak również różne elektronarzędzia - wiertarki, piły elektryczne, szlifierki kątowe - to wszystko widoczne w tle na półkach regału i stojące na podłodze. (Ale bez żadnych kuchenek mikrofalowych czy telefonów przenośnych!). (Wojtka wyrzucili z pacy co wywarło piętno na jego sposobie myślenia).

Opodal stoi sobie Pisarz. Na białej ścianie maluje napis: „Przykazanie Miłości”. A do przechodzących mówi z uśmiechem:

- Już prościej się nie da.

Następnie siada, pochyla się nad pisaną książką i głośno sobie myśli, a myśli owe zapisuje:

- Oto społeczność wyrzutków tego świata tu się ukazuje, co spokojnie sobie żyje a ład w niej panuje. Szanują się i w prostocie serca do siebie się odnoszą, a żadne udawane postawy tu się nie panoszą. Szczerość tu obowiązuje i prawda z nią króluje.

Widać też stojące nieco na uboczu dwie postacie. Jedna to mężczyzna w średnim wieku, jasne włosy do ramion i broda. Jego szaty na wzór Słowian, wyszywane. Biała koszula sięgająca połowy uda, przewiązana jakimś sznurem i białe spodnie. Druga postać to młody chłopak, Wieńczysław - ubiór ówczesny, który coś opowiadał z przejęciem swemu starszemu rozmówcy, wymachując przy tym rękoma.

(Te dwie postacie będą się przewijać przez cały czas trwania przedstawienia, może chłopak coś zaśpiewa, w każdym razie na końcu okazuje się, że cały czas rozmawiał ze swoim Aniołem Stróżem, Duchem Bożym. Domagał się od niego wielu odpowiedzi, które dzięki intuicji zawsze pojawiały się w jego wnętrzu.)

I tak - w miarę upływu czasu coraz mniej pytał, a więcej zaczął udzielać sobie odpowiedzi, na które Duch Boży tylko przytakiwał bez wypowiedzenia ani słowa. I na koniec po opadnięciu kurtyny też coś śmiesznego w ich wydaniu. Na przykład chłopak znowu chciał o coś spytać swego Ducha Opiekuńczego, ale przypomniał sobie, że w swoim wnętrzu zna na nie odpowiedź, więc tylko ugryzł się w język i z gestem rezygnacji zaniechał swego pytania, na co obaj się uśmiechają, a Duch Boży obejmuje go ramieniem.

Mogą ze sobą rozmawiać, a właściwie to chłopak nie przestaje zasypywać pytaniami Ducha Bożego, na przykład

- Jak to mam poczuć, to nie możesz mi powiedzieć?

- Mam kierować się tylko intuicją, kierować się sercem… A gdzie tu wyrachowanie, a gdzie mózg? Czy nie po to go mam, żebym się nim posługiwał i żeby mną kierował?

- A w ogóle co to znaczy zacząć myśleć?

- To ja wiem, co to jest wolna wola, tylko jak kierować się nią we właściwy sposób…

Po dotarciu na miejsce siadają i zaczynają rozmowę. Jacek zgarbiony, z ramionami opartymi na swych nogach, spuszczona głowa.

Marek kładzie rękę na jego ramieniu i mówi:

- No i co bohaterze, taki jesteś odważny, że postanowiłeś ze sobą skończyć, bo strach cię obleciał żyć?

Jacek milczy. Inni podchodzą do nich i włączają się do rozmowy. Olivia podaje mu jakiś wywar z ziół leczniczych.

Jacek do Olivii - Dziękuję.

- Co takiego strasznego się stało, że postanowiłeś sprzeniewierzyć się samemu sobie? - dalej ciągnął Marek.

Maciek - Samobójstwo jest dla mięczaków.

- Pewnie na gwiazdkę nie dostał ostatniego modelu samochodu - rzucił Wojtek.

- Raczej nie - zaprzeczył Wieńczysław - może ukradli mu kurtkę sztruksową z Pewex’u.

- Właśnie, bo w jakimś polskim „ciuchu” wstyd wyjść na miasto - żartowała sobie Iwona.

- Nikt go nie zaprosił dzisiaj na prywatkę i biedak nie ma co ze sobą zrobić… taki samotny, ehhh - z westchnieniem uzupełniła Grażyna.

Wieńczysław - Nie wzięli go do wojska, bo na komisji lekarskiej dostał kategorię „D”.

- Jego ulubiona drużyna piłkarska po raz kolejny przegrała - zgadywał Wojtek.

Grażyna - Znowu wygrał w toto-lotka i biedak nie wie, co z pieniędzmi ma zrobić. Ale „bogaty” biedak.

Maciek - I nieszczęśliwy szczęściarz. A w akcie miłosierdzia chciał na sobie dokonać eutanazji…

Iwona - Otóż to, postępowanie właściwe typowemu przedstawicielowi epoki kamienia łupanego.

Maciek - W dodatku walczącego zmyślną bronią „maczuga-smart”.

Jacek wstaje i rozgoryczony wyrzuca z siebie:

- Jak wy nic nie rozumiecie! Wszystko straciło znaczenie, mój świat się zawalił i nie mam już po co żyć. A w ogóle, to co wy wiecie o życiu, o tym na powierzchni, tym normalnym a nie tutaj w tych lochach. Żyjecie tu jak odszczepieńcy, jak jakieś wyrzutki społeczne a do tego zupełnie jak w średniowieczu!

Wszyscy spojrzeli po sobie i… wybuchli udawanym płaczem.

- Co z wami?! Jeszcze bardziej chcecie mnie pogrążyć? Mało wam mojego cierpienia? - Jacek nie mógł uwierzyć własnym uszom ani własnym oczom. - A w ogóle, to co wy możecie wiedzieć o życiu, skoro siedzicie sobie jak szczury pod ziemią i nic nie wiecie, co się tam dzieje na powierzchni.

Piosenka i taniec podziemnych mieszkańców. Jacek stoi w środku a inni wokół niego.

To taki jesteś mądry?
I w osądach szczodry?
Tak, jesteśmy wyrzutkami,
Ale nie żadnymi kukiełkami.

Nie służymy systemowi co nas okrada,
Najpierw zniewala a potem nami włada.
Strachem ciągle tylko wszystkich karmi,
Dając mglistą ułudę ratunku wciąż mami.

Tak, jesteśmy chorzy,
Ale też do życia skorzy!
Życia wielką wartość znamy,
I odebrać go sobie nie damy!

Jego prawdziwa wartość nas uświęca,
Nasze wspaniałe życie to żadna udręka.
Oto serce człowiecze dla siebie mamy,
I pięknych uczuć stale otwieramy bramy.

(W stronę widowni.)

A tutaj bardzo dziwna sprawa.
Dzięki temu jest taka zamiana.
To nam zdrowia nie brakuje,
Tylko u was coś szwankuje.

Choremu systemowi ulegacie,
I z jego upadkiem zwlekacie.
Tak jak on chorzy jesteście,
Na oczy przejrzyjcie wreszcie!

Swój żal nie do was przecież kierujemy,
Tak jak wy sprawę sobie z tego zdajemy.
Możni tego świata tak go sobie urządzili,
A tym samym tak mocno nas skrzywdzili.

I w dodatku prześladowcy są tacy cwani,
Że od siebie nas uzależnili, co jest do bani.
Jednak tu na zawsze wcale tak nie będzie,
Wkrótce na całej Ziemi się zmieni, wszędzie!

Tylko trochę więcej ufności, odrobinę wiary!
A wszyscy zobaczymy wielkie, cudne zmiany!
Zechciejmy do tego dodać jeszcze ciut odwagi,
A cały ten ich zdradziecki zamysł im się zawali.

Szklana pogoda tylko skończyć się musi,
Nikt do słuchania telewizji nas nie zmusi.
Wierzyć a własnym sercem się kierować
I przestać się im dawać tak manipulować.

Świat do góry nogami wywrócili cały,
Oto dowód na ich umysł bardzo mały.
Czas na powrót prawdziwych wartości
I życiu przywrócić blask wielkiej godności!

- To ty posłuchaj „bohaterze”. Trzeba mieć większą odwagę by żyć, niż w jednej chwili skończyć ze sobą. Być takim tchórzem to każdy potrafi, lecz zmierzyć się z życiem a godnie stawić czoła wszelkim jego wyzwaniom, to jedynie prawdziwy człowiek potrafi. - Marek wygarnął prosto z mostu.

- Może miałeś okazję zmierzyć się z głodem, co nęka przez kilka dni z rzędu, nie dając zapomnieć o sobie takim bólem, jaki trudno znieść? A przy tym cierpieć wiedząc, jak wiele jest bogactwa wokół, bo wielu ludziom zbywa na wszystkim? - dodał Pisarz, wolno wypowiadając każde słowo.

- A utrata wszystkiego, całego dobytku, całego majątku i wszystkich pieniędzy? Czyżbyś tego właśnie doświadczył? - zapytał Wojtek.

Marek - A co z zapomnieniem i odrzuceniem przez rodzinę, najbliższych i przyjaciół? Dane ci było doznać takiej przykrości ze strony tych, co bez względu na wszystko winni ci są miłość największą? - Czy też przyszło ci się zmierzyć ze śmiertelną choroba i spojrzeć Śmierci prosto w twarz? Zapewniam cię, to nic przyjemnego.

Grażyna - Nagle cały świat zwalił ci się na głowę, a razem z nim i wszystkie wartości w jakie wierzyłeś, bo takimi cię karmili jacyś ludzie? Dlatego nagle zdałeś sobie sprawę, że przestały mieć jakiekolwiek znaczenie, czyli wszystko jest na odwrót?

- Właśnie - wtóruje jej Iwona. - Jest wiele poważnych spraw, ogromnych trudności i dramatów w życiu, lecz nic, ale to zupełnie nic nie usprawiedliwia samobójstwa.

Po chwili Grażyna dodaje:

- Jak ktoś popełnia samobójstwo, to tak jakby się dostał z deszczu pod rynnę, albo nawet pod wodospad! Jednym głupim postępkiem przekreśla tę wspaniałą a wymarzoną okazję, żeby bardzo dużo zmienić w swoim życiu i to nie tyle tym obecnym, doczesnym i mniej ważnym, lecz przede wszystkim w istnieniu tym duchowym, właściwym, bo tutaj to tylko krótka chwila, jesteśmy kilkadziesiąt lat, tylko co niektórzy trochę ponad setkę, a potem jesteśmy baaardzo długo w Świecie Ducha i tam dopiero to się nam dostaje za swoje, oj dostaje…

Jacek bez słowa wysłuchał tego wszystkiego i postanowił wyjawiać powód swojego targnięcia się na życie - Myślałem, że po wielkim sukcesie widowiska muzycznego, wreszcie będę wolnym człowiekiem, a zwłaszcza w żaden sposób ograniczonym artystą, co wreszcie będzie mógł wykazać się w pełnej krasie swym kunsztem artystycznym i swoboda wyrazu. Myślałem, że oto drzwi twórczości artystycznej są przede mną szeroko otwarte, lecz niestety… Okazało się, że mam być tylko posłuszną kukiełka i odgrywać tylko taka rolę, jaką ktoś inny mi narzuci. Miałem stać się poniżonym niewolnikiem, jaki za pieniądze ma być na usługach możnych tego świata, którzy tylko i wyłącznie dla własnych celów nie cofną się przed niczym. I tak miałem być bezwolnym trybikiem w ich wielkiej machinie ciągłego klecenia tej całej ułudy i zakłamania wokół nas. Nic tylko same kłamstwa i nic wartościowego. Prawda przeplatana bez przerwy kłamstwem i jeszcze raz kłamstwem.

Mówiąc te słowa Jacek wyrażał je również swoim ciałem, chodził nerwowo, kręcił głową i wymachiwał rękoma. Kiedy skończył mówić usiadł i zapatrzył się gdzieś niewidzącym wzrokiem.

- No to witaj w gronie przebudzonych - z uznaniem i już bez cienia kpiny powiedziała Olivia - Tak przejrzeć na oczy to pierwszy krok człowieka do właściwego zrozumienia otaczającej go rzeczywistości. To prawda, że ponurej, niemniej jednak to i tak żaden powód, by odbierać sobie życie. Żeby to zrozumieć i ułatwić sobie właśnie życie  wystarczy spojrzeć na nie trochę inaczej, umieć zobaczyć je w innym świetle, czy też przewartościować pewne rzeczy, jak choćby to, że jesteśmy duszą a nie ciałem i powinniśmy żyć tak, jakbyśmy tego ciała w ogóle nie mieli - nie mieli.

Na te słowa Jacek spojrzał na nią wzrokiem bardziej już przytomnym, jakby obudził się z głębokiego snu. Na jego twarzy malowało się wielkie zdziwienie. Już otwiera usta żeby coś powiedzieć, już się podnosi i kieruje swe kroki w stronę swej rozmówczyni, gdy nagle wszystkich dobiegły słowa wypowiadane przez Wieńczysława, który akurat przechodził ze swoim „Słowiańskim” rozmówcą:

- No tego to już za wiele… postępować i żyć, jakby się ciała nie miało?! No ja wiem, że dusza jest nieśmiertelna, ale to tam, w niebie, no bo tutaj to przecież zupełnie inna sprawa. To tak, jakby nagle zacząć unosić się w powietrzu… A w ogóle, to jak można żyć, jakby się ciała nie miało? Zaraz, zaraz- wiem! To oznacza pełne zaufanie pokładane w Opatrzności i daje prawdziwą wolność, pokonującą wszystkie ograniczenia tej fizycznej zależności, tego całego materialnego świata, który nas otacza! Ale, ale - tutaj następny warunek - trzeba przezwyciężyć strach… trzeba przestać się bać. No tak, strach jest złym doradcą.

Druh Wieńczysława uśmiecha się tylko tajemniczo i nic nie mówi. Spogląda na niego z uznaniem, ciesząc się na jego trafne wnioski. Nie zatrzymywali się, poszli dalej, nie zwracając uwagi na innych. Siadają sobie gdzieś na uboczu. Tym razem Druh Wieńczysława tłumaczy mu coś cierpliwie.

Słysząc ich rozmowę Jacek patrzy na nich i jedynie odprowadza wzrokiem. Posyła im przeciągłe spojrzenie i postępuje kilka kroków za nimi. Chce o coś spytać, unosi rękę w geście mówiącym, żeby zaczekali. Po chwili wahania wraca jednak na swoje miejsce i na nim siada. Kręci lekko głową, jakby z czymś się nie zgadzał i jeszcze raz spogląda na tamtą dwójką. Nie chce im jednak przeszkadzać.

Tymczasem Olivia podchodzi do Jacka i mówi:

Olivia - Nie mogę się nadziwić, że postanowiłeś odrzucić życie! Nie ma, naprawdę nie ma takiego powodu na tym świecie, który mógłby usprawiedliwić taką głupotę i takie wielkie tchórzostwo.

Jacek chciał temu zaprzeczyć, ale zaniechał swej obrony.

Olivia - Najpierw lepiej wysłuchaj tego, co chcę ci powiedzieć, a potem najwyżej spróbuj się usprawiedliwiać. Trzeba mieć więcej odwagi by żyć, by każdego dnia okazywać hart ducha, przeciwstawiając się przeciwnościom tego świata, a nie w jednej chwili uciec od tego wszystkiego, z czym przyszło nam żyć.

Jacek - Nie jestem Markiem.

Olivia - I bardzo dobrze, bo wszyscy mamy być sobą, a nie upodabniać się do kogoś innego. Natomiast możemy brać dobry przykład z innych, kiedy tylko nam go dają.

Jacek - Łatwo powiedzieć…

Olivia - I łatwo tak postępować. Wystarczy tylko chcieć. Nawet wtedy, gdy się ma U.O.O.

Jacek - A co to takiego?

Olivia - Utracona Odporność Organizmu - UOO, czyli AIDS. I na to właśnie Marek jest chory od kilku miesięcy.

Jacek (zrywa się na równe nogi) - Jak to?! To niemożliwe!

Olivia - Niemożliwym jest to, jak zdrowi ludzie na własne życzenie marnują swoje życie, a czasami są w stanie nawet się na nie targnąć…

Jacek - Dobrze już, dobrze… przerywa Olivii zniecierpliwiony. - Czy dla Marka jest jeszcze jakiś cień nadziei na wyleczenie? Czy choroba nie jest zbyt rozwiniętą?

Olivia - Z tego co wiem, to Marek ma jeszcze kilka miesięcy życia…

Jacek - To niewiele.

Olivia - To zależy jak na to spojrzeć. Jeśli by się poddał i tylko czekał na to, co nieuchronne, to pozostało mu niezwykle mało czasu. Ale w przypadku, kiedy tak ogromnie cieszy się  k a ż d y m  dniem swojego życia, cieszy się nim jak największym skarbem, żyjąc pełnią życia i żyjąc dla innych, chcąc nasycić się nim do samych granic możliwości, nie tracąc przy tym czasu na jakieś niepotrzebne i nic nie znaczące drobnostki, typu jakaś nieszczęśliwa miłość, czy inne takie rzeczy, co niepotrzebnie zawracają głowę oraz bledną, nie wytrzymując próby wobec największego skarbu, jakim właśnie jest życie, to w takim razie czasu ma jeszcze sporo. Aha, i oczywiście nie traci go na jakieś głupoty, zamierzając odebrać sobie życie.

Jacek - Już dobrze, dobrze. Rozumiem…

Olivia - W takim razie powinieneś wiedzieć jeszcze o jednym. Nie wszyscy co należymy do tej podziemnej społeczności jesteśmy chorzy. Wielu spośród nas takie życie prowadzi z własnego wyboru.

Jacek - No to teraz nie rozumiem…

Olivia - To proste. Dla nas życie na powierzchni jest zakłamane i nieprawdziwe. To tamten świat stoi na głowie, a tutaj wszystko jest na właściwym miejscu. Wbrew pozorom tutaj panuje ład. Oczywiście, tam na powierzchni też jest dużo wyjątków i dużo jest ludzi o człowieczym sercu. Nie ma co się prześcigać w ocenianiu, kto jest lepszy a kto nie.

Jacek - To rozumiem.

Olivia - My chcemy jedynie żyć po swojemu i na swój sposób pomagać potrzebującym, ponieważ jesteśmy czułe na los innych, który nie tyle co ich skrzywdził ani nie okazał się być ślepym, ile spełnił swoją rolę ukazując jaki jest ten świat. To co się teraz dzieje obnaża ten świat takim, jakim jest naprawdę, ukazując jego wszelkie braki, wady, niedociągnięcia. A tak w ogóle to nie wszyscy jesteśmy tutaj chorzy. A ci co są, to nie wszyscy zarazili się z własnej winy. Zarazili się w szpitalach, w więzieniach, we własnych domach. Ludziom jeszcze bardzo dużo brakuje do doskonałości.

A co z tobą? - zapytał Jacek.

Olivia - Ile mi brakuje do doskonałości czy dlaczego tu jestem?

Jacek - Raczej to drugie.

Olivia - Tak też myślałam. Też pomagam innym i mocno przy tym wierzę w to, że każdą chorobę można wyleczyć tym, co mamy w darze od Matki Przyrody. Wystarczy jedynie wspierać w odpowiedni sposób układ odpornościowy organizmu, na przykład ziołami leczniczymi albo dostarczać organizmowi właściwej Energii. Przecież Ojciec Stworzyciel w sposób doskonały przygotował Planetę Ziemia na pojawienie się na niej wszelkiego Życia, samego człowieka, więc w naszym Domu nie mogło zabraknąć niczego, co jest nam potrzebne i niezbędne. Mamy do swojego użytku nieprzebrane skarby Matki Ziemi, po jakie wystarczy tylko sięgnąć. Ale jeden warunek - trzeba o tym po prostu wiedzieć, że takie są, wiedzieć do czego one służą i należycie o nie dbać! I jeszcze coś bardzo, bardzo ważnego. Z tymi wszystkimi wspaniałymi ludźmi naprawdę czuję, wiem i doświadczam jak wielkim skarbem, jak wielkim darem i świętością jest samo życie!

Jacek - Może jest, a może nie jest. A tak w ogóle, to co mają powiedzieć śmiertelnie chorzy? Życie, życie i po życiu. A jak się ma wszystkiego dość, to raz kozie śmierć, bo żyje się tylko raz.

Słysząc to pozostali wstają gwałtownie się sprzeciwiając.

Wieńczysław - Coś ty chłopie, z byka żeś spadł?
Maciek - Gorzej ci?
Marek - Co ty wygadujesz?
Marzena - Takich herezji, to aż przykro słuchać.
Iwona - Aleś wymyślił.
Grażyna - Z takim nastawieniem to nic dziwnego, że jeszcze dużo wcieleń, dużo reinkarnacji przed tobą, to znaczy rzecz jasna przed twoją duszą.
Marzena - Właśnie teraz masz tę wyśmienitą okazję do nauczenia się prawdziwej wartości życia.

Teraz wszystkie sztukmistrzynie i wszyscy sztukmistrze, czyli młodzi przedstawiciele podziemnej społeczności odrzuconej przez świat na powierzchni, zaczynają śpiewać i tańczyć na chwałę życia, na chwałę istnienia - do melodii piosenki Skaldów „Wiosna”.

Życie - jak dobrze, że cię mam,
Życie - to mój największy skarb,
Życie, życie wkoło króluje nam!
Dusza w człowieku pięknie gra,
W górę zmierzam z nią i ja,
A wszyscy wkoło mają ten sam cel.

Ktoś już uczył jak ważna to rzecz,
Ciemne siły idą sobie wtedy precz.
Nawet nie wiesz jaki zysk dla ciebie to,
Bo już więcej nie grozi ci żadne dno.

No i o to chodzi by wysokie loty mieć,
I nad sobą stale też pracować chcieć.
Wszyscy jednakowo, tak samo i ty,
Zobacz ten świat lepszym gdy:

Życie - jak dobrze, że cię mam,
Życie - to mój największy skarb,
Życie, życie wkoło króluje nam!
Dusza w człowieku pięknie gra,
Wysoko zmierzam z nią i ja,
A wszyscy wkoło mają ten sam cel.

Trochę tylko siły wystarczy mieć,
a w dodatku to trzeba tego chcieć,
Nawet trochę wiary pomocna w tym jest
I taki to już jest ten duchowy chrzest.

Bo o to tu chodzi by wysokie loty mieć,
I nad sobą stale też pracować chcieć.
Wszyscy jednakowo, tak samo i ty,
Zobacz ten świat lepszym gdy:

Życie - jak dobrze, że cię mam,
Życie - to mój największy skarb,
Życie, życie wkoło króluje nam!
Dusza w człowieku pięknie gra,
Wysoko zmierzam z nią i ja, 
A wszyscy wkoło mają ten sam cel.

Spośród tańczących i śpiewających wyłania się Marzena. W pierwszej chwili Jacek nie zwraca na nią uwagi. Dopiero po chwili przypomina sobie i nagle rozpoznaje w niej dziewczynę, na którą kiedyś tupnął nogą (Pójdziesz stąd ty „adidasie”). Marzena od razu sobie go rozpoznała i bez wahania zmierza w jego kierunku. Pozostali sztukmistrze schodzą na bok sceny i siadają sobie wygodnie, przysłuchując się ich rozmowie.

Jacek jest zawstydzony i wielce zmieszany.

Marzenia - I co, znów tupniesz na mnie nogą?

Jacek - Przepraszam, teraz to wygląda zupełnie inaczej… A w ogóle to najchętniej bym się zapadł pod ziemię.

Marzenia - Akurat z tym to się nie spiesz. I tak kiedyś wszystkich nas to czeka. I nie masz za co przepraszać. Najważniejsze to wiedzieć i nie popełniać tych samych błędów.

Na te słowa troje innych sztukmistrzów odgrywa to zdarzenie na scenie, na których pada jasny snop światła, a ogólne oświetlenie przygasa. Trzecią osobą jest Pisarz.

W budynku dworca głównego kolei Jacek stoi ze swoim kolegą i o czymś rozmawiają. Po chwili się żegnają. Wtedy do Jacka podchodzi dziewczyna i prosi o pomoc, o skromny datek. Jacek spogląda na nią z lekceważeniem. Tupie na nią nogą i mówi - Pójdziesz stąd ty „adidasie”! Wszystko to nie umyka uwadze koledze Jacka, bo zdążył się właśnie odwrócić i wszystko zobaczyć. Stał tak dalej i dalej się przyglądał temu, czego „przypadkiem” był naocznym świadkiem. A widział, jak dziewczyna wcale tym niezrażona swemu rozmówcy zaczyna spokojnie i odważnie coś tłumaczyć, spoglądając na niego smutnym wzrokiem.

On zaś z grymasem na ustach i półgębkiem o coś tam pyta, jakby czegoś nie dosłyszał. Na to ona w dalszym ciągu cierpliwie mu odpowiada. Ten, o dziwo, słucha jej z coraz większym zaciekawieniem, a nawet zaczyna zadawać następne pytania. Widać po nim było, że słowa dziewczyny wywierają na nim duże wrażenie, a z każdym jej słowem chłopak zaczyna okazywać jej coraz więcej zrozumienia, bo trafia do niego to co ona mówi. Wygląda na to, że jego rozmówczyni odniosła zwycięstwo nad jego niewiedzą, lekceważeniem. Po dłuższej rozmowie odchodzi od niego idąc w swoją stronę.

A teraz wracamy do Marzeny i Jacka, znajdujących się w podziemiach wśród znajdującej się tam społeczności. Główne oświetlenie ponownie rozjaśnia całą scenę, ale chwilę wcześniej schodzi z niej ta dodatkowa trójka sztukmistrzów.

Jacek - Nawet nie wiesz, jak po naszym spotkaniu dużo rozmyślałem o tym, co mi wtedy powiedziałaś.

Marzena - Ale wiem, w jak wielkim byłeś wtedy błędzie, a jednocześnie byłeś w stanie dużo zrozumieć.

Jacek - Rzeczywiście, pozory mylą i to ogromnie mylą. Nawet w najśmielszych przypuszczeniach nie podejrzewałem, że z tobą tak się sprawy mają.

Marzena - Niestety, osądzanie innych przychodzi zbyt łatwo, a mój przypadek odosobnionym wcale nie jest.

Jacek - Tylko jak sobie z tym poradziłaś? Jak potrafiłaś przejść ponad swym tragicznym losem do codziennego życia? W pierwszej chwili pomyślałem sobie o tobie, że jesteś jedną z wielu narkomanek, jaka się zaraziła z powodu zakażonych strzykawek, a prawda powaliła mnie z nóg. Jesteś naprawdę silną osobą, gdyż po zakażeniu się w szpitalu nie załamałaś się i potrafiłaś podnieść się po takim ciosie. Jak ty to zrobiłaś?

Marzena z uśmiechem - Cóż, żebym ja sama to wiedziała… Na samym początku rzeczywiście było trudno. Dopiero w miarę upływu dni zdałam sobie sprawę, że to wcale nie jest dla mnie żaden wyrok ani tym bardziej jakiś koniec świata.

Jacek - Jak to?

Marzena - Gdybym wierzyła tylko w jedno życie, to może bym sobie z tym nie poradziła. Ja jednak  WIEM o reinkarnacji, o tym, że wiele razy się wcielamy i mamy wiele następnych możliwości życia w tym świecie materii. Nasze fizyczne życie się powtarza i na jednym wcale się nie kończy.

Jacek - W sumie masz prawo wierzyć w to co tylko chcesz.

Marzena - Oczywiście, tak samo jak wszyscy mamy prawo do tego, żeby inni ludzie nie wmawiali nam tego czego nie ma, a nie ma na przykład śmierci.

Jacek - Czekaj, czekaj - zaraz. Wydaje mi się, że lepiej będzie jak na tym zakończymy naszą rozmowę, bo mógłbym jeszcze coś źle zrozumieć. Jak sobie tylko trochę to przetrawię…

Marzena wtrącając żartobliwie - …tylko żebyś nie nabawił się niestrawności. Czasem lepiej nie rozmyślać za dużo, bo to niepotrzebnie męczy umysł i ciało, lecz łatwiej jest pójść za głosem wewnętrznym, za intuicją. Zdać się na głos serca.

Jacek - Jak zawsze bym tak postępował, to dopiero bym wyszedł na tym jak ostatni przegrany.

Marzena - Raczej jak pierwszy zwycięzca, ale takie mówienie sobie o tym nic nie daje. Najważniejsze są czyny.

- Tak, czyny - Jacek jak echo odruchowo powtórzył za Marzeną. A bardziej przytomnie od razu zapytał. - A właściwie, to co jest dla ciebie teraz najważniejsze? Co się najbardziej liczy w twoim życiu?

Pisarz - siedząc nad swoją książką i coś zapisując. A na głos:

- Zagubieni w tej ułudzie doszczętnie żeśmy się zatracili.
  Co tu zrobić, abyśmy życiem pięknie znów się zadziwili…

Na te słowa siedzące do tej pory na scenie sztukmistrzynie i sztukmistrzowie wstają i zaczynają śpiewać, tańczyć.

Cieszę się mym życiem,
Tak wspaniałe jest,
Cieszę się tym bytem,
I ty też się nim ciesz!

A jak ci źle,
To sam je sobie zmień.
Serce ci śle,
Wiele podpowiedzi mgnień.

Poznaj tajemnicę taką zwyczajną,
Od ciebie zależy tu i teraz,
To twą powinnością jest moralną,
A nie głupio tchórzyć nieraz.

Pomyśl choć trochę
Wolną wolę po swej stronie masz,
I nie tylko swą wolę,
Bo i umysł jakiego jeszcze nie znasz.

Ogromną moc posiada,
Umysł to nie jest żadna zabawka.
A wiele wokół sprawia.
Choć dla wielu to wciąż zagadka.

(…A dalej to na razie nie wiem… Może tak:)

Jak dobrze jest na swoje życie wpływać,
Czynić je lepszym, a samej i samemu dobrem się okrywać.
Pracować nad sobą, a nie tylko gdybać.
Ofiarować innym co samej i samemu chciałoby się otrzymać.

Jak wspaniale kogoś jest obdarować
Swym skarbem tak bogatym a w sumie najpiękniejszym,
Uczynić innych i siebie wyjątkowym
Natchnąć czymś wzniosłym a także i nieprzeciętnym.

A przy tym codziennie pokonywać lęk, obawy, słabości,
Bo nie ma na to miejsca ani czasu!
Trzeba nam odrzucić to wszystko co przeciwne błogości.
I już nie wracać do tego ani razu.

Tutaj żyć nam trzeba,
We właściwy sposób robić z tego skarbu użytek,
Pragniemy tego jak chleba,
Niech dla nas i dla innych będzie z tego pożytek!

W prawych uczynkach chcę się pławić
I nie w głowie mi jakieś swawole.
Duchem wzniesionym chcę się chwalić,
Ponieważ już wiem co wybiorę.

Piękne jest życie i przeżyty każdy jeden dzień,
Zwłaszcza ten teraźniejszy, obecny.
A nie straszny mi wcale także i jego długi cień.
Też ciekawi ten nieznany, następny.

A do tego ufność i wiara wskrzesza nas.
I tym nadzieję nam hartuje, bo taką jest potrzeba.
Miłości też nam nie zbraknie na ten czas,
Co bardzo wzmacnia tak jak pożywna wieczerza.


Odsłona druga. (2) )()( To (nie) takie proste…

Jacek wpada na pomysł pomocy Markowi i wszystkim chorym z podziemnej społeczności. Dlatego postanowił porozmawiać ze swoim ojcem, pracownikiem międzynarodowej korporacji farmaceutycznej.

W domu u Jacka. Jego rozmowa z rodzicami.

Pisarz zapisuje w swojej książce, by następnie zniknąć za kurtyną:

„A całe zło polega na braku wzajemnego zrozumienia,
jak i tego świata wokół, co się jeszcze nie przemienia.”

Jacek siedzi w fotelu w pozie zamyślonego Stańczyka. Jego rodzice siedzą na kanapie przy stoliku. Meble są białe, a pokój dobrze rozświetlony.

Uratowany przejmuje się losem swego ratownika i rodzi się w nim przemożna chęć przyjścia mu z pomocą. Zapragnął zdobyć dla niego skuteczny lek, jaki zapewni mu całkowity powrót do zdrowia, do pełni sił. Jego ojciec jest wpływową osoba i z pewnością zechce mu w tym jakże szczytnym celu pomóc. (Potem, ale to znacznie później wielkie rozczarowanie i ogromny zawód, bo wcale tak nie jest. Molochom farmaceutycznym wcale nie zależy na leczeniu ani tym bardziej na ratowaniu życia).

Jaśmina - To tan chłopiec, o którym nam przed chwilą opowiadałeś, jak mu tam było na imię?

Jacek - Jeszcze nazywa się Marek.

Jaśmina - A tak, tak. To ile mówisz zostało mu tego życia?

Jacek - Zaledwie kilka miesięcy.

Józef - Albo aż kilka miesięcy.

Jacek - Nie wydaje mi się.

Jaśmina - Już nie zaczynajcie znowu.

Józef - No dobrze, dobrze…

Jacek - A czy jest dla niego jakiś ratunek tato? Przecież pracujesz w tej bajeranckiej korporacji, to może szybko byście coś wymyślili?

Józef (wstając z kanapy) - Ech, czy ty znowu mnie nie przeceniasz?…

Jaśmina - Józefie, może jednak mógłbyś chociaż spróbować pomóc temu nieszczęsnemu chłopcu?

Józef (chodząc po pokoju) - No tak, łatwo powiedzieć, ale to nie takie proste jak się wydaje.

Jacek - Wszystko jest trudne zanim stanie się łatwe. A oprócz tego taka „szycha” jak ty…

Józef (na te słowa zatrzymując się) - (Z udawaną skromnością, poprawiając kołnierzyk ). Kto, niby ja? Czy ja wiem… Zastanawiam się tylko czy… Ale nie, nie mogę… To niemożliwe.

Jacek - Móc to chcieć.

Józef (siadając obok żony) - Przestań, przestań. Słyszałeś mamę - już nie zaczynaj.

Jaśmina - Może jednak jest jakiś sposób?

Jacek - Nie ma tam w tym waszym molochu farmaceutycznym czegoś na wyjątkową okazję, czegoś w razie szczególnych przypadków? Przecież dla możnych tego świata musicie coś tam mieć. Chyba jest tam sporo różnych kas pancernych wypchanych po brzegi różnymi ciekawymi specyfikami, o których zwykli ludzie nie mają nawet pojęcia. Jakby dobrze poszukać, to na pewno coś by się znalazło.

Józef (nerwowo rozglądając się po pokoju) - Ciszej… To tak ścisła tajemnica, że nikomu nie wolno nawet o tym myśleć. A w ogóle to wielu ludzi wywalili z pracy za dużo mniejsze przewinienia, nie mówiąc już o tym, że za takie coś to nikt z branży więcej by mnie nie zatrudnił, nawet konkurencja.

Jacek - To znaczy, że coś takiego jednak już mają…

Józef (wstając i chodząc po pokoju) - Spokojnie, spokojnie. Nie tak szybko. Po pierwsze to ty to powiedziałeś, a po drugie to i mnie obowiązuje tajemnica służbowa. (W końcu za coś mi płacą).

Jacek - Znowu to samo. To przecież jakieś błędne koło. Czy może być coś ważniejszego od ratowania życia?

Jaśmina - Myślę Jacku, że mimo wszystko nie możemy narażać się na takie niebezpieczeństwo. Zbyt dużo możemy stracić - nawet całe nasze utrzymanie no i twoje studia, twoja cała przyszłość. Nie zapominaj o tym.

Jacek - Wiem, wiem. Cały czas to słyszę. A inaczej mówiąc, to „trzeba być potulnym i nie wychylać się”, czyli mamy to co mamy. A jak jest, no to właśnie wszędzie widać. Ależ ten wasz świat jest zakłamany.

Józef (wyglądając przez okno) - Żaden wasz, bo i twój. Przecież sam też jesteś na niego skazany w takim samym stopniu jak i my.

Jaśmina - Wszyscy żyjemy w takim a nie innym świecie i trzeba się z tym pogodzić.

Jacek - Chyba, że ktoś postanowi go opuścić…

Jaśmina - Co masz na myśli? Chyba nie zamierzasz coś sobie zrobić?

Jacek (po dłuższej chwili milczenia i zamyślenia) - Nie, nie… (A do siebie) Już nie… Ale mogę wynieść się z domu. Już wolę żyć w podziemiach z tamtymi niż w takim zakłamaniu i zniewoleniu.

Jaśmina - Ojej, synku, co ty mówisz? zastanów się!

Józef - I niby tak nagle zaczęło ci to przeszkadzać?

Jacek - Lepiej później niż wcale. Jeśli nie mogę zmienić tego świata, to wcale nie muszę do niego należeć. I nie zamierzam z nim walczyć, gdyż swoim postępowaniem mogę zbudować swój własny.

Józef do Jaśminy (siadając) - No tak, to ten buntowniczy wiek. Też tak kiedyś miałem, ale szybko mi przeszło. (A do Jacka) - Jak tylko zaczniesz pracować, to szybko ci to przejdzie.

Jacek - Tak, tak, już o mało nie przeszło i to raz na zawsze…

Jaśmina - Synku, nie unoś się. Przy jakiejś najbliższej okazji usiądziemy, spokojnie się zastanowimy, porozmawiamy…

Jacek - …I dalej będzie tak jak jest…

Józef - Spokojnie, spokojnie. Nie od razu Kraków zbudowano.

Jacek - Jasne, spokojnie jak na wojnie, tylko ludzie jakoś tak ciągle umierają. I właśnie taki jest ten świat. Tylko się gada i gada, a wszystko dalej jest jak jest i na lepsze to nic się nie zmienia.

Józef - No to proszę, sam coś wymyśl i spraw, żeby wszystko od razu było doskonałe.

Jacek - A żebyś wiedział, że coś wymyślę i to teraz, a nie za sto lat. I mam już tego wszystkiego dosyć.

(Jacek wzburzony wychodzi z pokoju i udaje się do siebie.)

Jaśmina - Co się z nim ostatnio dzieje, że tak bardzo przeszkadza mu ten świat?

Józef (wstając) - Też się zastanawiam i nic nie rozumiem. Jak sam zacznie pracować, to złagodnieje i zmienią mu się poglądy.

Jaśmina - Kogoś mi to przypomina. Kiedyś sam byłeś właśnie taki - młody, zagniewany i skory do walki z wiatrakami. Byłeś gotów porwać się z motyką na Słońce.

Józef (chodząc i gestykulując) - Ale kiedy to było… całe wieki temu. Wszystko jest inaczej, kiedy samemu wchodzi się w ten świat i zastaje się go takim a nie innym.

Jaśmina - Być może nadarza się więc okazja, by choć trochę go zmienić…

Józef - Zmienić tak, tylko samemu to nie takie łatwe i nie wydaje mi się, żeby innym też na tym zależało, bo każdy ogląda się na innych.

Jaśmina - Chyba że choćby jeden, ale jakiś naprawdę dobry przykład byłby w stanie zachęcić i pozostałych do tego samego.

Józef (zatrzymując się przy oknie) - Być może tak, a być może wcale nie. Nie mam najmniejszego zamiaru narażać się za innych. Co to to nie, o nie, nie ma mowy. Sama dobrze wiesz, że niepowodzenie bardzo drogo może nas kosztować.

Jaśmina (wstając i podchodząc do męża) - Może… tylko że nie jestem do końca przekonana, czy ciągłe podporządkowywanie się temu systemowi, tym odgórnie narzuconym schematom nie kosztuje nas wszystkich o wiele więcej, z czego w ogóle nie zdajemy sobie sprawy.

Józef (ujmując jej dłonie i patrząc prosto w oczy) - A niech ci będzie, moja ty kochana małżonko, w sumie to możesz mieć i rację. Tylko że strach wydaje się być ich najpotężniejszym sprzymierzeńcem, z którym jednak nie tak łatwo się zmierzyć.

Jaśmina - Z jednej strony jest trudno, z drugiej zaś już nie tak bardzo. Ale to już kwestia wiary.

Józef - Ejże, wielmożna pani, co masz na myśli?

Jaśmina - Sama kiedyś bałam się wszystkiego, bałam się własnego cienia, lecz razem z tobą zaczęłam się uczyć i pokonywać różne przeciwności, jakie pojawiały się na naszej wspólnej drodze życia. Ostatnio często mi się wydaje, a nawet jakbym to czuła, że jest przy nas ktoś, kto posiada dużą moc, dzięki której skutecznie nas broni przed złem.

Józef (przytulając żonę i głaszcząc ją po głowie) - Oj, tak, tak… rzeczywiście… bo jak do tej pory to przecież mamy się całkiem dobrze…

Jaśmina (spoglądając w twarz mężowi) - I chyba nie jest to żaden przypadek.

Józef (siadając na kanapie) - A przypadkiem to może mi powiesz, co mam zrobić z tym znajomym Jacka? Tyle wysiłku kosztowało nas wszystkich osiągnięcie tego wszystkiego i mamy to stracić w jednej chwili? Przecież koncerny farmaceutyczne każdego dnia skazują na śmierć tysiące ludzi i jakoś nikt z tego powodu nie rozpacza ani się nie zastanawia, że coś jest nie tak…

Jaśmina - Ten świat już do końca oszalał…

Józef - I w rzeczy samej tak właśnie jest, moja małżonko. (Ściszonym głosem). A skoro już o tym mowa - jak ty potrafisz ze mnie wyciągnąć tajemnice - to w wielkiej tajemnicy muszę ci wyznać, że właściwie to taki specyfik na Nabyty Brak Odporności Organizmu, to już mamy i to od dawna, tylko że jest dostępny jedynie dla bardzo, bardzo nielicznych i starannie wybranych…

Jaśmina - Coś takiego?! Nie wierzę własnym uszom!

Józef (wstając i siadając) - Jak przypadkiem to odkryłem, to też nie mogłem w to uwierzyć… Tylko żeby Jacek się o tym nie dowiedział, bo wtedy to już w ogóle żyć mi nie da!

Jaśmina - Nie martw się, też umiem dotrzymać tajemnicy - zupełnie tak jak ty, chyba że…

Józef (żartobliwie grożąc palcem) - No, no, no, ty to już mi tutaj lepiej nie zaczynaj.

Jaśmina - Dobrze już, dobrze, ale jest inna sprawa - czy możemy zawieść zaufanie własnego syna, który tak bardzo w nas wierzy? A raczej chce wierzyć, bo coś tak jakby trochę powątpiewał w czasie naszej rozmowy…

Józef (potakując głową) - Też to zauważyłem. I odniosłem takie wrażenie, jakby dla niego nic się teraz nie liczyło, tylko życie jego nowego przyjaciela - Marka.

Jaśmina - Przyjaźń to jedna z najpiękniejszych, wzniosłych wartości.

Józef - Tylko trzeba zejść na ziemię, bo cały czas nie można chodzić z głową w chmurach. Chociaż, jaka sama dobrze wiesz, o czym już ci opowiadałem, to wcześniej miałem w życiu tylko jednego prawdziwego przyjaciela - oczywiście oprócz ciebie, bo teraz to ty jesteś moim jedynym najlepszym przyjacielem.

Jaśmina - Dziękuję ci i możesz być całkowicie pewnym tego, że twej przyjaźni nie zawiodę i zawsze możesz na mnie polegać. Tylko że twoja wcześniejsza piękna przyjaźń z jakiegoś niewyjaśnionego powodu nagle się skończyła - to też pamiętam, to też mi opowiadałeś.

Józef - Nie chcę do tego wracać. Po prostu czasem trzeba być praktycznym.

Jaśmina - No tak… Kto jak kto, ale ty to potrafisz przekonać… A ja zawsze chciałam, żeby nasz syn uważał nas za swoich przyjaciół.

Józef - Z pewnością przyjaciół mu nie brakuje wśród jego rówieśników. Wystarczy, że staram się być dla niego dobrym ojcem. W końcu niczego mu nie brakuje.

Jaśmina - Chyba, że oprócz tego co niematerialne.

I tutaj na scenie pojawiają się inni rodzice oraz inne dzieci - śpiew na dwa chóry. Zderzenie dwóch światów - dzieci i dorosłych.

Dzieci:            Kochani rodzice, tak byśmy sobie chcieli,
Żebyście więcej uwagi nam poświęcali
I tylko trochę więcej czasu dla nas mieli,
A nie tylko ciężko i bez końca pracowali.

Rodzice:        Cały czas tak bardzo się staramy,
żeby niczego wam nie brakowało.
Nic nie szkodzi, że ciągle tyramy,
Widocznie tak nam się spodobało.

Dzieci:            My nie chcemy waszego poświęcenia,
Rzeczom doczesnym składania ofiary,
Nie musicie dawać swego umęczenia,
A temu wciąż się oddajecie bez miary.

Rodzice:        Jak wy dzieci małe nic nie pojmujecie,
Bo przecież taki ten świat jest właśnie,
bez ciężkiej pracy - gdy to zrozumiecie,
do niczego nie dojdziecie i po co te waśnie?

Dzieci:            Są inne wartości o jakich warto pamiętać,
Nie samym chlebem wszak człowiek żyje,
A tego nie można dać sobie łatwo odebrać,
Bo każdym Słowem, którego Jahwe nie kryje.

Rodzice:        Oj, dzieci kochane, łatwo wam tak mówić,
A bez nas to już dawno byście sobie nie poradziły.
Dzieci:            Trzeba tu coś wiedzieć i nie ma się co łudzić,
Ani wierzyć autorytetom, co sobie coś wymyśliły.

Rodzice:        Co wy mówicie, chyba coś mamy ze słuchem.
To zakrawa na herezje, to jakaś umysłowa wywłoka.
Dzieci:            Jesteśmy zawsze nie marnym ciałem a duchem.
Ja to dusza, a nie jakaś tam tymczasowa powłoka.
                       
Rodzice:        Musicie bardziej dbać o siebie, lepiej się odżywiać,
Nie możecie się tak zaniedbywać, bo zachorujecie.
Dzieci:            Nic nam nie jest i nie musimy bohaterów odgrywać,
                        Wiemy, że się o nas troszczycie i nas wychowujecie.

Rodzice:        Taka to już nasza rola, zawsze się o was troszczyć,
                        Czasem trudno nam zrozumieć wasze poglądy nowe.
Dzieci:            Życie - wcieleń wiele i na jednym nie może się skończyć,
                        A ta prawda - znana od tysiącleci - to poglądy zdrowe.

Rodzice:        Spierać się z wami o te sprawy wcale nie zamierzamy,
                        Na waszym dobru nam zależy i dla was swe serca mamy.
Dzieci:            Dziękujemy i waszą miłość rodzicielską też doceniamy,
                        Jednak tak jak wy, w dorosłe życie wejść chcemy sami.

Rodzice:        Cóż, taka kolej życia i nam waszą wolę uszanować trzeba,
                        Pamiętajcie, że w razie czego to polegać na nas możecie.
Dzieci:            Wasza pomoc zawsze jest przydatną jak kawałek chleba,
                        I wiedzieć wam trzeba, że dumni z nas kiedyś będziecie.

Razem:           Niczego więcej tak bardzo nie pragniemy na tym świecie,
                        Żeby szczęśliwe życie wieść, co jak dobrze wiecie sami,
                        Wystarczy tylko usunąć z niego najróżniejsze śmiecie,
                        Jakimi ta doczesność wszystkich naokoło ciągle mami.

Kiedy dzieci odchodzą Marzena podchodzi do rodziców Jacka, do Jaśminy i Józefa. Inni rodzice są w pobliżu i wszystko słyszą. Marzena zaś wyznaje im prawdę o Jacku:

Marzena        - Z całą pewnością tak jak wielu innych rodziców, to tak samo i was kosztowało ogromnie dużo wysiłku osiągnięcie tego wszystkiego, co teraz posiadacie. I dlatego może się wam wydawać, że jesteście tak wspaniałymi rodzicami, a nawet nie wiecie o samobójczej próbie własnego syna. Wszystko chcecie zachować, a zarazem wszystko możecie stracić, ponieważ możecie stracić swojego jedynego syna i to bezpowrotnie. Zabiegacie wydawałoby się o tyle ważnych rzeczy, lecz zapominacie o tej jednej wartości, zapominacie o najważniejszym - o ŻYCIU!


Odsłona trzecia. (3) Zdrowe marzenia „chorych” ludzi.

Wspólnota podziemia. Wieczorne rozmowy (przy ognisku?)kilku z nich (śpiew?), obrazujące ich dzieje, marzenia, zamierzenia i zwierzenia. Ich piękne, czyste uczucia i myśli pojawiają się jak cudowny świt, jak pachnące kwiaty, niosące z sobą samą szczęśliwość dobrego dnia, tego właśnie przeżytego no i tego następnego, witanego tak z nadzieją jak i pełnym zaufaniem pokładanym w Opatrzności, że i on również będzie dobry. (Maciek siada obok Grażyny a Marek przy Marzenie.)

Opowieść Pierwsza. Opowieść Wojtka.

Wojtek - No to dzisiaj moja kolej zacząć. Długo nie mogłem się pogodzić z tym, jak po wieloletniej i ciężkiej harówie wyrzucili mnie z pracy. Tak zwyczajnie. Ale wcześniej zapewniali, jasne - jesteśmy jedną wielką rodziną. Oni pewnie tak… Zresztą dopiero po pewnym czasie zdałem sobie sprawę z tego całego korporacyjnego zakłamania a ze zdziwienia bardzo szeroko otworzyły mi się oczy na widok wszechobecnego fałszu, udawania, pozorów, nieprawdy i wyzysku.

Jednak „nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło”, bo dzięki tej utracie pracy jakimś dziwnym sposobem znalazłem się właśnie tutaj.

Marek - A w dodatku nie wiedziałeś, że już jesteś zarażony.

Wojtek - Już nawet nie chce mi się o tym myśleć. No ale co zrobić, wypadki chodzą po ludziach. Kolega z pracy powiedział mi o potrzebnej pomocy jego znajomemu, którego żona była zrozpaczona. Potrzebna  była krew. Poszedłem, oddałem, a potem się okazało, że już jestem zarażony…

Marek - Niestety, znam wiele takich przypadków. Ale nie ma się co załamywać, jak nie w tym to w następnym życiu będzie lepiej.

Wojtek - He, He, zgadza się. Tylko szkoda, że ludzie nie wiedzą jednej ważnej sprawy, właściwie bardzo zasadniczej rzeczy. Wcale nie musimy pracować by żyć. Jest tyle bogactwa na świecie, lecz celowo przed nami się to wszystko ukrywa, a co gorsza to właśnie nam to wszystko się odbiera. A przecież wystarczy tego dla wszystkich!

Grażyna - Tak, tak, coś o tym słyszałam, że jest bardzo wąskie grono najbogatszych ludzi na świecie, którzy w swych rękach skupiają całą władzę i niemal cały majątek na Ziemi.

Jacek - Chyba nie mówicie tego poważnie.

Marek - Weź się ocknij, ale po cichu i daj Wojtkowi mówić dalej.

Wojtek - Ten cały system ułudy jest tak pomyślany, żeby ludziom odbierać energię życia i wpędzać ich tylko w strach, troskę o dzień obecny, jutrzejszy, o przyszłość dzieci. Ich władza to władza ludzi umarłych, bo skupiona wokół pieniądza, wokół samych marnych rzeczy. Wszystko tylko chcą uprzedmiotowić, a z nas uczynić niewolników przedmiotów i stale tylko o nie zabiegać. A to wcale nie wszystko. Jakby tego było im mało, to tak samo innych ludzi na swoją modłę umarłymi tylko uczynić pragną.

Jacek - No weź, teraz to już grubo przesadziłeś.

Grażyna - Nie ważne czy przesadził, ale to bardzo ciekawe i dobrze się tego słucha. Mów dalej a ty nie przerywaj.

Wojtek - Dlatego te wszystkie korporacje, kołchozy pracy to nic innego jak ogólnoświatowy system wampiryzmu, wysysający wszelką życiodajną energię z ludzi, co im tylko wpadną w ich brudne łapy.

Marek - Wampiryzm powszechnie stosowany.

Jacek - Ale…

Grażyna uśmiechając się - Cicho sza!

Wojtek - No a potem to już wiadomo. W większości swoje ofiary przerabiają w jakieś kukły pozbawione człowieczych uczuć, bez współczucia dla drugiego człowieka, a co najgorsze to pozbawione serca żywego.

Jacek - No nie, tego to już się nie da słuch…

Nagle milknie na widok piorunującego spojrzenia Grażyny…

Jacek - Oprócz tego, to są mechanizmy służące rozbudowaniu własnego ego, służące powstawaniu kultu jednostki, tak w świecie sportu, piosenki, filmu czy właśnie polityki, by wiara w człowieka, wiara w jego możliwości była tak wielką, tak niepodważalną, aby na zawsze usunęła w cień Tego, Który Jest Stworzycielem, Jest Wszechmogącym, Jest Jedynym Ojcem na Niebiosach, a Imię Jego JAHWE!

Dlatego obecne czasy to największe pogaństwo, jakiego świat jeszcze nie widział. I dlatego nadszedł kres tego stanu rzeczy. Ten świat, ze swoim kultem cielesności, więcej żadnego prawa istnienia mieć już nie będzie. A jak sam odejdzie, to wraz z nim i wszyscy jego bezgranicznie oddani służący, bo przylgnęli do niego całą swoją duszą jak muchy do przylepca i oderwać się ani nie chcą, ani tym bardziej już nie mogą.

Opowieść Druga.  Opowieść Jacka.

Tutaj w rozmowie często bierze udział Iwona. Powstaje między nimi nic zrozumienia, nić wzajemnego współczucia.

Jacek - Chociaż?… No sam nie wiem. W sumie to może i sam czegoś takiego doświadczyłem. Tylko że wcześniej nie widziałem, bo byłem ślepy.

Grażyna - A widzisz.

Jacek - Jakby teraz na to nie patrzeć to tak, widzę, widzę, ale gdyby ktoś mi o tym wcześniej opowiadał, to bym w to w ogóle nie uwierzył.

Iwona - Zawsze lepiej później niż wcale.

Marek - Nie ma to jak przekonać się na własnej skórze.

Jacek - Chociaż niewiele brakowało a teraz bym z wami już nie rozmawiał.

Marek - Widocznie z jakiegoś powodu jeszcze nie mogłeś stąd odejść.

Jacek - Widocznie…

Iwona - Ale teraz na szczęście jesteś z nami, więc słuchamy.

Jacek - Ech, tylko od czego by tu zacząć… Dobrze jest więcej rozumieć, tylko że czasami to nie takie łatwe. Niekiedy może i lepiej nic nie wiedzieć…

Iwona - Chyba, że dowiesz się jeszcze więcej, a wtedy to już na pewno zmienisz zdanie.

Jacek - Tylko że zanim to nastąpi, to może być różnie, bo w końcu pierwsza poważna rola, sława, pieniądze, a potem katastrofa. Jak przystaniesz na ich warunki, to już cię mają. Zawładną tobą do takiego stopnia, że nawet i myśleć samodzielnie już nie można.

Iwona - Patrząc na tych od szklanej pogody, no to rzeczywiście w tym coś jest.

Jacek - Nie wybaczyłem sobie swojej słabości, braku silnej woli. Kiedy uległem włodarzom tego świata straciłem wolność. Czułem się jak szmata do wycierania najgorszych brudów. Ale nie, nawet gorzej, bo jak szmata jest brudna to tym bardziej jeszcze brudzi, zwłaszcza czyste dusze innych ludzi. I tego właśnie nie mogłem sobie wybaczyć. Pomyślałem, że lepiej mi się nie narodzić niż dopuścić, żeby przeze mnie zgorszenie szło przez świat. A w dodatku tak łatwo i za bezcen dałem się sprzedać, bo teraz pieniądze, których mam i to aż w nadmiarze, nic nie są dla mnie warte. Nic a nic. A to co najcenniejsze - szacunek dla samego siebie, poczucie własnej wartości - bezpowrotnie straciłem…

Iwona - Masz prawo do swego zdania, ale to wcale nie oznacza, że masz rację. Nigdy nie jest za późno by odzyskać i mieć na nowo pełne poczucie własnej wartości.

Jacek - Może i tak, tylko wyleźć z tego bagna to już nie jest takie łatwe.

Iwona - Samemu na pewno.

Jacek - Bycie jedyne kukiełką w rękach macherów władających machiną srebrnego ekranu to naprawdę żadna przyjemność i możecie mi wierzyć, nie tak łatwo z tym skończyć.

Iwona - I nie tak łatwo skończyć z chęcią bycia sławną, bo to też robi swoje i trudno się jej oprzeć. Sama to przerabiałam. Koncertując byłam jak odurzona. Chciałam tylko więcej i więcej występować. Wiadomo, w miarę jedzenia apetyt rośnie.

Jacek - I co, sama tak nagle z tym skończyłaś?

Iwona - Nagle - tak, czy sama - nie.

Jacek - Przepraszam, nie wiedziałem.

Iwona - Nic nie szkodzi. Już się przyzwyczaiłam i nawet polubiłam swoją chorobę.

Jacek - Czy wiesz, ile czasu ci zostało?

Iwona - Jak to ile czasu? Przecież ja żyję wiecznie. To tylko moje ciało jest tymczasowe. A jak stąd odejdę i je zostawię, to jest nic nie warte. Przecież za jakiś czas znowu będę mieć nowe.

Jacek - Samemu też bym tak chciał i chciałbym w to wierzyć…

Iwona - Wierzyć to nie wszystko. Trzeba też i odpowiednio postępować. A to, że mamy po kilka żyć, gdyż wielokrotnie się wcielamy…

Jacek robi „duże oczy”…

Iwona - …no - reinkarnujemy, to wcale nas nie zwalania z tego, żeby każde nasze życie było dobre i uczciwie. Po prostu takie jakie na porządnego człowieka przystało. I w sumie to już nawet masz powód do zadowolenia z siebie, gdyż nie uciekłeś w narkotyki ani w pijaństwo.

Odgłos czkawki. To Wieńczysław.

Pisarz - A właśnie co do pijaństwa, to teraz ja wam coś opowiem.

Maciek - Upijanie się jest dla mięczaków.

Ponownie odgłos czkawki.

Wieńczysław - Bardzo przepraszam, ale czy ktoś wie, co pomaga na czkawkę? Hę?

Pisarz - Napij się wody.

Wieńczysław - No to trzeba będzie spróbować, a teraz nawijaj waść! Tylko składnie i do rzeczy…

Wieńczysław odchodzi i po chwili wraca ze szklanką wody, siada w pobliżu.

Opowieść Trzecia.  Opowieść Pisarza.

W tonie żartobliwym dla ożywienia samego przedstawienie jak i  rozbawienia też i widzów, co by doniosłością, samą powagą treść nie nakładała na nich nadmiernego brzemienia, ani też ich nie przytłaczała, pozwalając swobodnie, lekko podążać za przesłaniem niniejszej sztuki teatralnej.

Pisarz - Od najmłodszych lat istne piekło miałem w domu. Ojciec ciągle pił, ciągłe awantury w domu, kłótnie, krzyki, rękoczyny. Niemal na okrągło Milicja w domu. Kiedyś tak bardzo się zląkłem, że aż schowałem się pod stołem.

Wieńczysław - I co, i co było dalej?

Pisarz - I nic, to wszystko.

Wieńczysław - Ty, no weź, opowiadaj dalej.

Pisarz - Było mi tylko wstyd i to bardzo za mojego tatę. Nie mogłem nawet zaprosić swoich koleżanek i kolegów z podstawówki na swoje imieniny. Byłem lubiany i często mnie zapraszali do siebie na swoją uroczystość.

Wieńczysław - No to chłopie doigrałeś się, a teraz to już tylko w piekle będziesz się smażyć - jak „amen w pacierzu”.

Pisarz - Gdyby tylko piekło istniało… A właściwie to już wtedy mocno sobie postanowiłem, że nigdy w życie się nie upiję, i że w ogóle nie uzależnię się od żadnych używek ani tym bardziej od hazardu. Wiedziałem, że będę wytrwały i wierny swej obietnicy.

Wieńczysław - Ale?…

Pisarz - Nigdy nie było i nie ma żadnego „ale”…

Wieńczysław - A to ciekawe…

Pisarz - Trochę siły woli, a przede wszystkim pomoc z Wysokości.

Jacek - Niemniej to niezwykły hart ducha. Nie wszyscy są do tego zdolni.

Pisarz - Ale wszyscy doświadczamy opieki i to tej najlepszej, bo duchowej. I często jesteśmy przeświadczeni, że Ktoś stale jest przy nas i pomaga nam przejść bezpiecznie przez wszystkie niebezpieczeństwa oraz pokonać wszelki przeciwności losu.

Wieńczysław - Zdaje ci się. (Pospiesznie) - To znaczy chciałem powiedzieć, że też mi się tak zdaje. (A patrząc na Słowianina dodaje) - Chociaż właściwie to też mam takie wrażenie, jakby ktoś ciągle przy mnie był…

W odpowiedzi Słowianin podnosi rękę w geście pozdrowienia. Wieńczysław wstaje, podchodzi i siada obok niego.

Pisarz - A tak w ogóle, to alkoholizm można uznać za chorobę. Ludzie często na nią zapadają z przyczyn zewnętrznych - czy to brak porozumienia między małżonkami, czy to kłopoty w pracy, albo zwyczajnie - ktoś nie pasuje do swojego środowiska i czuje się wyobcowany. A to wszystko sprawia, że takiemu człowiekowi jest po prostu źle na tym świecie i to z powodu innych ludzi.

Wieńczysław - Choroba mówisz… A to ci heca. No to chyba w końcu wiem co mi dolega…

Pisarz - Kiedy byłem jeszcze dzieckiem pamiętam jak mama już nie mając sił do taty ciągle powtarzała…

…Tutaj światło oświetla dwoje sztukmistrzów przedstawiających opowieść Pisarza. W drzwiach domu stoi mąż, a jego małżonka robiąc mu wyrzuty mówi: - Ile razy mam ci powtarzać, żebyś już więcej nie pił…! Mężczyzna stoi ze spuszczoną głową. Zapada dłuższe milczenie, po czym nagle pada odpowiedź:

- Siedem…

Na te słowa jego żona odwraca głowę ukrywając przed nim uśmiech, jaki pomimo powstrzymywania się i tak zagościł na jej twarzy.

Opowieść Czwarta. Opowieść Marzeny.

Marzena - A mnie się marzy piękna, wzniosła miłość.

Grażyna - Oj, marzy…

Iwona - Oj, tak…

Marzena - Oj zaraz, zaczekajcie - dopiero zaczynam opowiadać.

Tak samo udział sztukmistrzów dla zobrazowania przekazu tej sceny. Ta sama para sztukmistrzów, jaka wcześniej odgrywała scenkę z opowieści trzeciej. Zmiana oświetlenia, by ukazać aktorów odgrywających tę scenkę. Z tą różnicą, że teraz Pisarz odczytuje tekst opowiadania.

W czasach nie tak odległych była sobie panna nadobna, skromna i piękna, a zalet miała bez liku. I jak to często bywa kawaler wnet się pojawił, w końcu też i o jej rękę swe starania czynił a pochwały jej prawił.

Wszystko pięknie się zapowiadało i wnet do ślubu dojść musiało, bo wszystko na to wskazywało.
Kawaler tak wzniosłą miłością wybrankę swego serca darzył, że tylko o niej myślał i na rękach by ją nosił - tak sobie marzył.

A nie tylko o tym, bo i codziennie skraju nieba by jej przychylał, i pod jej stopy najpiękniejsze marzenia by wyścielał, po których i do samych gwiazd lekko przez życia stąpać by sobie mogła.

I wiele razy ową pannę o tym zapewniał, mając jej wzajemność uczuć jak mniemał.

Tylko niestety, coś niesłychanego nagle się stało. Wtem kawaler jej dowodu miłości zażądał przed ślubem.

Oj, pannie bardzo, ale to bardzo się to nie spodobało. Tak bardzo, że w swej zapalczywości młode dziewczę już na nic uwagi nie zwracało.

A uszczęśliwiony jej odmową młodzieniec błagał o wybaczenie, ponieważ wcale tego dowodu nie chciał i w ogóle nie o to mu chodziło.

Bo wielką radość by mu to sprawiło, gdyby tej jednej jedynej próbie jego narzeczona mogła sprostać, jakiej to zechciał i postanowił ją poddać.

Lecz cóż to się okazało? Na próżno narzeczony błagał i przepraszał. Panna śmiertelnie obrażona, za nic tego podłego w jej mniemaniu poniżenia wybaczyć mu już nie mogła, no bo nie chciała.

W pierwszej chwili kawaler własnym uszom wierzyć nie chciał, lecz w końcu z trudem do niego to dotarło i nagle coś między nimi już na zawsze umarło.

Nie pozostało mu więc nic innego, jak tylko odejść, rozstać się z nią a zapomnieć. 
A ona w swoim życiu mogła sobie tylko często z westchnieniem o nim wspomnieć.

I nie jest owa opowieść tak sobie sprytnie zmyśloną na potrzeby tego przedstawienia,
lecz jest wydarzeniem prawdziwym przytoczonym tutaj dla swego rodzaju ostrzeżenia.

Nie bądźmy tacy zapalczywi, dumni i wyniośli,
może warto czasami okazać nieco skromności.

I jeszcze jedna taka nauka niezawodnie stąd płynie,
W prawdziwej miłości przebaczenie nigdy nie ginie.

Marzena:

- Chciałabym doczekać takiej miłości i od razu z całego serca bym wybaczyła swojemu narzeczonemu, gdyby mnie tylko przeprosił i o to poprosił… A to co się przytrafiło mojej mamie, to jakoś trudno jest mi zrozumieć. Myślę, że i ona sama długo nie mogła się z tym pogodzić. Ale teraz wiem tylko jedno, że  ja to akurat takiego przykładu z niej brać nie będę.

Chwila ciszy…

Opowieść Piąta.  Opowieść Maćka.

Maciek (nieśmiało) - To teraz może ja…

- Marzę by zobaczyć, jak się ze snu ludzkość przebudziła i szeroko swoje oczy otworzyła,
żeby każdy mieszkaniec Ziemi przestał dawać się zwodzić naukom ludzkim,
a skierował swe serce i umysł ku Prawdzie płynącej od samego Ojca Stworzyciela Jahwe.
Niech każda dusza w tym wcieleniu usłyszy głos Ojca w swoim sercu ku Jego tylko uwielbieniu.
i pozwoli Mu się przez życie poprowadzić, a w swoich czynach porządek zaprowadzić,
ukazując w codziennych czynach piękne rzeczy bliźnim, trwające w nieskończenie długich chwilach.

Umieć ofiarować każdemu bliźniemu, co się najlepszego w sercu ma samemu.
Brać przykład z Ducha Świętego, mając Go za Przyjaciela Najlepszego.
Niech i On naszym natchnieniem będzie, do życia dobrego, dostatniego teraz i wszędzie.
Zamiast ślepego wzniecania ciągłych wojen, dążenie ku doskonałości będzie codziennym znojem.
A kiedy wszyscy ludzie będą tak pracować, to i cały świat dobrem już zaczął obfitować
I stawać się lepszym miejscem do życia, a nie tylko jakimś miejscem tymczasowego bycia.

To nasz Cudny Dom dla wszystkich mieszkańców tej Planety Ziemia.
Wszyscy już mamy swe największe staranie - to nasza Matka Ziemia.
A Ona jak każda matka przecież bardzo kocha swe wspaniałe dzieci,
Którym w głowie rajski zamiar co Niej złotymi myślami jasno świeci.

Marzena - Krótko mówiąc - marzenia to piękna sprawa! A jakieś inne wasze marzenia?

Akurat wtedy dołącza do nich Józefa, siadając sobie wygodnie i od razu wyznając:

Józefa - Co, na marzenia wam się zebrało? Oj, też mi się marzy - ale bym sobie zjadła jagodziankę!

Wszyscy w śmiech.

Józefa - No co, to nawet pomarzyć sobie nie można?

Maciek - Marzenia piękna sprawa… Ale jedzenie i tak jest tylko dla…

Grażyna - …dla mięczaków.

Maciek - …jest tylko dla ciała. Dla ducha zaś czasem właśnie marzenia są pokrzepieniem.

Grażyna - Pokrzepieniem, ale i tworzeniem lepszej rzeczywistości, bo wiadomo, że za myślami podąża energia, siła sprawcza jaka urzeczywistnia to, o czym myślimy.

Maciek - Dlatego ostrożnie z marzeniami.

Grażyna - Co racja to racja. Ale, ale… a jak tam było na imieninach u cioci? Czyżby było aż tak źle, że głodna wracasz? Co nieco, ale coś smacznego to sobie chyba pojadłaś?…

Józefa - Cóż, nic szczególnego… A właściwie to jak zawsze - trochę aluminium, fluoru, ołowiu, nawet rtęci…

(Nieco wcześniej Wieńczysław zaczął opowiadać coś zapamiętale Słowianinowi, żywo gestykulując. A słysząc o czym zaczyna mówić Józefa przerwał i wtrącił bez zastanowienia).

Wieńczysław - Już dalibyście spokój tym szczepionkom.

Grażyna - Nie przerywaj.

Józefa -  …trochę melaminy, no i oczywiście aspartamu też nie brakowało, lecz nie skosztowałam. A poza tym to jak zwykle - barwniki  i słodziki, konserwanty, kwasy i regulatory, dodatki smakowe i zapachowe, a wszystko o smaku identycznym z naturalnym. A benzoesan sodu też na stole gościł. Krótko mówiąc taka wybuchowa mieszanka, że aż dziwne, że żołądka mi nie wykręciło na lewą stronę. Ale spokojnie, wszystko z umiarem i bez przesady, więc wkrótce nie będzie po tym żadnego śladu.

Marek - Na całe szczęście ty nam takich „przysmaków” nie przyrządzasz. Jak to dobrze, że ciebie mamy, bo dzięki tobie unikamy takich „rarytasów”.

Józefa - Trochę zdrowego rozsądku i dobrych chęci nie zaszkodzi. Naprawdę tak niewiele trzeba, żeby nie jeść i nie pić byle czego.

Marek - A w ogóle jedzenie, jakie nam przygotowujesz jest nie tylko takie pożywne, ale jest jakby wzmocnione jakąś siłą. Wręcz czuje się w nim dużą moc. Jak to jest? Wytłumacz nam.

Józefa - Co tu tłumaczyć, jak wszystko jest proste. Wystarczy tylko jeden, jeden jedyny składnik i to nie żaden jakiś tam tajemniczy. A ten składnik to miłość, to serce, które się wkłada w to, co się robi. I to wszystko - żadna tajemnica.

Iwona - I dlatego jesteś taka kochana. Bez ciebie byłoby z nami nie najlepiej. Dziękujemy ci.

Józefa - Dziękuję za słowa uznania. Miło mi.

Grażyna - Cała przyjemność i to ogromna po naszej stronie. A tak przy okazji, może sama również zechcesz wyjawić nam jakieś swoje marzenie?

Józefa - Dziękuję, ale to zupełnie zbędne i może ktoś inny coś nam opowie, gdyż dzięki wam i teraz moje marzenia właśnie się spełniają. A jak znika ze stołu wszystko co przyrządzam, to sprawia mi to ogromną radość i daje dużo zadowolenia - tak po prostu.

Iwona - Tak, to widać po twojej twarzy stale rozjaśnionej pięknym uśmiechem. Wystarczy jedno spojrzenie by powiedzieć, że dusza się w tobie śmieje.

Maciek - Śmiech to zdrowie.

Grażyna - I w zdrowym ciele zdrowy duch.

Opowieść Szósta. Opowieść Marka.

Marek - A wiecie co? We mnie też się kiedyś dusza uśmiechnęła, bo tak się jakoś złożyło, że dane mi było pomagać koledze z wojska. Wysyłałem mu pieniądze do Żar. A kiedy zaprosił mnie na wesele, tym bardziej czułem się do tego zobowiązany. A co ciekawe, to na jego ślubie po raz pierwszy dostąpiłem zaszczytu bycia świadkiem.

I ciekawa rzecz, bo przesyłanie pieniędzy wcale nie sprawiało mi trudności, nic a nic mnie to nie kosztowało. A nawet było łatwe. Nie myślałem o tym, że coś tracę, ale cieszyłem się, że mogę pomóc i że on zyskuje. I za każdym razem, gdy czymś mogłem go obdarzyć sprawiało mi to radość, dawało dużo zadowolenia. Jak zimą podarowałem mu buty, to cieszyłem się, że w stopy będzie mu już ciepło. Tak niewiele, naprawdę niewiele potrzeba, by okazać nieco serca, trochę troski albo pamięci o kimś. Trochę działania, podjęcie niewielkiego wysiłku nic nie kosztuje.

Wieńczysław - Bez przesady stary.

Jacek - On wie co mówi.

Marek - Po prostu jest piękne poczucie bycia pomocnym, użytecznym, przydatnym. To tak samo jak wielce budującym jest poczucie właściwego wykorzystania swoich możliwości, jakie akurat się posiada. Tak wspaniale jest pomagać innym. To prawdziwa wolność ducha, lekkość duszy, bo nic cię nie zniewala przed tym wspaniałym odruchem człowieczego serca.

A wielu ludzi traktuje pieniądze jak coś tak wartościowego, jakby to było ważniejsze od samego życia. Gdy tylko mieliby pomóc swoją mamoną, to jest to najgorszą rzeczą w życiu! Już nic potworniejszego dla nich nie ma! Wszystko tylko nie to! Jak ktoś chce ich pieniędzy, to dla nich gorzej niż wyrwanie im ich własnego serca. A na to, to jeszcze mogliby przystać, lecz na odebranie sobie pieniędzy - nigdy!!! „Co?! MOJE pieniądze? Jak śmiesz choćby tak myśleć! Toż przecież moja największa świętość nad świętościami! Dla mnie nie ma większej! Moje pieniądze są tak nietykalne, że bardziej już nie mogą! Są bardziej nietykalne ode mnie, więc nawet sobie tego nie wyobrażaj, że pomogę ci moimi pieniędzmi! Sama czy sam już nie wiem co z nimi mam robić, ale tak zwyczajnie ofiarować je innym?! Po moim trupie!”

Maciek - Smutne, ale prawdziwe.

Iwona - Te biedaki bez pieniędzy to nawet godziny by nie przeżyły.

Maciek - Właśnie. A w ogóle to kiedy ktoś nie ma pieniędzy, to wcale nie znaczy, że jest biedny.

Grażyna - Zgadza się. A najczęściej to przecież ci „bogaci” są tak biedni, że oprócz swoich pieniędzy to już nic innego nie mają, a zwłaszcza serca.

Marek - Jedno można by rzec, że oto wszyscy ci, co bogactwu rzeczy swe życie poświęcili, doprawdy już za życia umarłymi się stali…

Maciek - Takie bogactwo jest dla mięczaków.

Opowieść Siódma. Opowieść Grażyny.

Grażyna - Pewnie, że tak, bo w przeciwieństwie do nich trudna droga rozwoju duchowego wymaga nie lada hartu ducha. Mnie jeszcze daleko choćby do jego namiastki, lecz cały czas pracuję nad sobą. Ale opowiem wam coś wyjątkowego. Kiedyś przez chwilę poczułam się jak posłana przez Ducha Świętego.

Maciek - Czy ty Grażynko czasem nie przesadzasz?

Grażyna - Ani trochę Maćku. Któregoś roku zamiast do rodziców, to na  Wigilię pojechałam do stryjecznej siostry i jej męża. I słuchajcie, była to jedna z najlepszych Wigilii w moim życiu. Jednak na początku nic tego nie zapowiadało, bo siostra była zagoniono, z wszystkim była opóźniona, a tu dwoje małych dzieci, a tu jej mąż wrócił z pracy - oczywiście głodny, a jak głodny…

Maciek - …To i zły.

Grażyna - …to i zły, bo obiadu ani widu ani słychu.

Maciek - No to awantura murowana.

Grażyna - No prawie, ale było bardzo nerwowo. Jej mąż kręcił się po kuchni jak chmura gradowa, bo już późno a niewiele do jedzenia. No ale jakoś tam się trochę uspokoił, chociaż swoje jeszcze ponarzekał. W każdym razie się doczekał.

A jak z siostrą byłam na osobności, to mi powiedziała coś niezwykłego. Jeśli dobrze pamiętam jej słowa, to powiedziała tak: „Ciebie to Duch Święty musiał przysłać”.

Jak to usłyszałam, to nie bardzo wiedziałam co powiedzieć. A kiedy musiałam już wracać, to na pożegnanie powiedziałam jeszcze: „Zostańcie z Panem Bogiem ludzie kochani”. I niemal przez całą drogę do domu myślałam - jak dobrze być posłańcem Kogoś z Wysokości.

Maciek - Piękna sprawa.

Na zakończenie tej odsłony Hymn do Ducha Świętego:
„O Stworzycielu, Duchu przyjdź”.

O Stworzycielu, Duchu, przyjdź,
Nawiedź dusz wiernych Tobie krąg.
Niebieską łaskę zesłać racz
Sercom, co dziełem są Twych rąk.

Pocieszycielem jesteś zwan
I Najwyższego Boga dar.
Tyś namaszczeniem naszych dusz,
Zdrój żywy, miłość, ognia żar.

Ty darzysz łaską siedemkroć,
Bo moc z prawicy Ojca masz,
Przez Boga obiecany nam,
Mową wzbogacasz język nasz.

Światłem rozjaśnij naszą myśl,
W serca nam miłość świętą wlej
I wątłą słabość naszych ciał
Pokrzep stałością mocy Twej.

Nieprzyjaciela odpędź w dal
I Twym pokojem obdarz wraz.
Niech w drodze za przewodem Twym
Miniemy zło, co kusi nas.

Daj nam przez Ciebie Ojca znać,
Daj, by i Syn poznany był.
I Ciebie, jedno tchnienie Dwóch,
Niech wyznajemy z wszystkich sił.

Niech Bogu Ojcu chwała brzmi,
Synowi, który zmartwychwstał,
I Temu, co pociesza nas,
Niech hołd wieczystych płynie chwał. Amen.


Odsłona czwarta. (4) Spełnione marzenia.

Nagle cały świat obiegła zaskakująca oraz zatrważająca wiadomość - nie wiadomo czemu gwałtownie wzrosła umieralność ludzi, nawet wśród włodarzy tego świata, wskutek czego oni sami w wielkim popłochu uciekli z powierzchni ziemi, chowając się w swoich podziemnych kryjówkach, niczym szczury uciekające z tonącego okrętu.

Doszło więc do zupełnie nieoczekiwanego i wielce zaskakującego przejęcia władzy na Ziemi. Oto zaczęli ją sprawować ci, którym naprawdę zależy na każdym człowieku i nowe rządy większości państw na świecie zaczęły to potwierdzać swoimi nowymi rozporządzeniami i właśnie działaniem.

Do podziemia naszych mieszkańców wpada Wieńczysław z takim pośpiechem, że o mało wszystkich nie tratuje. W ręku trzyma gazetę, fryzura rozczochrana, oczy rozbiegane, głos drżący, cały roztrzęsiony.

Wieńczysław (wbiegając) - Słuchajcie, słuchajcie! Istny koniec świata!

Biegając pomiędzy wszystkimi, wszystkim podsuwa gazetę pod sam nos.

Wieńczysław - Patrzcie! Dali to na pierwszej stronie! Ale numer, czegoś takiego, to jeszcze nigdy nie było…

Inni nawołują:

- No weź zaczekaj!
- Pokaż to w końcu!
- Chociaż nagłówek daj przeczytać!

Marek (chwytając go za ramię) - Stój rzesz człowieku wreszcie!

Wieńczysław (zdyszany) - A tak, tak. Przepraszam, proszę, proszę.

Daje gazetę Markowi.

Marek - „Bardzo wysoka śmiertelność ludzi na całym świecie”. O tym też już słyszeliśmy.

Wieńczysław - Przeczytaj jeszcze trochę niżej, o tutaj… (Pokazuje palcem).

Marek - „Zaistniałe wyjątkowe okoliczności wymusiły pospieszną zmianę na najwyższych szczeblach władzy, tak świeckiej jak i religijnej, i to na całym świecie. Między innymi rozwiązano Światowa Organizację Zdrowia, a Watykan nie jest już stolicą jednej z religii. Oprócz tego postanowiono także o niezwłocznym zakończeniu działalności innych instytucji przestępczych, takich jak przede wszystkim Unia Europejska, ONZ, NASA, NATO, Światowa Organizacja Handlu, Sejm i wiele innych”.

Marzena - Marku, czy to możliwe? Aż trudno w to uwierzyć…

Wieńczysław - To jeszcze nic, czytaj dalej. To dopiero niesamowita sprawa.

Marek - „Nowi przywódcy państw wcale na tym nie poprzestali. Między innymi byli jednomyślni w sprawie rozpoczęcia leczenia wszystkich nieuleczalnie dotąd chorych i to w trybie natychmiastowym. W tym celu wykorzystane zostaną nadzwyczajne środki, włącznie z niedostępnymi do tej pory dla większości ludzi. Każda komórka władzy i to w każdym państwie ma bezwzględnie podporządkować się temu rozporządzeniu”.

Maciek - No nieźle, ale mimo wszystko wygląda to na mocno podejrzaną sprawę. Skąd ta nagła zmiana?

Grażyna - Masz rację, sama też się nad tym zastanawiam.

Marek - Gdyby chodziło o poprzednich włodarzy tego świata, to bym powiedział, że zwykłym ludziom na pewno bokiem to wyjdzie.

Maciek - I wyjdzie nogami do przodu.

Iwona - Ale przecież ci nowi ludzie u władzy już dokonali wielu zmian i miejmy nadzieję, że zmian na dużo lepsze.

Marek - Sam nie wiem, zresztą „pożyjemy - zobaczymy”.

Teraz z kolei wbiega Jacek i z daleka woła:

Jacek - Marek! Marek!

Marek - Tutaj! Tutaj jestem. No co jest?

Jacek - Człowieku, będziesz żył!! (Do wszystkich). Ludzie, patrzcie, patrzcie! Mam leki - od mojego taty, bo oni to ukrywali… A tata nie chciał mi powiedzieć a ja od razu wiedziałem, bo oni coś knują…

Marek - Spokojnie, powoli. O co chodzi?

Grażyna - Czy ty przypadkiem gdzieś po drodze w głowę się nie uderzyłeś?

Marzena - Jeśli to sen, to nie chcę się obudzić, naprawdę nie chcę, tak bardzo nie chcę…

Marek - Ochłoń trochę i powiedz jeszcze raz - co znowu knują.

Jacek - Wyleczycie się, będziecie zdrowi. Pozwolili na zastosowanie wszystkich środków, żeby tylko wyleczyć ludzi. Już nie leczyć, ale  w y l e c z y ć!

Marzena - Czy to naprawdę możliwe?…

Marek - A co to za różnica: leczyć - wyleczyć… A w ogóle to skąd ta nagła zmiana rządów i od razu taka wielka troska o zwykłych ludzi?

Jacek - Nie wiem, naprawdę nie wiem. Te wszystkie ogromne zmiany wydają się być czymś nie z tego świata. No ale najważniejsze, że teraz to już wszystko ulegnie zmianie i w końcu wyleczą każdego chorego człowieka! Tamci już od dawna potrafili wyleczyć, ale tylko siebie. I do tej pory była to bardzo pilnie strzeżona tajemnica! Normalnie taka, że nie można było o niej nawet myśleć!

Jednym tchem wyrzucił z siebie Jacek.

Wieńczysław - Zaraz, zaraz, coś kiedyś czytałem o Energii Czwartego Wymiaru, że ta Nowa Energia zastąpi stary system. Aha, i jeszcze coś o Oczyszczaniu Ziemi… A tak w ogóle to przecież są przepowiednie i to przepowiednie wszystkich właściwie wielkich starożytnych kultur, w tym oczywiście i naszej Słowiańskiej, mówiących o Nowych Czasach i rozpoczęciu Złotej Epoki Człowieka.

Maciek - Tak, zgadza się. Też coś o tym słyszałem.

Grażyna - Czyżby to się właśnie zaczęło? I to za naszego życia?…

Marek - Skoro tak i skoro Nowe Czasy, więc nie ma się co dziwić, że tamci muszą odejść.

Wieńczysław - Właśnie, tyle czasu rządzili, ale nic dobrego z tego nie wyszło. No to teraz już bez nich sobie poradzą.

Maciek - Powinni, powinni, bo tamci byli jedynie od wyznawania śmierci. Można by rzec - sataniści, a właściwie umarlaki, bo już za życia byli trupami. Oni to potrafili, ale siać samą śmierć gdzie popadnie i zniszczenie.

Grażyna - A zbiera się co się zasiało, wiadomo.

Maciek - Jasne, jasne, dlatego i sama śmierć w końcu do nich zawitała.

Wieńczysław - I nie tylko, bo ten strach, którym wszystkich wokół tak nachalnie karmili teraz obrócił się przeciwko nim i wrócił do nich ze zdwojoną siłą. Kto by pomyślał, że sami tak bardzo się przerazili tego, do czego tak uparcie i głupio dążyli.

„Słowianin” spojrzał z uznaniem na Wieńczysława i przytakująco pokiwał głową.

Maciek - Wszystkich chcieli wykończyć, ale się przeliczyli. Strach jest dla mięczaków.

Marzena - Skoro tak, no to może rzeczywiście coś z tego będzie i jeszcze dłużej sobie pożyjemy na tym świecie…

Iwona - Aż trudno w to uwierzyć… Ale przecież wszystko jest możliwe…

Wojtek - Ech, pewnie że tak, bo mam jeszcze tyle rzeczy do naprawienia…

Jacek - Jasne stary… Jeszcze sporo sobie pożyjesz i będziesz zdrowy jak ryba.

Marek - No to dawaj to lekarstwo.

Jacek - A tak, tak. Proszę, proszę.

Jacek rozdaje lek po kolei wszystkim chorym. Oni zaś kolejno rzucają się sobie w objęcia i zażywają go.

Pisarz - Zaledwie w ciągu kilku dni po całym świecie rozprowadzono nowe, w pełni skuteczne lekarstwa, czyli takie, jakie naprawdę leczą, włącznie z tymi, co do tej pory były zakazane. Jednocześnie wstrzymano wszystkie szczepienia, zwłaszcza noworodków.

I nie dość, że napływało coraz więcej zaskakujących, wzbudzających  w zachwyt wieści z całego świata o niewiarygodnych przypadkach wyleczenia wszystkich chorych, w tym i tych dotkniętych U.O.O., to nowa i ugruntowana już nadzieja zawitała w każde człowiecze serce. A ta sama nadzieja również i dusze ich wzniosła wysoko na skrzydłach silnej wiary w nowe i lepsze jutro dla wszystkich bez wyjątku.

Nie trzeba było też długo czekać, żeby w czasie następnych kilku miesięcy doszło do następnych wspaniałych wydarzeń. Nie dość, że ludzie zaczęli zdrowieć w niemal cudowny sposób, to skończono z głodem na Ziemi i uporano się z ubóstwem. Nagle cały świat zaczął zmierzać w nowym, lepszym kierunku.

Wycofano z użytku technologie szkodliwe dla środowiska naturalnego a wprowadzono do codziennego użytku tylko takie, jakie były czyste i bezpieczne. Doszło też do zmiany ludzi sprawujących władzę w wielu państwach, głównie tych największych i najbardziej liczących się. Wskutek tego rozpoczęła się prawdziwa i szczera współpraca między nimi. Już nikt nie dążył do wojny. A wydatki na zbrojenie zostały zastąpione tymi na poprawę warunków życia.

A co najważniejsze, to rządy wiodących państw zwróciły się z prośbą do prawdziwie polskiego rządu o przygotowanie Wielkiej Uroczystości dla Ziemi i dla całej Ludzkości, jaką jest uruchomienie Wolnej Energii Wielkiej Piramidy w Egipcie.

Władza w Egipcie również przyłączyła się do tej prośby zapewniając, że uczyni wszystko co tylko jest w jej mocy, aby to całe tak niezwykłe i nadzwyczajne przedsięwzięcie zakończyło się pełnym powodzeniem. Polski rząd podziękował za wyróżnienie i obiecał spełnić swoją powinność tak sumiennie, jak tylko jest to możliwe, by przyczynić się do dalszego wspaniałego rozwoju Nowego Życia na Planecie Ziemia, z korzyścią dla wszystkich jej mieszkańców bez wyjątku. Ale o tym to opowiemy następnym razem.

ZAKOŃCZENIE

Jacek stoi sam na pustym peronie. Jakaś dziewczyna wolno zbliża się do niego, przyglądając się mu uważnie i nie wierząc własnym oczom. Zupełnie jakby zobaczyła jakąś zjawę.

- Jacek? - Jacek! - wykrzyknęła szczęśliwa.

Szybko podbiega do swego narzeczonego. Padają sobie w objęcia. Jacek składa pocałunki na jej dłoniach. Stoją przed sobą. Trzymają się za ręce mając je przed sobą na wysokości swych serc. Jutrzenka patrzy mu głęboko w oczy i wyznaje półgłosem, będąc bardzo wzruszoną:

Jutrzenka - Już od tylu tygodni cię szukam i nie mogę uwierzyć, że wreszcie cię odnalazłam! I nie ważne co się z tobą działo przez tyle czasu mój luby, gdyż znowu jesteś i na szczęście nic ci się nie stało!

Jacek - O, moja najdroższa, moja ukochana narzeczono, mój najpiękniejszy poranku w blaski wschodzącego Słońca! Pragnąłem powrócić do ciebie, lecz nie mogłem się jeszcze przełamać, przemóc. Nie jestem tym samym człowiekiem co kiedyś. Należę już do innego świata, a życie stało się dla mnie zupełnie inne, nabrało nadzwyczajnego, nowego wymiaru. Było mi ogromnie wstyd powrócić do ciebie i pokazać ci się na oczy z powodu mojej głupoty, po moim szalonym porywie, jaki mi kazał targnąć się na własne życie. Nie wiedziałem, jak bardzo mnie miłujesz a nie chciałem cię dodatkowo ranić własnym brakiem siły charakteru i będąc słaby duchem.

Jutrzenka - Jakżeż mogłeś wątpić w miłość mą?! Nawet ani jedna chwila słabości w żaden sposób usprawiedliwić tego nie może! Chociaż nikt z twojej rodziny ani ze znajomych nie wiedział, co się z tobą dzieje ani gdzie przebywasz, to sama wciąż żywiłam tę żarliwą nadzieję na odnalezienie cię mój umiłowany, bo cały czas tak serce mi podpowiadało! Też jestem inną osobą od tej, jaką znałeś wcześniej. Tak samo jak ty pracowałam nad sobą, nad rozwojem swojej świadomości. Widzę więcej, wiem więcej i więcej rozumiem.

Jacek - Wybacz mi również i tę krzywdę najdroższa ma, ponieważ wiele na swym sumieniu mam tego wszystkiego, czym ośmieliłem cię zranić. A największym moim wykroczeniem jest niewiedza i brak wiary. Teraz zupełnie nowym człowiekiem wszak już jestem, dużo się zmieniłem - na lepsze, a twoja piękna miłość natchnieniem równie wzniosłym dla mnie będzie do bycia mężem doskonałym, czułym, troskliwym i dobrym. Jednym słowem takim, jaki uczyni cię szczęśliwą. I proszę cię pokornie, zechciej być moją żoną, uczyń mi ten wspaniały zaszczyt, ponieważ jesteś tą lepszą częścią mojego życia, a także jego cudownym uzupełnieniem, takim, dzięki któremu jestem o niebo lepszym człowiekiem.

Jutrzenka - Wszak szczęśliwą już mnie uczyniłeś, bo jesteś ze mną i na zawsze razem pozostaniemy. A dzięki tobie również i sama czuję się lepszą, doskonalszą, gdyż wzajemnie się wspieramy i dobry przykład sobie też dajemy - takiego wytrwałego podążania przez ten świat, podejmując jego górnolotne wyzwana i nie tylko, bo i pokonując te całkiem przyziemne przeciwności również, co przecież nieważnymi się stają dzięki niezawodnej pomocy Opatrzności. I zapewniam cię - jak najbardziej - opiekować się tobą, szanować cię oraz iść z tobą wytrwale przez całe nasze wspaniałe życie będę. Dokądkolwiek pójdziesz, tam i ja wiernie przy twoim boku jestem, choćby nasza ścieżka życia miała wieść na najtrudniejszy szczyt duchowego wzniesienia. Jesteśmy razem i Ojciec Stworzyciel nam błogosławi, a to jest najważniejsze. Z Nim nie lękam się niczego. On jest moim Dobrym Ojcem!

Tutaj mocne wejście muzyki, no bo siarczyście rozbrzmiewa „Mazur” z opery „Halka” Stanisława Moniuszki”. Wszyscy pozostali wychodzą na scenę, tańczą. No a na koniec  w e s e l i s k o.

Na młodych nakładane są ślubne stroje - biała suknia, wianek z kwiatów na panią młodą, a na pana młodego biała koszula kroju słowiańskiego i z takimi też zdobieniami, a, przepasana pięknym, złotym sznurem.

I nagle piękny bukiet kwiatów Grażyna otrzymuje od Maćka, a Marzena od Marka, którzy to się im oświadczają i oczywiście przyjętymi zostają. Panny rzucają się na szyję swym wybranym, co ich dłonie całują i w swe ramiona ujmują!

I teraz…

K U R T Y N A

A po jej podniesieniu:

Różne żartobliwe sceny.

(Tak jak w filmach, kiedy w czasie napisów końcowych pokazywane są śmieszne urywki, które nie znalazły się w filmie. Tak więc i tutaj po zakończeniu przedstawienia i po zapadnięciu kurtyny (po długich oklaskach… hihihi), ona nagle się podnosi i odgrywane są poniższe scenki, nie ujęte w samym widowisku teatralno muzycznym. I tak:

1. Do Wojtka w podziemiu podchodzi jakiś grubasek, z przesadnie dużą makietą telefonu przenośnego.

Wojtek - Tutaj telefonów przenośnych (komórkowych) nie naprawia sięęę.
Grubasek - Jak to tak?
Wojtek - A tak, bo ludziom wypalają mózg!
Grubasek - Mózg… mózg… Mózg?!

2. Rozmowa Jacka z tatą. Józef siedzi w kuchni przy stole, Jacek zaś przynosi mu i sobie herbatę.

Ojciec - Jacek, może byś mi tak polecił coś dobrego do poczytania, no bo wiesz… Nowe Czasy idą i coś tak czuję, że chyba trzeba by tak bardziej duchowo… no wiesz, trochę nad sobą…

Jacek - Już się robi, na pewno coś się znajdzie.

Ojciec - Chwila, zaczekaj, nie tak szybko. Tylko wiesz, tak ostrożnie, żeby mama nie widziała i żeby to było w miarę krótkie i treściwe, raczej jak streszczenie, bo jakieś tam filozoficzne wywody, (z machnięciem ręki) eee…

Jacek wychodzi i słychać tylko:

Jaśmina - Może tę. Na pewno mu się spodoba.

Józef zaskoczony unosi głowę i robi wielkie oczy. Po chwili wraca Jacek. Na stole kładzie trzy opasłe tomiska.

Józef - Ale mama mówiła jedną…

A mówiąc to krzywi się i błagalnym wzrokiem patrzy na syna i zerka na książki.

Jacek - Zgadza się, bo te dwie (z szerokim uśmiechem) sam wybrałem.

Józef drapie się po głowie. Na to Jacek kładzie następną opasłą książkę na stole, obok tej sterty z trzema. Józef odsuwa trzy i przysuwa do siebie tę jedną. Jacek z kolei przysuwa tę jedną i kładzie ją na pozostałych. Teraz wszystkie podsuwa swemu ojcu, czule je poklepując i patrząc na ojca z lekkim uśmiechem. A on zrezygnowany podpiera ręką głowę i ciężko wzdycha.

Wchodzi Józefa. Cały ten widok bardzo ją bawi. Poklepuje męża po ramieniu. Jacek również jest bardzo rozbawiony tym wszystkim. Uśmiecha się i kręcąc głową odsuwa od rodzica wszystkie książki, by coś napisać na kartce papieru. Daje ojcu do przeczytania. Ten wymownym ruchem dłoni dotyka swego czoła, jakby chciał powiedzieć „no tak, to przecież takie oczywiste”. I pyta syna, pokazując mu kartkę, którą ten przed chwilą mu wręczył:

Józef - Tylko tyle? Naprawdę to wszystko?

Syn, kładąc swą dłoń na ramieniu ojca, powoli przytakuje głową.

Józef pokazuje tę kartkę widowni, a ten sam napis, tylko dużo większy, żeby wszyscy widzowie mogli go łatwo przeczytać, pojawia się nad sceną:

„Miłość w sercu miej i POSTĘPUJ według Niej”.

Na środek sceny wychodzi „Słowianin” i mówi:

- Już prościej się nie da.

Odwraca się i podchodzi do wszystkich w głębi sceny, a na jego plecach widać skrzydła Anioła.

Wszyscy: „Brak Miłości jest dla… słabeuszy!”.

KONIEC

Spisywanie niniejszego widowiska ukończonym zostało w dniu 11-go maja 2018-go roku.
(Piątek)