niedziela, 31 lipca 2016

Wpis 16. Pieniądze i prawdziwa wartość.

Tak - pieniądze, to temat zawsze aktualny i wywołujący wypieki na twarzy. Kiedy o nich rozmawiamy, a przede wszystkim o tych wszystkich niezawodnych i rzecz jasna łatwych sposobach ich zdobycia, to serce od razu zaczyna nam bić mocniej. A stwierdzenie, że pieniądz rządzi światem, już na stałe zadomowiło się w naszych poglądach, jak również i w naszych umysłach, co z reguły wszyscy uważamy za rzecz jak najbardziej zwyczajną pod Słońcem. I jest jasnym jak Słońce również fakt, że zawsze potrzebujemy ich do życia. Nie widzimy nic złego w korzystaniu z okazji, żeby dobrze zarobić i powiększyć swój majątek. A jeśli przypadkiem ktoś nie przywiązuje się do nich ani nie poświęca im najwyższej uwagi, to niewątpliwie coś jest nie tak z taką osobą. Ale (zawsze musi być jakieś „ale”) czy na pewno? Żeby się nie powtarzać, pozwolimy sobie zamieścić cały rozdział książki omawiający tę kwestię. Zapraszamy więc do lektury.
.

Rozdział 3. „Pieniądze i prawdziwa wartość”.

Gdzie skarb twój tam serce twoje, czyli to o czym stale myślimy powoduje, że za tymi myślami podąża nasza energia, nasze uczucia, a więc my same i my sami. I to my umieszczamy się tam, gdzie nasze myśli już są - albo w „bogactwach” materialnych, albo w tych prawdziwych w niebie, inaczej - na wysokościach, w wyższych wartościach duchowych. Opowiadamy się za nimi, więc utożsamiamy i nimi się stajemy.

W przeciwnym razie sprzedajemy się za pieniądze, zatracamy naszą wolność i niezależność. Dopuszczamy się czynów, których nigdy byśmy nie popełnili, gdyby nie konieczność utrzymania się przy życiu, nas samych i naszych najbliższych. Każda uczciwa praca i każdy człowiek, który ją wykonuje zasługuje na najwyższe uznanie właśnie za swą uczciwość i wytrwałość. Ludzka godność została wystawiona na sprzedaż i ludzka godność broni się jak może przed ostatecznym upadkiem. Tym razem czas jej sprzymierzeńcem i na całe szczęście ten czas jest coraz krótszy - czas tej wielkiej niesprawiedliwości i ludzkiego poniżania.

Gdybym był bogaty kupowałbym jedzenie głodującym. W sklepach przy kasach stałbym całymi dniami płacąc za zakupy tych, których nie stać na zbyt wiele. Gdybym był bogaty na stacjach paliw fundowałbym pełne zbiorniki tym, co do nich za kilka groszy sobie tylko paliwa nalewają.

Gdybym był bogaty opłacałbym chorym wizyty u prywatnych lekarzy specjalistów, by w kilkumiesięcznych kolejkach czekać nie musieli i więcej zdrowia, życia już nie tracili. Gdybym był bogaty, to kupowałbym im wszystkie potrzebne medykamenty, najpierw te naturalne i ziołowe, by chorzy szybko odzyskiwali swoje zdrowie.

Gdybym był bogaty adoptowałbym wszystkie dzieci rodziców pozbawione. Gdybym był bogaty budowałbym prawdziwe szpitale i szkoły, w których przede wszystkim z miłością i z dobrego serca zajmowano by się tymi wszystkimi duszyczkami kochanymi, które by się w nich znalazły i do nich po zdrowie i po miłość przychodzić by mogły.

Gdybym był bogaty to wszystkim potrzebującym dzieciom kupowałbym dobre książki i ładne zabawki, zdrowe jedzonko i nowe ubranko.

Gdybym był bogaty wszelkim niepełnosprawnym to wszystko co tylko im do normalnego życia jest potrzebne od razu bym nakupował, a fachową opiekę i wszelką potrzebną rehabilitację z radością bym fundował. Każdemu niepełnosprawnemu, który odpowiedniego sprzętu by wymagał bez zastanowienia taki bym dawał.

Gdybym był bogaty to żadne zwierzątko więcej już bezpańskie by nie było i wielce smutnym, a tęsknym wzrokiem za żadnym człowiekiem więcej by nie wodziło. Nigdy już głodu i chłodu żadnego już by nie doświadczyło, bo serce się kroi od patrzenia i wierzyć się nie chce, żeby tylu ludzi bez rozumu na tym świecie było jeszcze.

Gdybym był bogaty inwestowałbym, a dla środowiska naturalnego nie byłyby na szkodę. Dawałbym zatrudnienie wszystkim bezrobotnym, a schronienie wszystkim bezdomnym za darmo ofiarował. Gdybym był bogaty całe osiedla domków jednorodzinnych bym budował i wszelkim potrzebującym je sprezentował.

Gdybym był bogaty pustynie w oazy ciągle bym zmieniał, nowe studnie bym tam wiercił i ponury ich krajobraz w tętniącą życiem piękną ziemię natychmiast bym zmieniał. Niech jak największe swe plony i owoce wydaje, by jak najwięcej ludzi uszczęśliwiać i by mieli swoją godną pracę.

Gdybym był bogaty uczty obfitości wszelkiej - pokarmu i napoju zdrowego, wydawałbym choćby dnia każdego, a zapraszał na nie każdego, kto domu nie ma swego, głodny po ulicy chodzi, a przy duszy grosza nie ma żadnego.

Gdybym był bogaty tym co do pracy, do szkoły, do rodzin daleko mają, jakieś fajne autka bym sprezentował i zawsze na zakup paliwa bym się im dokładał. A w ogóle gdybym był bogaty, to bym sowicie wszystkich zatrudnionych w moich przedsiębiorstwach zawsze wynagradzał, udział w zyskach bez przerwy bym im wypłacał, by na godne życie środków im nie zbrakło. A kilka tylko godzin pracowali by dziennie, żeby jeszcze mieli dużo czasu dla swych rodzin, dla siebie, niechby go na wszystko im starczyło.

Gdybym był bogaty, zaciągnięte długi - wszelkie, nie tylko hipoteczne, spłacałbym za innych, by nowe życie mogli już zacząć, a nie trwali wiecznie pod tym niewolniczym pręgierzem finansowych uzależnień. Niech wolność i niezależność znów otrzymają i ponownie swe życie od nowa zaczynają.

Gdybym był bogaty wysyłałbym nie tylko na jakieś egzotyczne, ale i w naszym pięknym kraju na długie wakacje osoby, co nigdy na żadne tego rodzaju przyjemności sobie pozwolić nie mogły. O nic nie musiały by się martwić, a tylko radość czerpać ze wspólnego ze swoją rodziną przyjemnego i beztroskiego odpoczynku wakacyjnego.

Gdybym był bogaty pożyczałbym pieniądze wszystkim, którzy tylko by mnie o to prosili i nigdy bym o zwrot pożyczki się nie upominał.

A gdybym był bogaty i gdybym tylko mógł, to każdemu z tych osieroconych dzieciątek - aniołeczkowi prawdziwemu, kupiłbym wspaniałych rodziców, niczym samych świętych prosto z nieba, by nad tymi aniołeczkami najpiękniejszą opiekę roztoczyły i kochały je z całego serca, by wspaniałymi rodzicami dla nich zawsze byli. A dawać jak najwięcej miłości swym nowym dzieciom zawsze by potrafili.

Gdybym tylko był bogaty, to tyle miłości i dobroci chciałbym kupić, jak świat długi i szeroki, by dla każdego jego mieszkańca zawsze oraz każdego dnia tych pięknych uczuć wystarczająco było… Mrzonki jednak to niemałe przecież. Nie wszystko za pieniądze można kupić - doskonale wszyscy o tym wiemy. A może to i dobrze, że właśnie tak jest a nie inaczej, bo dzięki temu każdy człowiek może piękne odruchy swego serca ukazać w każdej dosłownie chwili tego wspaniałego życia oraz świat cały obdarować nimi, co bytowanie w nim umili.

Tymczasem pieniądze na ogół wprawiają w ruch mechanizmy tak ciemne jak ciemna jest sama mroczna energia, która stale dla swych celów je wykorzystuje. Pieniądze same w sobie nie są przecież złe, bo i dla pięknych dzieł są wielce wykorzystywane - na całe szczęście. Jednak niestety, poprzez tę negatywną energię w ruch wprawione zostały machiny wojenne - tak w przeszłości jak i oczywiście teraz, co niezmiennie ma miejsce. Doszło do tego, że nawet już nas nie dziwi, że wszystko jest tak zakłamane, bo każde niemal zachowanie musi się odbywać pod jakimś pozorem, gdyż nikogo już nie stać na szczere i uczciwe postępowanie. A zatem pod pozorem (szerzenia demokracji, równości wszelkiej maści, walki z terroryzmem, obrony niepodległości) dzieją się najdziwniejsze rzeczy, usprawiedliwiane samymi prymitywnymi wymówkami, tworzącymi ohydny pozór wszystkiego. A tak naprawdę chodzi o dominację, kontrolę, zaborczość, panowanie, niszczenie i ostateczną zagładę.

Pieniądze, jak najbardziej - mogą być bardzo dobrze wykorzystane i często są, ale niestety - najczęściej stają się tym narzędziem, które do czynienia zła jest używane. A dzieje się tak przy cichym przyzwoleniu, pomimo powszechnie i oficjalnie grzmiących głosach sprzeciwu na najróżniejszych forach wielu organizacji międzynarodowych. To tak jak próbować powstrzymać zło wypowiadając się jedynie w swoich komentarzach umieszczanych na forach internetowych. My sobie piszemy, a zło dalej robi swoje…

Pozornie robi się wszystko, żeby powstrzymać wojny, a tak naprawdę wcale się im nie przeciwdziała. Mało tego. Tak naprawdę celowo się je wznieca przez tych samych rządzących, co tak namiętnie przeciwko nim się wypowiadają oraz przez tajne organizacje za nimi się skrywającymi.

I niestety, ten obecny, „cywilizowany” świat ciągle nie potrafi obejść się bez pieniędzy - boga naszych czasów. Stały się one naszą fałszywą rzeczywistością, iluzją, której na ogół nie tak łatwo jest się pozbyć i z niej się wyrwać. Tyrania pieniądza stała się tak powszechną, że czasem wydaje się nam, że tak po prostu musi być i nie pozostaje nam nic innego jak tylko pokornie się jej podporządkować i z nią pogodzić, oddając jej pełnię władzy. A iluż to rzeczy byśmy nie robili, gdyby nie było tego materialnego terroru, jarzma niewoli, który istnieje właśnie dzięki przymusowi ekonomicznemu? W jak ogromnym stopniu odzyskalibyśmy naszą godność i człowieczeństwo gdyby nie te wszystkie zawstydzające występki z niego wynikające? Często tego nie dostrzegamy, a wydaje się nam, że jesteśmy tacy bardzo inteligentni, ponieważ opanowaliśmy wszystkie tajniki i reguły tej materialnej zabawy, jaką jest zarabianie pieniędzy i zdobywanie materialnych przedmiotów, w większości niepotrzebnych.

Potrafimy na przykład z wielką łatwością poruszać się w gąszczu rynkowych i korporacyjnych praw, strategii światowych gigantów oraz analiz finansowych, które z największą uwagą są śledzone w celu podjęcia tych jedynie trafnych inwestycji, nie zdając sobie nawet sprawy z tego w jakiej farsie bierzemy udział, szczególnie wyraźnie widocznej na przykładzie transakcji papierami wartościowymi różnych firm. Mianowicie z jednej strony mamy same fakty i mocne dowody makro czy mikroekonomiczne, wyniki finansowe określonych przedsiębiorstw, takie czy inne dane bardziej lub mniej tajne, zawierające zestawienia, analizy, wykresy, tabele, sprawozdania - a z drugiej strony wystarczy jakaś plotka, wybuch jakiejś irracjonalnej paniki nie wiadomo czym spowodowanej, a ceny akcji pikują jak szalone i niczym nie pohamowane. A cały ten „piękny i misternie utkany świat finansowy” rozpada się nagle w jednej chwili, pociągając bezlitośnie za sobą także i nas ku nieuchronnej porażce chybionego inwestowania, ku zagładzie i zniszczeniu.

Im bardziej wierzymy w świat materialny, w bezpieczeństwo wynikające z faktu posiadania pieniędzy tym bardziej oddalamy się od Prawdziwego Źródła Życia. Ufamy czemuś co - jak mówi Biblia - nie ma uszu, aby słuchać ani języka aby mówić - tak jak każdy bożek wymyślony przez człowieka. Ufamy czemuś co jest martwe i co nie ma żadnej mocy, nie włada żadną potęgą, aby nam naprawdę pomóc wtedy, gdy tej prawdziwej pomocy potrzebujemy. Nie mam tutaj na myśli tego, że za pieniądze możemy sobie teraz kupić niemal wszystkich i niemal wszystko. Mam na myśli to, że władza tego bożka jest ograniczona tylko do obszaru swego władania.

Wbrew pozorom on sam może sprawić bardzo mało w znaczeniu bóstwa. Co prawda zapewnia nam wygody w życiu i poczucie panowania, kontrolowania wielu sytuacji oraz ludzi, daje władzę - tak często jest i w takim przekonaniu stale się utwierdzamy. A zauroczeni jego fałszywymi darami jeszcze bardziej go ubóstwiamy i jeszcze bardziej jesteśmy mu poddani. Nie możemy się bez niego obejść. Staje się naszym istnieniem, wokół którego toczy się całe nasze życie. Im bardziej od niego jesteśmy uzależnieni, tym bardziej nasze więzi z nim zacieśniamy. Dochodzi również do tego, że nawet całym swoim sercem należymy do tego materialnego świata, świata rządzonego przez współczesnego boga, przez pieniądz.

A gdzie skarb twój tam serce twoje - stwierdza Biblia. Z pewnością to wiesz. Serce, czyli to, kim jesteśmy. Serce, czyli nasze życie, nasze istnienie. Tutaj moim zamiarem nie jest krytykowanie czy osądzanie kogokolwiek. Określiłbym to raczej próbą zastanowienia się oraz pewnym ujęciem tego całego zagadnienia dotyczącego pieniędzy. Bo czy nie jest tak, że jeśli komuś oddajemy swe serce, to dobrowolnie tej osobie się oddajemy i do niej należymy? W zasadzie chyba nie ma potrzeby więcej o tym pisać, bo już wiadomo jaki jest wniosek z tego płynący. Może tylko jedna rzecz - gdy świadomie lub nieświadomie oddajemy nasze serce, to już nie ma większego znaczenia, bo liczy się sam fakt naszej pełnej przynależności. I chociaż nie zawsze można ją w pełni zrozumieć, to jednak nie zmienia to samego faktu, że nikt inny jak tylko my same i my sami o tym decydujemy. A nasze postępowanie świadczy o tym w najlepszy i dobitny sposób.

Teraz chyba powinienem napisać jakiś płomienny i dramatyczny apel odwołujący się do zdrowego rozsądku każdego człowieka, żeby zdołał przejrzeć na oczy jaki fałszywy świat potrafił stworzyć pieniądz, ale sobie daruję. Pozostawmy to na później, a może nawet wcale nie będę do tego wracał. Po co miałbym komuś psuć dobre samopoczucie? Po co komuś tłumaczyć to, czego nie da się wytłumaczyć? Jak na przykład można ze ślepcem rozmawiać o kolorach, a z kimś kto tkwi po uszy w bagnie rozprawiać o uniesieniach duszy? Jak znajdując się wpośród ciemnej nocy opowiadać o złotym blasku słonecznego dnia?

Tak jak zauważyła moja Olivia: kiedy ktoś znajduje się wewnątrz danego układu, a chce zobaczyć jaki on jest naprawdę, to nie może tego dokonać będąc cały czas wewnątrz tego układu. Musi najpierw z niego wyjść, czyli znaleźć się całkowicie poza nim, a dopiero później patrząc z zupełnie innej perspektywy może go ujrzeć w jego właściwym kształcie, ujrzeć jego prawdziwą postać i naturę, takim jakim jest naprawdę. (Na przykład przestajemy oglądać telewizję kiedy wiemy, że ona kłamie.)

Tak samo jest ze światem pieniądza. Mógłbym przytoczyć tutaj ogromną liczbę argumentów świadczących przeciw niemu, ale czy to będzie wystarczające, żeby komuś otworzyć oczy, i żeby ktoś w przebłysku świadomości zawołał nagle: Jak to możliwe, że wcześniej nie zdawałam i nie zdawałem sobie z tego sprawy?!

Nie, nie poddaję się, ale jedyne co mogę zrobić, to podzielić się tymi kilkoma myślami, które Olivii i mnie uświadomiły parę rzeczy i pozwoliły nam na otwarcie oczu, ponieważ jeszcze nie tak dawno sami tkwiliśmy po same uszy w tym bagnie, w tym układzie, układzie materialnych i niewolniczych zależności wykonując inną (uczciwą) pracę w celu zdobywania dóbr materialnych i wszelkich „bogactw” tego świata.

Chociaż na dobrą sprawę nie było mowy o gromadzeniu jakichkolwiek oszczędności. Żyliśmy z miesiąca na miesiąc i od wypłaty do wypłaty - „na styk”. Po wielu wyrzeczeniach udało się nam kupić działkę i zbudować na niej dom, otrzymując na ten cel kredyt z banku. Już nie udało się nam go w całości wykończyć ani urządzić, niemniej jednak zdążyliśmy się nim nacieszyć zanim go sprzedaliśmy. A w czasie długich miesięcy upływających w rytm comiesięcznych wypłat, często z obawą zastanawialiśmy się jak dotrwamy do następnego przelewu z pracy, w piękny sposób uzupełniający stan naszego konta bankowego. Jednak nigdy w tamtym czasie, pomimo najróżniejszych zawirowań codziennego życia, nie zabrakło nam pieniędzy na pożywienie.

A kiedy po dziewięciu latach pracy zwolniono mnie z międzynarodowej firmy byłem bliski wyjazdu za granicę, aby w innym kraju szukać dla nas szansy łatwego utrzymania. Zostałem przyjęty do pracy przez przedstawicieli jednej z firm w Anglii, ale po namyśle z żoną zrezygnowałem z niej. Uznaliśmy, że nie jest to odpowiednia pora na taki krok. A przede wszystkim nie mogłem przecież zostawić Olivii samej z dwójką naszych małych dzieci i to w środku zimy. Miałaby na głowie prowadzenie całego domu, w którym byłbym tylko gościem, nie wiem nawet czy w najlepszym przypadku raz w miesiącu. Ani Olivia ani ja sam nie chciałem takiego życia przede wszystkim ze względu na nasze dzieci, które też mają swoje pełne prawo do posiadania obojga rodziców.

Po sprzedaży domu nasze położenie uległo całkowitej zmianie. Pomimo tego, że jeszcze w ostatniej chwili niepotrzebnie obniżyłem jego cenę, to w sumie byliśmy zadowoleni z całej transakcji. A dzięki niej spłaciliśmy przede wszystkim kredyt hipoteczny i oddaliśmy wszystkie inne długi. Odetchnęliśmy z ulgą pozbawieni tego niewątpliwie dużego obciążenia finansowego. Wtedy mieliśmy już podjętą decyzję o wyjeździe z Polski, więc nie pozostało nam nic innego jak tylko się do tego przygotować. Z całego domu zabraliśmy tylko to, co się udało zapakować do samochodu.

Opuszczając kraj nie mieliśmy żadnej pracy, która by na nas czekała, nie mieliśmy żadnych znajomych, którzy mogli by nam pomóc na miejscu. Jednak z nowymi nadziejami a przede wszystkim dzięki pomocy z Wysokości szybko zadomowiliśmy się na Teneryfie. Sprzyjający klimat również odegrał w tym swą pozytywną rolę. Oczywiście zanim udało mi się znaleźć pracę żyliśmy z naszych oszczędności, które już wtedy zostały bardzo nadwątlone. Z niepokojem też śledziliśmy niektóre bardzo alarmujące doniesienia ze światowego rynku finansowego. Szczególnie te o istniejącej ogromnej bańce inflacyjnej stanowiącej nawet dziewięćdziesiąt procent wszystkich pieniędzy będących w obrocie. Mało optymistyczna wiadomość. Oprócz tego już wtedy było dość głośno o możliwym upadku dolara, a także euro, co w perspektywie przeprowadzki do Meksyku stanowiło następną niewiadomą.

A kiedy już się tu znaleźliśmy, to zamiast od razu spróbować coś robić na własną rękę i „rozkręcić” jakieś własne przedsięwzięcie (mieliśmy i pieniądze, i czas, i kilka pomysłów) nie wiedząc dlaczego naiwnie szukaliśmy pracy etatowej, będąc całkowicie przekonani, że przecież wkrótce ją mieć będziemy. Tymczasem nasze oszczędności topniały coraz bardziej, a pracy wciąż nie mieliśmy. Żartowaliśmy, że oferty pracy dotyczą tylko osób w wieku do dwudziestu pięciu lat, z wyższym wykształceniem oraz z dziesięcioletnim doświadczeniem zawodowym, najlepiej zgodnym z charakterem oferowanej pracy. Oprócz tego biegła znajomość co najmniej dwóch języków obcych byłaby dodatkowym atutem przyszłego pracownika, w tym jednego jakiegoś dalekowschodniego, na przykład języka japońskiego.

Żarty, żartami, ale tego całego szukania pracy zaczynaliśmy mieć szczerze dosyć. W dodatku powiedziano nam, że zaledwie rok przed naszym przyjazdem cała ta sytuacja z zatrudnieniem wyglądała zupełnie inaczej. To pracownicy przebierali w różnych ofertach pracy. Nawet gdy komuś nagle coś się nie spodobało w danej fabryce, w jakiej był zatrudniony, to nic nie ryzykując zwalniał się z niej i natychmiast znajdował sobie nową posadę. Na północy Meksyku, na samej granicy ze Stanami Zjednoczonymi prawie wszystkie firmy (głównie) zagraniczne, cierpiały na stały brak pracowników, więc chętnie zatrudniały zgłaszających się kandydatów. Jednak - tak jak wspomniałem - mniej więcej na rok przed naszym przyjazdem to uległo całkowitej zmianie.

W tamtym czasie wskutek jakiegoś następnego kryzysu finansowego, tym razem wywołanego złymi kredytami, zostało pogrążonych wielu ludzi mieszkających u północnego sąsiada Meksyku, co miało duży wpływ również na samych Meksykanów, ponieważ masowo tracili i pracę, i swoje na nią pozwolenie wskutek zaostrzonych dodatkowo przepisów emigracyjnych. Wracali więc tłumnie do siebie, a nas zastanawiało to wszystko, czego byliśmy świadkami. Nie mogliśmy przy tym się nadziwić, jak banki podejrzanie łatwo przyznawały kredyty hipoteczne, udzielając ich nie tylko bezrobotnym, ale nawet i bezdomnym! A potem nagle „wielkie zaskoczenie” na rynku finansowym z racji bardzo trudnego położenia wielu banków, które nie odnotowały przychodów, ale poniosły wielkie straty…

W następstwie załamania rynku, (a także z powodu dużego bezrobocia) wyrzucano ludzi z domów, bo przecież nie spłacali kredytów. Następnie nieruchomości te były sprzedawane (oczywiście przez banki) za przysłowiowego dolara. Przez chwilę pomyślałem, że tracimy niezłą okazję, żeby sobie okazyjnie kupić jakiś fajny domek, ale szybko wróciłem na ziemię, bo w ten sposób stałbym się współwinnym nieszczęścia wielu ludzi, wspomagając system, który w ten sposób pozbawił ich wszystkiego co mieli. Mieliśmy też jakieś wewnętrzne przekonanie o tym, że mało prawdopodobnym było to, żeby banki nie wiedziały co robią i do jakich klientów kierują swoją ofertę, jakie ryzyko podejmują. Czy zatem było to ich celową strategią obliczoną na załamanie tego sektora rynku finansowego?

Czyżby właśnie dlatego „Wujek Sam” tak nachalnie zachęcał do brania tych kredytów nie tylko na ten cel, ale dosłownie na wszystko, na co tylko komuś przyszła do głowy chęć, żeby coś kupić? Czy nie dlatego rozbudowany do przesady system kart kredytowych bez przerwy kusi wydawaniem pieniędzy?

Jak w wielu przypadkach tak i w tym Olivia roztropnie zauważyła, że lepiej najpierw zgromadzić odpowiednią kwotę pieniędzy, a potem dopiero dokonać zakupu czegoś potrzebnego niż odwrotnie i tracić jeszcze pieniądze na spłaty odsetek z tytułu zaciągniętego kredytu.

Bardzo dobrze wiedziałem co miała na myśli. Kiedyś w Polsce uległem takiej pokusie posiadania karty kredytowej. Wyrzuciłem ją po bardzo krótkim czasie korzystania z niej. Mając wysoki na niej limit środków często nie zastanawiałem się w czasie zakupów ile mogę wydać i trochę z tymi wydatkami przesadzałem. A kiedy przyszedł ten piękny dzień wypłaty, nie mogłem uwierzyć własnym oczom. Sprawdzając stan konta z przerażeniem dostrzegłem o połowę niższe wynagrodzenie niż zazwyczaj. Po prostu część pieniędzy potrącił sobie bank w ramach spłaty zaciągniętego na karcie kredytu. Nie było w tym nic podstępnego. Przecież bank postępował zgodnie z umową, którą dobrowolnie podpisałem. Jednak byłem na siebie bardzo zły, że dałem się wciągnąć w tę perfidną pułapkę.

No to nieźle kombinują. Wpędzają ludzi w długi, po to, żeby zaciągali następne pożyczki… Mając połowę wypłaty udało się nam jakoś przeżyć do następnej, ale dzięki temu przykremu doświadczeniu już na zawsze wyleczyłem się z używania kart kredytowych. Mieliśmy też w rodzinie przypadek sfałszowania podpisu przez jakiegoś pracownika banku, wskutek czego żona jednego z braci Olivii została obdarowana kartą kredytową.

No tak, w tym świecie finansów widocznie wszystkie chwyty dozwolone, byle tylko przyniosły jak najwięcej korzyści samym bankom. A bank jak każde kasyno - zawsze wygrywa. Tylko zanim to się stanie, to niestety nas wszystkich wciąga się w tę nieuczciwą grę, w której stajemy się sobie wrogami. Jedni dla pieniędzy otrzymywanych w ramach wynagrodzenia od swego pracodawcy, drudzy zaś z tego powodu, by tych swoich pieniędzy nie stracić, a jeśli już, to zawsze jak najmniej.

I wtedy zrozumieliśmy, nagle stało się to dla nas jasne jak w biały dzień, na czym to wszystko tak naprawdę polega. Pozornie daje się zarabiać ludziom pieniądze, aby następnie zrobić wszystko, żeby je stracili. Robi się dosłownie wszystko, żeby pozbawić nas tych zasobów czy też tego rodzaju energii, której wszyscy w większym lub mniejszym stopniu stale potrzebujemy wciąż egzystując w tej prymitywnej cywilizacji, w tym ograniczonym wymiarze. Niby mamy pieniądze, nasze ciężko zarobione pieniądze, a potem stale oraz skutecznie się nas ich pozbawia. W dodatku sami bardzo to ułatwiamy, ponieważ dajemy się tak łatwo skusić tymi samymi i aż do znudzenia, bo bez końca powtarzającymi się reklamami najróżniejszych rzeczy, które wciągają nas w wir wydawania pieniędzy, którego niczym nie można powstrzymać.

Przecież to rzecz „oczywista”, że telefon komórkowy trzeba wymienić na nowy tak szybko, jak tylko taki pojawi się na rynku. Do tego obowiązkowo jakiś tablet, a bez jeszcze większego i bardziej płaskiego telewizora w ogóle nie liczymy się w gronie naszych przyjaciół, więc nie ma na co czekać - po prostu muszę go mieć. A kiedy jest dostępny następny śliczny model samochodu, który choćby różnił się tylko lampeczkami, to od razu zdobywa sobie wielkie uznanie oraz całą rzeszę zahipnotyzowanych nabywców.

W strategii pozbywania nas pieniędzy bardzo istotną rolę odgrywa samo zdrowie, a właściwie jego brak. Chyba nawet cała uwaga skupiona jest właśnie na tym, abyśmy tego zdrowia mieli jak najmniej. Im mniej zdrowia - tym więcej, ale naszych wydatków by je ratować. I nie tylko zdrowie, ale nawet i samo życie. Ile to kosztuje to każdy człowiek na Ziemi wie najlepiej, który choć raz odwiedził w swoim życiu lekarza, po wizycie u którego staje się w dodatku bardziej chory niż przed jej złożeniem. A potem to już czeka cała mafia przemysłu farmakologicznego, by taką ofiarę dopaść w swoje brudne łapy i już jej tak łatwo nie wypuścić, karmiąc ją najdziwniejszymi specyfikami, które bezczelnie ośmielają się nazywać lekarstwami. Większość z tych „lekarstw” jest nad wyraz szkodliwa. Pomimo, że na określone dolegliwości niektóre nawet pomagają, to niestety czynią też ogromne spustoszenia w ludzkim organizmie swymi licznymi efektami ubocznymi.

A śmierć jak podatki dopadną każdego… Nie inaczej dzieje się w wielu innych krajach na całym świecie. Wskutek bezczelnego i przesadnego opodatkowania wszystkich i wszystkiego, całe narody żyją na skraju biedy, nie mówiąc już o tym, że pośrednio cała ta mafia bankowców wspólnie z politykami doprowadziła do skrajnej nędzy ogromną część populacji naszych bliźnich. Okazuje się, że cały proceder pobierania podatków służy jedynie pozbawiania ludzi pieniędzy, a całe gospodarki i kraje pogrąża się w coraz większym długu. Jest to całkiem złożone zagadnienie, ale wystarczy porównać ile na przykład pieniędzy wpływa do kasy państwa z tytułu składek ubezpieczeniowych, a ile jest wypłacanych wszystkim uprawnionym do ich otrzymania właśnie z tytułu niniejszego ubezpieczenia. Nie jest odkrywczym stwierdzenie, że ludziom nie wypłaca się właściwie nic, a miesięczne kwoty takich składek są liczone w miliardach złotych.

Następnie mamy pomoc finansową Unii Europejskiej przeznaczoną dla jej krajów członkowskich. Tylko jakoś nikt nie chce oficjalnie przyznać, że aby tę „pomoc” otrzymać, to takie kraje muszą najpierw wpłacić pokaźne składki do unijnej kasy, więc de facto pomoc otrzymują z własnych pieniędzy. A kiedy jeszcze - o zgrozo - dochodzi do udzielenia kredytu przez bank europejski, to jest on bardzo drogi. A zatem każdy kraj członkowski traci na tym podwójnie. Jednak na tym nie koniec, bo kiedy komisarze europejscy stwierdzą, że dany kraj nie spełnia jakichś wymyślonych przez nich niedorzecznych warunków, wtedy taka pożyczka, przepraszam - „pomoc” przepada i nie jest już udzielona. „Czysta” kradzież w świetle „prawa”. Prawo warte tych, którzy je wymyślili oraz wprowadzili w życie.

A co w takim razie z tymi państwami, które nie należą do Unii Europejskiej? Cóż, niestety zawsze znajdą się jakieś inne organizacje stowarzyszające pozostałe kraje, które funkcjonują na podobnej zasadzie. Zresztą każdy kraj odprowadza swoje podatki, przecież każdy posiada swój bank centralny. A kiedy jakiś kraj znajdzie się już w tak trudnej sytuacji, że samo nie może sprostać swojemu kryzysowi, to z pomocą ochoczo przychodzą międzynarodowe organizacje finansowe pogrążając do końca swojego „klienta” dobijając go takim kredytem, którego już nie może spłacić. Podobnie przybywa i ludzi, którzy stają się życiowymi bankrutami i to w dosłownym tego słowa znaczeniu, ponieważ stają się niewypłacalni.

A cały ten „świetnie zorganizowany” świat rządzony bożkiem-pieniądzem kręci się dalej na zwariowanej karuzeli finansowej, zachęcając wszystkich kogo się tylko da, żeby do niej wsiedli, nie przestając ani na chwilę w swym obłędzie hipnotyzować „dobrami” materialnymi oraz uzależnianiem od wszelkiego rodzaju pożyczek, przesyłając nam w telewizyjnych obrzędach reklamowych i nie tylko, lawinę podprogowych treści, programując nas na swych wiernych wyznawców potulnie spełniających każdy ich rozkaz i składających w nierozumnej ofierze swą drogocenną energię na ołtarzach ułudy tego fizycznego życia…

A wobec tego i los nas wszystkich jest z góry przesądzony. Do jakiej rzeczywistości należymy, to taki będzie nasz koniec gdy i ona sama swój kres osiągnie. Naszą rzeczywistością może być ten fałszywy świat materialny albo Świat Wyższych Wartości, wartości niematerialnych, czyli nigdy się nie kończący. „Gdzie skarb Twój, tam serce Twoje”. Serce - czy wobec tego wolimy nasze życie składać w ofierze na ołtarzu wartości doczesnych, nie mających zapewnionej przyszłości? Czy nasza przyszłość jest tylko ta doczesna i nie ma już żadnej innej, nawet w innym wymiarze naszego dalszego istnienia? Czymże są wszystkie majętności tego świata wobec naszego prawdziwego istnienia? - duchowego i wiecznego życia, duchowego a nie materialnego. Czy naprawdę z pełną świadomością chcemy złożyć na wadze naszego losu pieniądze, aby ten los zechcieć ocalić? Czy naprawdę są one tym, co przechyli szalę życia na naszą stronę? Czy nasza świadomość nie jest w stanie dostrzec czegoś więcej, niż tylko jakieś materialne zabezpieczenie naszej egzystencji?

Cóż, w jakimś czasie tego życia sami tak właśnie myśleliśmy. Zdawało się nam, że przecież od pieniędzy w pełni zależy nasza przyszłość. Oczywiście ta w życiu materialnym, ponieważ cały czas uważaliśmy się za nieprzeciętnych wierzących, a sprawy religii nie traktowaliśmy marginalnie, więc w sensie duchowym dobrze wiedzieliśmy jaki jest nasz cel i na czym to wszystko polega.

Aż w końcu doszło do konfrontacji tych dwóch, wydawałoby się całkiem oddzielnych rzeczywistości - materialnej i duchowej - wzajemnie się przenikających. I każda na swój sposób zaczęła jednocześnie wywierać na nas swój wpływ. Aż w końcu pojawił się dylemat, której rzeczywistości teraz ulegniemy, która dojdzie do głosu? Pojawiła się wątpliwość czy będziemy w stanie nadal dochować wierności wyższym wartościom czy też poddamy się prawu materialnego przetrwania za wszelką cenę i już tylko jemu będziemy hołdować.

Kiedy skończyły się nam wszystkie oszczędności i nie mieliśmy już pieniędzy, utrzymywaliśmy się jedynie dzięki różnym dorywczym zajęciom. Wtedy wydawało mi się, że tym większą wagę będziemy przywiązywać do pieniędzy, że tym bardziej będzie nam na nich zależało. Skoro pozwalają nam przeżyć, to nawet tę niewielką ich ilość zaczniemy cenić ponad wszystko, a chęć ich zdobycia za wszelką cenę będzie dominującym dążeniem bez względu na wszystkie inne rzeczy.

Na nasze szczęście tak się jednak nie stało. Postanowiliśmy - co naprawdę nie było łatwe - całkowicie się zdać na Opatrzność Bożą i zaczekać, co się teraz wydarzy. Nie wiedziałem tylko, że będzie to początkiem bardzo, bardzo długiej i niezwykle trudnej drogi duchowej, której pokonanie zajmie nam ładnych kilka lat, podczas której dane nam będzie przerobić taką lekcję, jakiej w tym życiu jeszcze nie mieliśmy… (I mam nadzieję, że długo mieć nie będziemy).

I stało się. Skończyły się nam wszystkie pieniądze. I niemal natychmiast zaproponowano mi pierwszą pracę bez najmniejszej inicjatywy ani poszukiwania z naszej strony. Pojawiła się ona w samą porę, ponieważ nasze położenie nie było wesołe, a było nawet alarmujące. Była to praca w charakterze stolarza. Najpierw było to dziecięce łóżeczko. Z mojej pracy sąsiad był całkiem zadowolony i wkrótce zaproponował mi wykonanie mebli kuchennych.

Z góry go ostrzegłem, że mimo mojego skromnego doświadczenia stolarskiego, polegającego na zrobieniu kilku prostych mebli, to nie czuję się na siłach, by podołać temu wyzwaniu. I chociaż takim stwierdzeniem mogłem łatwo przekreślić jedyną wtedy okazję do zarobienia pieniędzy na nasze utrzymanie, to w moim poczuciu uczciwości nie mogłem mu o tym nie powiedzieć.

Wcale się tym nie przejął, a jego krótkie stwierdzenie: „poradzisz sobie” było dla mnie wystarczającą zachętą oraz zapewnieniem, że nie mam się czym martwić. Cóż, skoro sam tak powiedział… No dobrze, nie pozostało mi nic innego jak tylko się zgodzić. Sąsiad w pełni nam zaufał dając na zakup materiału odpowiednią kwotę pieniędzy, z której część mogliśmy od razu przeznaczyć na jedzenie w ramach wynagrodzenia za robociznę. Trochę się przestraszyłem czy nie przesadziłem z naszymi zakupami i czy wystarczy pieniędzy, by kupić materiał. Jednak okazało się, że pieniędzy starczyło na wszystko, czego potrzebowałem do wykonania pierwszego etapu pracy.

W przeciwnym razie byłoby to trochę nieodpowiedzialne z mojej strony, gdybym na samym początku od razu go poprosił o więcej pieniędzy zaraz po tym, kiedy mi je dał, a w dodatku kiedy nawet nie wziąłem się do pracy. W miarę postępu wykonywania pierwszych mebli, gdy ponownie otrzymałem od niego pieniądze na zakup następnych materiałów, to już bardziej uważałem przy ich rozporządzaniu i wydawaniu. Z sąsiadem rozliczałem się co do grosza z zakupów na jego zestaw kuchenny, a w ramach wynagrodzenia za robociznę na każdym etapie prac kupowałem dla nas pożywienie.

Praca mozolnie posuwała się naprzód. W końcu był to pierwszy zestaw kuchenny, który wykonywałem w tym życiu. A starałem się z całych moich sił, aby zrobić go jak najlepiej. Popełniałem czasem błędy, ale zawsze je poprawiałem, bo kiedy starałem się zrobić więcej pracując do późnej nocy, okazywało się, że nie było to wykonane tak jak być powinno, więc następnego dnia rano, zamiast pracować dalej, musiałem najpierw rozmontować źle poskładane części i wszystko poprawiać. Rzeczywiście, pośpiech to strata czasu. Ciągle starałem się o tym pamiętać.

Pamiętałem też o tym, by wszystko wykonać jak najdokładniej, w jak najwyższej jakości oraz z należyta starannością, zupełnie tak, jakbym to robił dla siebie. Starałem się, żeby półki były mocne, nie wyginały się pod ciężarem kładzionych na nich rzeczy, a cała konstrukcja była wytrzymała i trwała. Olivia cały czas mnie chwaliła za tę jakość wykonania, gdyż nie żałowałem kleju, wkrętów i odpowiedniej grubości materiału. A gdy coś popsułem to podnosiła mnie na duchu. Często miałem też po prostu szczerze dosyć tych mebli, bo bardzo się z nimi męczyłem i nie udawało mi się ich wykonać tak dobrze jak chciałem.

- Do końca życia będę pamiętał te meble - kilkakrotnie zdarzyło mi się to powtarzać i nawet nie zwracałem uwagi na to, że ich właściciel razem ze swoją żoną słucha tego, co akurat powiedziałem. Przynajmniej niech wiedzą ile wysiłku i trudu mnie to kosztuje.

- Inne meble w sklepach są wykonane tylko z cienkiej sklejki, półki się wyginają, prawie nie używają kleju, a zamiast wkrętów używa się zszywek stolarskich, które nie są tak trwałe i szybko rdzewieją - skrupulatnie wymieniała Olivia. W sumie miała rację. Ogromnie mi pomagała swoim wspieraniem mnie, tym, że jest ze mnie dumna, a także tym jak bardzo chwaliła moją pracę. Dzięki temu było mi dużo lżej na duszy. Sąsiad, ku mojemu zadowoleniu, również podzielał jej zdanie.

Starałem się również, aby wszystkie wymiary były dokładne i zgadzały się co do milimetra. Dużo czasu poświęciłem na obliczenie i wielokrotne sprawdzenie całkowitej długości wszystkich stojących szafek, by po zamontowaniu na nich blatu nie okazało się, że jest jakaś niedokładność między nim a szafkami. Często coś mierzyłem po kilka razy, żeby mieć całkowitą pewność przed ucięciem jakiegoś kawałka drewna czy sklejki, aby nie marnować żadnego materiału. Gdybym był na miejscu mojego sąsiada też bym się nie cieszył, gdyby jakiś stolarz marnował materiał, za który sam płacę.

W miarę upływu czasu postęp prac był coraz większy mimo ich wolnego tempa. Dzieci dzielnie pomagały, podając mi potrzebne narzędzia, przytrzymując łączone części oraz próbując własnych sił przykręcając wkręty. Co jakiś czas sąsiad dawał mi więcej pieniędzy na zakup następnej porcji materiału. Cały czas uczciwie rozliczałem się z nim na podstawie paragonów ze sklepu.

W sumie na tej pracy mogliśmy zarobić więcej pieniędzy, ale wystąpiła pewna trudność. Na samym początku, jeszcze przed przyjęciem jego propozycji wykonania tych mebli, uprzedzałem sąsiada, że nie mam odpowiednich narzędzi do przecięcia blatu kuchennego pod kątem 45-ciu°, co wynikało z zaplanowanego ustawienia szafek w rogu kuchni.

- Mogę przeciąć własną piłą tarczową, ale to będzie dalekie od doskonałości - z góry zastrzegłem.

Mój pracodawca zapewniał mnie, że na pewno sobie z tym poradzę i wszystko będzie dobrze. Jakoś nie podzielałem jego optymizmu. A kiedy doszło do tego przecinania sam mógł się przekonać, że łatwo powiedzieć, a trudniej samemu coś zrobić. Męczyłem się z tym cięciem co najmniej dwie godziny. Cała trudność polegała na tym, że średnica tarczy piły była mniejsza od wysokości cokołu blatu, więc jego przecięcie za jednym przejściem piły nie było możliwe. Oprócz tego należało dodatkowo mocować prowadnicę dla piły, żeby przecięcie było równe, co było bardzo czasochłonne.

I dobrze się stało, że sąsiad akurat wtedy przyjechał zobaczyć jak to się „łatwo” będzie robić. Pomagał mi też przy tym przecinaniu mocując prowadnicę dla piły, ale pomimo moich największych starań nie udało mi się uzyskać zbyt dużej dokładności cięcia. Po przysunięciu do siebie dwóch blatów ich końcami przeciętymi pod kątem 45°, w miejscu ich łączenia zamiast ładnej i prostej linii pojawiły się duże niedokładności. Utworzona linia była bardzo krzywa, a powierzchnie nie stykały się ze sobą zbyt dokładnie ukazując wyraźne szczeliny. W dodatku jeden skośny bok był nieco dłuższy od drugiego.

Na ten widok ogarnęła mnie czarna rozpacz i było mi ogromnie wstyd za tak niską jakość mojej pracy. Jak do tej pory wszystkie szafki kuchenne udało się zrobić nawet całkiem dobrze i sam byłem z nich zadowolony. Olivia też bardzo mnie za to chwaliła, ale ten blat to był po prostu koszmar, jedna wielka porażka, która psuła cały efekt kuchni.

Właściciel mebli nie dawał niczego po sobie poznać. Nadrabiał miną jak tylko mógł i pocieszał mnie, że zrobiłem wszystko co tylko mogłem, żeby było dobrze. Odniosłem wrażenie, że tylko tak mówi, bo tak naprawdę to chyba płakać mu się chciało jak na to patrzył. A ja ze swojej strony wiedziałem, że nie mogę tego tak zostawić. Na dobrą sprawę mogłem umyć od tego ręce. Przecież uprzedziłem go wyraźnie o tym ryzyku, na które on sam się zgodził. Skoro tak, to mogłem zmontować ten blat w takim stanie w jakim był, nie martwić się wcale jak beznadziejnie wygląda, odebrać brakującą część zapłaty i po sprawie - nic tu po mnie…

Jednak wewnątrz mnie coś nie dawało mi spokoju. Jakoś nie mogłem się ze sobą pogodzić, odzyskać wewnętrznego spokoju i po prostu o tym zapomnieć. Toczyłem wewnętrzną walkę: albo dam sobie z tym spokój i zostawię to tak jak jest, albo z własnych pieniędzy, których mamy przecież tak niewiele kupię nowy blat i zrobię to tak jak trzeba.

- Kupię nowy blat kuchenny w hurtowni, w której bezpłatnie go przecinają pod tym kątem - zdecydowanie oznajmiłem nagle sąsiadowi.

Skwapliwie i bardzo szybko zgodził się na tę propozycję ożywiony myślą, że wykończenie mebli ma szansę być dużo lepsze, a więc takie jak trzeba.

- Zapłacę ci za ten nowy blat - zapewnił mnie solennie.

Nic nie powiedziałem i jakoś nie przywiązałem do tego większej uwagi. Później i tak się okaże co z tego wyniknie. Teraz zależało mi tylko na jak najlepszym zwieńczeniu tego „mojego dzieła”. Kiedy wracałem do domu naszły mnie wątpliwości - po jaką ja „kurteczkę” mu to obiecałem? Przecież sam doskonale wiedział, że ta część pracy może się nie udać. Zgodził się z tym ryzykiem i całe wziął na siebie, więc po co się jeszcze wychylałem? Potrzebujemy przecież pieniędzy, a wcale nie mamy ich tak dużo. Może nam ich wystarczy na około dwa tygodnie. I co dalej? A tu w dodatku jeszcze mnie czeka całkiem spory wydatek, który o połowę obniży nasze pozostałe wynagrodzenie. A w ogóle to kiedy sąsiad odda mi te pieniądze i czy w ogóle je odda? To prawda, że mi to obiecał, ale zawsze łatwo coś obiecać, a trudniej tego potem dotrzymać.

Następnego dnia z ciężkim sercem pojechałem do hurtowni po nowy blat. Przezornie wziąłem ten przycięty przeze mnie. Na miejscu trudno było nie zauważyć dużego napisu informującego klientów, że nie wykonuje się usługi przecinania blatów pod kątem 45° kupionych poza tą hurtownią. A skoro kupiłem u nich nowy, to postanowiłem poprosić o pomoc z tym przywiezionym przeze mnie. Nie odmówili mi jej - w końcu zyskali nowego klienta.

Montaż nowego blatu był już dużo przyjemniejszy. Przecięte części pasowały do siebie bardzo dobrze i po ich zmontowaniu całość wyglądała całkiem przyzwoicie.

Mój pracodawca niepomny swoich wcześniejszych zapewnień w ogóle nie wspomniał o zwrocie pieniędzy. Mnie samemu było niezręcznie o tym przypominać ani to wypominać. Zdecydowałem się zostawić tę sprawę tak jak jest i więcej do niej nie wracać. Natomiast sąsiad będąc wyraźnie w lepszym nastroju, niż w czasie batalii z blatem obiecywał, że poleci mnie swoim krewnym, którzy też się urządzają w nowym domu i prawdopodobnie będą potrzebować wyposażyć swoją kuchnię właśnie w podobne meble.

Cóż, pożyjemy - zobaczymy. Później okazało się, że rzeczywiście mnie polecił swoim krewnym, jednak nie skorzystali z moich usług, a blat kuchenny do dnia dzisiejszego jest przez nas przechowywany i cierpliwie czeka na to, żeby w końcu ktoś go wykorzystał.

Razem z Olivią oferowaliśmy go wielokrotnie różnym krewnym i znajomym z nadzieją odsprzedania go nawet po znacznie obniżonej cenie, żeby tylko odzyskać choć trochę pieniędzy, co już byłoby dla nas pokaźnym majątkiem, bo dzięki nim moglibyśmy przeżyć kilka długich dni. Niestety, nikt nie okazał nim swego zainteresowania, więc nie pozostało nam nic innego jak tylko pogodzić się z takim wyrokiem losu. Cały czas mamy tylko nadzieję, że jeszcze przyjdzie taki dzień, w którym uda się nam go spieniężyć, a będzie to jak najbardziej odpowiednia do tego chwila oraz w takich okolicznościach, w których najbardziej będziemy tego potrzebować.

Później, na przestrzeni wielu miesięcy wielokrotnie wracałem w myślach do tej historii z blatem bardzo żałując, że z jego sprzedaży nic nie wyszło, zwłaszcza wtedy, gdy tyle razy brakowało nam pieniędzy na zakup czegoś do jedzenia.

Jednak w tych codziennych udrękach pojawiały się chwile pocieszenia, dzięki którym powracała chęć do życia i wiara w lepsze jutro. Jedną z nich była taka, kiedy inni sąsiedzi, Vanessa i Roberto, poprosili nas o wykonanie szafy wnękowej. Ich również uprzedziłem o tym, że będzie to moja pierwsza taka skomplikowana szafa, którą przyjdzie mi zrobić.

Nie przejęli się tym wcale, a sąsiad od razu powiedział coś takiego, co bardzo mnie podbudowało: „Ty nie robisz tak jak inni, którzy mówią, że zastosują określone materiały, a potem oszukują i wcale tego nie robią. Ja wiem, że ty tak nie postępujesz”.

Było mi bardzo miło to usłyszeć i zapewniłem go tylko, że postaramy się zrobić tę szafę najlepiej jak tylko potrafimy. Długo to trwało zanim została ukończona, bo nigdy nie potrafiłem robić czegoś dobrze i szybko. Kiedy robi się coś dobrze, to wymaga to swego czasu.

Sąsiedzi byli zadowoleni z końcowego wyniku naszej pracy. I przy niej moja żona wraz z dziećmi dzielnie mi pomagali. A pomimo tego, że szafa ma swoje jakieś niewielkie, może trzy niedociągnięcia, których zawodowy stolarz byłby w stanie uniknąć, to jednak dla mnie oprócz jakości i solidności wykonania powierzonej mi pracy liczy się jeszcze i to, że przede wszystkim nie zawiedliśmy zaufania, którym nas obdarzono. Mianowicie, wyjeżdżając na wakacje sąsiedzi zostawili nam klucze do swojego domu, by umożliwić nam dokończenie pracy. Oczywiście nie było żadnej mowy o tym, żebyśmy mieli im coś ukraść, ale bardzo mnie korciło, żeby trochę opustoszyć ich lodówkę. Za naszą pracę płacili nam po trochu - tak jak to uzgodniliśmy - i stale bardzo skromnie się odżywialiśmy, więc na widok lodówki wypełnionej różnymi wspaniałościami naprawdę stoczyłem ciężką wewnętrzną walkę, żeby się przed tym powstrzymać i znacznie nie uszczuplić im tych zapasów. A kiedy wrócili z wakacji z czystym sumieniem oddałem im klucze do ich domu i spokojnie mogłem spojrzeć im w oczy.

Żeby nie zawieść czyjegoś zaufania niezwykle ważne jest dla mnie dotrzymanie danego przeze mnie słowa, które w moim odczuciu jest więcej warte niż jakieś tam „papierki” zwane banknotami nawet gdyby ich było bardzo dużo. Moje słowo jest więcej warte niż tony złota.

Kiedy pewnego razu obiecałem w sklepie, że oddam jedno peso (około dwudziestu pięciu groszy), bo mi zabrakło by zapłacić za zakupy, to chociaż musiałem się do niego specjalnie udać w paraliżującym upale, to dotrzymałem mojej obietnicy. I nie chodziło tu tylko o zwrot jakiegoś niewielkiego długu, ale dla mnie było to coś o wiele ważniejszego - dotrzymanie mojego słowa, potwierdzenie wartości mojej osoby i okazanie zwykłej ludzkiej uczciwości.

Słowo to życie, Słowo to spełnienie obietnicy Pana Boga wobec wszystkich nas ludzi. Słowo to Miłość spełniona i wszystkie jej owoce nam dane przez naszego Ojca Niebieskiego. Słowo to skała - tak mocna i niewzruszona, że choćby wszystkie kataklizmy przeciw niej się obróciły, to jej nie pokonają. Słowo to istnienie - niezachwiane i pewne. Słowo to wiara w czyn przeobrażona. Słowo to szacunek dla innych ludzi, dla siebie samej i siebie samego. Słowo to myśli w nim zawarte i Święta Energia Żywa.

A co do samych pieniędzy, a raczej nie przywiązywania do nich aż tak wielkiego znaczenia, to mieliśmy okazję uczyć się tego wiele razy. Czasem brak kilku monet może być bardziej dotkliwy i sprawiać większe cierpienie niż strata dużych sum pieniędzy. Często się zdarzało, że kiedy mieliśmy już ostatnie pieniądze pojawiały się takie okoliczności i takie zrządzenie losu, kiedy byliśmy pozbawiani nawet i tych ostatnich groszy. Oczywiście, gdybyśmy nie chcieli, to by się tak nie stało, ale postępowaliśmy w myśl jednej zasady, aby pokornie przyjmować to wszystko, co nam przyniesie każdy dzień naszego życia. A w kwestii pieniędzy nie robiliśmy żadnego wyjątku.

Wielokrotnie zdarzało się i tak, że jakiś chłopiec, pomagający swemu ojcu pracującemu jako ochroniarz osiedla, zjawiał się po cotygodniową opłatę w najmniej korzystnej dla nas chwili. Akurat wtedy, gdy zostawało nam tyle pieniędzy ile wynosiła właśnie ta opłata. Skoro przychodził ją zainkasować nie mogłem mu powiedzieć, że nie mamy pieniędzy, bo byłaby to nieprawda. W sumie nie mogliśmy się przeciwstawić takiemu zrządzeniu losu, więc oddawaliśmy mu te nasze ostatnie grosze, które wtedy były całym naszym majątkiem. W końcu on i cała jego rodzina też potrzebują za coś żyć. A jak mi opowiadał przy jakiejś okazji, podjął wieczorowe studia. W dzień pracuje na pełny etat a uczy się w nocy. Cóż, życie też go nie rozpieszcza, więc doskonale go rozumieliśmy.

Inną taką osobą, której nie byliśmy w stanie odmówić pomocy była żona ogrodnika. Jakiś czas wcześniej razem ze swoim mężem szukali pracy, a że trafili do nas w takim dniu, w którym nie było z nami aż tak źle pod względem finansowym, więc zgodziliśmy się na uporządkowanie przez nich naszego ogródka przed domem. Opowiedzieli nam przy okazji, że właśnie się przeprowadzili i nie zdążyli się nawet dobrze zorganizować w swoim nowym miejscu zamieszkania. Nie mieli na czym ugotować obiadu, jak również nie zdążyli nawet kupić sobie niczego do jedzenia. Wobec tego podarowaliśmy im kuchenkę elektryczną, (którą mieliśmy w rezerwie na wypadek gdyby akurat skończył się nam gaz w zbiorniku) oraz trochę jedzenia. Byli za to bardzo wdzięczni, a my byliśmy zadowoleni, mogąc komuś się przysłużyć.

Jak się później okazało, to był dopiero początek tej pomocy. Po niedługim czasie przyszła tylko sama pani i z rozpaczą w głosie opowiedziała nam o stracie swego małżonka, który odszedł z tego świata. Sama zaś też nie czuła się dobrze, a w dodatku czekała ją jakaś operacja. Długo się nie zastanawialiśmy. Mieliśmy przecież jeszcze jakieś niewielkie pieniądze i trochę jedzenia, więc oddaliśmy jej wszystkie, a jedzeniem się podzieliliśmy zostawiając sobie tylko tyle, żeby nam starczyło na następny dzień.

Taka sytuacja z wdową po ogrodniku powtórzyła się jeszcze może trzy lub cztery razy. Przychodziła do nas często. Pojawiała się nawet późno w nocy prosić o wsparcie, opowiadając o swoim stanie zdrowia po dokonanym już zabiegu. Stawało się to dla nas trochę uciążliwe. Podejrzewaliśmy, że nadużywa naszej pomocy. Aż w końcu jej odmówiliśmy mając tego niezbity dowód - poczuliśmy od niej alkohol. W tym przypadku to już było za wiele. Sami sobie odmawialiśmy jedzenia, oddawaliśmy jej ostatnie pieniądze, żeby tylko jej pomóc, a ta pomoc była w naszym odczuciu marnowana. Byliśmy tym bardzo rozgoryczeni. Staraliśmy się tylko jej nie krytykować, pozostawiając osąd całej tej historii Najwyższej Instancji.

To przykre doświadczenie nie zmieniło naszego nastawienia do ludzi. Kiedy tylko mieliśmy okazję, gdy ktoś prosił o pomoc lub jej potrzebował to jej udzielaliśmy. I nie ważne czy to był jakiś zwykły przechodzeń na ulicy czy też jakaś inna osoba z pośród tych wszystkim, które tworzą jedyny w swoim rodzaju ten miejski folklor, śpiewając w autobusach, tańcząc na przejściach dla pieszych lub wykonując jakieś ekwilibrystyczne popisy z wykorzystaniem zwykłych piłeczek albo płonących pochodni czy po prostu myjąc szyby samochodów na skrzyżowaniach ruchliwych ulic, nie wspominając już nawet o tych wszystkich sprzedających picie, jedzenie, przekąski i gazety, którzy już nie są dla nas jakąś natrętna plagą wyłudzającą pieniądze, za którą ich wcześniej krzywdząco uważałem, lecz są takimi jak my ludźmi każdego dnia walczącymi o swój, a może nie tylko swój byt tu i teraz na tej Ziemi, w tej jakże maleńkiej i niepozornej chwili, w której niemal niezauważenie przeszłość z przyszłością stykają się ze sobą tak delikatnie, tworząc tym samym piękną tajemnicę wiecznej teraźniejszości.

A czy ci ludzie robią to wszystko tylko dla własnej przyjemności czy też samo życie ich do tego zmusza? Kiedy im nie pomagasz, to czy przypadkiem nie wydajesz na siebie wyroku swym bezdusznym sercem? Jaka w takim razie jest relacja między wykształceniem a brakiem zwykłych, ludzkich odruchów, między umysłową inteligencją a inteligencją serca? Sam fakt negowania przez umysł istnienia tej drugiej nie jest przypadkiem potwierdzeniem jego własnej ułomności? A jeśli by tak było, to w jaki sposób coś ułomnego może kierować naszym życiem? A kim byłybyśmy my same i bylibyśmy my sami dając pełny posłuch czemuś tak ułomnemu? Miałybyśmy i mielibyśmy na tej ułomności całkowicie polegać oraz jej zaufać?

A może to właśnie ci wszyscy inni ludzie są dla Ciebie motywem, natchnieniem i pretekstem do wydobycia twego człowieczeństwa? Może Cię prowokują do okazania im trochę współczucia, pomocy, zwykłej troski i odrobiny serca? Może to ci wszyscy żebrzący na ulicy są wskaźnikiem człowieczeństwa ludzkości odwrotnie proporcjonalnym do ich liczby, czyli potwierdzającym brak ludzkich odruchów serca, bo im więcej takich przypadków widać na około tym więcej mamy powodów by się wstydzić za nas same i samych, nie potrafiących i nie mających odwagi podjąć tak zwykłego i prostego działania jakim jest podanie pomocnej dłoni. Nieco pomocy - tylko tyle, nic więcej, a jednocześnie tak ogromnie dużo, bo nie wszystkich na to stać. Jedynie tak bardzo niewiele osób potrafi się na to zdobyć.

Tak wiele potrzeb widać wokół i jest tak wiele niewykorzystanych możliwości ich zaspokojenia. A może być zupełnie inaczej! Czy rzeczywiście w tym świecie, który same i sami tworzymy, od razu musi się to wydawać utopią, z góry niepoprawnym i niespełnionym naiwnym marzeniem? Czy naprawdę nie stać nas - ludzi i każdej osoby bytującej teraz na taj Planecie - nie stać na zwykłe człowieczeństwo? Czy w głębi swego serca i na samym dnie naszej duszy nie czujemy, słyszymy głośnego, chociaż czasem i niemal całkowicie stłumionego sprzeciwu na tak wielką niesprawiedliwość mającą teraz miejsce, a obrazę Majestatu samego Ojca Stworzyciela stanowiącą?! Czyż skazywanie innych ludzi na taki los, bierne na to przyzwolenie nie jest też obrazą i dla naszego człowieczeństwa?

Aby ulżyć losowi innym, to wielokrotnie zastanawiałem się czy sam byłbym w stanie z czegoś zrezygnować. Czy na przykład byłbym w stanie kupić sobie zamiast droższego i lepiej wyposażonego - jakieś tańsze auto, a zaoszczędzone w ten sposób pieniądze przekazać potrzebującym. Innym razem rozmyślałem, czy byłbym w stanie zaprosić pod swój dach jakiegoś bezdomnego i udzielić mu schronienia choćby na jedną noc. Cały czas nie opuszcza mnie myśl, jak dużo lepszym i zupełnie innym byłby ten świat, gdyby dobre czyny przeważały te negatywne.

Może takie myśli tym bardziej mnie nachodziły, ponieważ sami byliśmy takimi potrzebującymi… Chodząc wielokrotnie ulicą do odległego sklepu by kupić odrobinę jedzenia, nie mogłem się powstrzymać od szukania na niej wzrokiem monet. Ciągle uważnie przyglądałem się wszystkiemu po drodze czy przypadkiem moim oczom nie ukarze się nagle sympatyczny widok jakiegoś ładnego pieniążka. Bardzo by się wtedy przydał, bardzo…

No właśnie, jednych mogłoby uszczęśliwić tak niewiele, a inni są nieszczęśliwi tak wiele posiadając. Tyle skrajności jest wokół nas. Jest tylu ludzi, którzy nawet nie wiedzą co robić z pieniędzmi. Ty idziesz ulicą i głowisz się skąd wziąć ich nieco więcej na zakupy, a ktoś obok ciebie przejeżdża „wypasionym” samochodem i nawet nie zauważa twego istnienia.

Jak wielu jest ludzi, którzy są niewolnikami „bogactw” materialnych, a którzy tak zazdrośnie ich strzegą albo niepodzielnie zawładnął nimi zwykły egoizm i brak współczucia dla innych. Jednak w swojej obronie zawsze mogą użyć takiego argumentu, że: „Skoro ja pracuję to mam, a jak inni nie pracują i nie zarabiają pieniędzy, więc niech umierają z głodu. Sami są sobie winni. Nie zdobyli odpowiedniego wykształcenia, nie zdobyli dobrej pracy, no to trudno, widocznie los tak chciał. Nie mam najmniejszego zamiaru poświęcać żadnych moich pieniędzy z tak wielkim trudem zdobytych na pomoc jakimś leniom i nierobom.”

Cóż, łatwo jest osądzać innych i oszukiwać swoje sumienie takim „racjonalnym” tłumaczeniem. Zapominamy, że często nie dzięki nam samym, ale dane nam było z Opatrzności Bożej mieć to wszystko. W braku swojej pokory myślimy arogancko, że tylko dzięki sobie osiągnęliśmy to wszystko co teraz posiadamy. Karmieni bez przerwy strachem i zwiedzeni wieloma fałszywymi obietnicami przyszłości staramy się za wszelką cenę zabezpieczyć sobie właśnie tę iluzoryczną przyszłość, która nie istnieje, ponieważ istnieje tylko teraźniejszość. Obawiamy się więc tego czego nie ma, tracąc z oczu to co jest, to co jest prawdziwe w tej właśnie chwili.

Olivii i mnie Duchowy Przyjaciel powiedział kiedyś: „Przestańcie się w końcu martwić o jutro. Żyjcie dniem dzisiejszym”. Pozbycie się takiego zamartwiania wydaje się być jak jakąś zdradą lub porzuceniem własnej natury. Zamartwianie się to chyba druga natura człowieka. Jak się nie martwić o to, co będzie jutro? Nie mamy pracy, nie mamy żadnych funduszów emerytalnych, nie mamy żadnych ubezpieczeń. A co będzie z nami, jak stracimy siły do pracy i kiedy będziemy starzy? Co będzie z naszymi dziećmi i ich przyszłością? Jak w ogóle będą studiować i jak znajdą pracę bez żadnego wykształcenia? Jakie będzie ich przyszłe życie? I co w ogóle z nami będzie?

Te i podobne pytania nie dawały nam spokoju. Ciągle staraliśmy się o tym pamiętać, żeby nie martwić się o przyszłość. Nie było to łatwe, aż w końcu po tych wszystkich naszych przejściach i doświadczeniach, po tych trudach dnia codziennego przestaliśmy w końcu myśleć o tym co będzie z nami w bliższej czy dalszej perspektywie czasu. Skupiliśmy się na możliwości przeżycia każdego dnia, na tym, że dzięki pomocy z Nieba codziennie mamy co jeść i mamy dach nad głową. Mamy naszą pracę, choćby była tymczasowa i dorywcza, a nawet ochotnicza, to jednak każdego dnia jesteśmy wdzięczni Opatrzności za ten cud przetrwania i życia, niezmiennie i stale dokonujący się każdego dnia na naszych własnych oczach.

Aż w końcu przestaliśmy się bać. Dosłownie, już się wcale nie boimy tego, co będzie jutro. Teraz jesteśmy szczęśliwi mając co jeść każdego dnia i już się nie boimy żadnego nowego dnia. Wierzymy, że zawsze będzie tak samo, że zawsze tego i każdego dnia, wiecznego teraz, wiecznego dzisiaj, w wiecznej teraźniejszości będzie tak samo dobrze a nawet jeszcze lepiej. I choćby miałoby się kiedyś powtórzyć nasze głodowanie, to i tak ze spokojem je przyjmiemy, bo widocznie czemuś ma ono służyć, skoro dane by nam było ponownie tego doświadczyć. Wola Wysokości.

A zatem, jaki jest dzisiejszy dzień? Dzisiaj wszystko jest dobrze, jesteśmy szczęśliwi ciesząc się zdrowiem. Jesteśmy szczęśliwi, bo także jesteśmy razem i dzisiaj mamy co jeść. Mamy dach nad głową, dzisiaj Słońce świeci na niebie wysoko oraz z Wysokości pomoc dla wszystkich nadchodzi, która jest najbardziej niezawodna ze wszystkich. Mamy opiekę samego Ojca Niebieskiego, któremu w ufności powierzamy powodzenie, a Jego dłoń pewnie i bezpiecznie prowadzi nas przez wszelkie zawirowania codziennego życia. W Nim znajdujemy odpoczynek i wytchnienie, ponieważ uwalnia nas od samych siebie i od naszego niepotrzebnie zatroskanego wysiłku istnienia i walki o byt, walki o przetrwanie. Już nie jesteśmy tak zmęczeni tą codzienną szarpaniną i bieganiną. W Nim znaleźliśmy spokój i mamy odpoczynek od tego ambitnego zgiełku ludzkich dążeń, od tego całego wyścigu do nie wiadomo czego.

Skrócenie perspektywy swego życia do jednego tylko dnia w sposób diametralny zmienia postrzeganie właśnie tego życia. To jest piękne uczucie. To jest niczym uczucie wolności, uczucie wyrwania się spod jakiegoś pręgierza, jakiegoś ogromnego ciężaru stale przygniatającego do samej ziemi. Nic się nie liczy tak jak życie. Nic nie jest tak ważne w tym istnieniu jak właśnie cud istnienia. Nie ma żadnej innej i większej wartości niż samo życie! Liczy się życie i tylko życie! Może dlatego z Olivią straciliśmy wszystkie pieniądze, aby zdobyte dzięki temu doświadczenia pozwoliły nam zrozumieć tę jakże ważną Prawdę, że nie ma większej wartości ani większego daru niż ten, jaki właśnie posiadamy, a którym niezmiennie i wciąż na nowo jest samo wspaniałe życie.

Wszystkie inne narzucone nam wzorce (nie życia, ale marnej egzystencji oraz mało rozumnego) trwania w pułapce materialnych „bogactw”, okazują się tylko, (trzeba tu jednak obiektywnie przyznać - misternie i precyzyjnie zbudowanym) bezwartościowym światem iluzji. Takim światem, który o tyle jest jeszcze bardziej niebezpieczny, ponieważ skazuje nas na samotność, oddziela nas od siebie, a przede wszystkim od Źródła Życia, zamykając nas w pułapkach materii, bogactwa, pieniędzy, władzy.

Jest to takie wstecznictwo, które w tej swojej prymitywnej postaci jest tyle warte co sam egoizm. Zasklepiając się w nim zachowujemy się gorzej niż jaskiniowcy, którzy pomimo całego swego prymitywnego istnienia potrafili jednak tworzyć małe wspólnoty, stadnie współistnieć, bytować, wspólnie sobie radzić, przebywając w byle jakich grotach, które zarazem stanowiły ich własny pierwszy dom. Obecnie niejednokrotnie im dorównujemy w walce o byt i o przetrwanie. A czasem nawet ich przewyższamy we wzajemnym zwalczaniu się o tak „szczytny cel” jakim jest i większy stan posiadania, i pieniądze same w sobie. Na drodze do ich osiągnięcia tak niefrasobliwie potrafimy deptać wszystkich i wszystko to, co pięknymi wartościami być się ośmieliły, jednak bezwartościowymi w tej materialnej rzeczywistości, bo ta materialna rzeczywistość całkowicie tych pięknych wartości sama się pozbawiła.

A co do utraconych wartości to jeden przykład. Mianowicie spośród wielu różnych szkoleń w pracy szczególnie jedno mocno utkwiło mi w pamięci. Bardzo mi się spodobało dzięki pięknemu przesłaniu, ale o tym za chwilę. Najpierw o samej zabawie. Zostaliśmy podzieleni na kilka grup. Każda przedstawiała jakiś kraj i mogła porozumiewać się tylko ze swoim sąsiadem. Każdy kraj miał różne zasoby naturalne. Tylko niektóre z nich się powtarzały. Jednak żadna grupa nie posiadała ich wszystkich. Należało więc je skompletować, by wygrać współzawodnictwo z innymi państwami. Każde z nich otrzymało te same środki przymusu bezpośredniego, czyli tę samą liczbę gumowych piłeczek, dzięki którym można było wywołać oraz prowadzić wojnę przeciwko jakiemuś „opornemu sojusznikowi”, który nie chciał dobrowolnie oddać swoich dóbr naturalnych.

Rzecz oczywista, że do pewnego etapu cała współpraca między krajami układała się nad wyraz dobrze i pokojowo, bo tylko do czasu kiedy jakiś sojusznik się buntował i odmawiał swojej dalszej współpracy. Wtedy sięgaliśmy po piłeczki. Po bitwie zwycięzca się cieszył, przegrany zaś oddawał wszystkie swoje zasoby. Aż w końcu doszło do impasu i nikomu nie udało się zgromadzić wymaganego kompletu tychże dóbr naturalnych, więc nikt nie wygrał. (Piłeczki się skończyły). Wobec tego do akcji wkroczył prowadzący szkolenie, tłumacząc wszystkim na czym polegała cała rzecz. Otóż, wszystko można było zakończyć w sposób jak najbardziej pokojowy i zwycięski dla każdej grupy. Cała tajemnica polegała tylko na tym, że dobra naturalne zostały tak podzielone, aby nie były one dostępne od żadnego bezpośredniego sąsiada. W celu ich pozyskania każdy kraj musiał skorzystać z pośrednictwa właśnie swego sąsiada, by od innych - bardziej odległych państw - zgromadzić wszystkie potrzebne dla siebie zasoby naturalne.

I w ten sposób dzięki współpracy wszystkich na rzecz wszystkich, każdy kraj wymieniając się dobrami naturalnymi między sobą był w stanie zgromadzić je wszystkie. Nie było więc przegranych, byli sami zwycięzcy.

Szkolenie - szkoleniem, tylko czy to jest sama teoria czy też jakiś idealny i genialny w swej prostocie sposób na zaspokojenie potrzeb wszystkich mieszkańców Ziemi? Samo szkolenie tak mądre uzmysłowiło mi, że przecież na tej Ziemi mamy wszystkiego pod dostatkiem, dosłownie wszystkiego czego nam tylko potrzeba do życia w dobrobycie. Włącznie z żywnością i pitną wodą (bez najmniejszego wyjątku) dla każdego mieszkańca naszej Pięknej Planety. Cały kłopot polega tylko na tym, że komuś najwyraźniej zależy na utrzymywaniu nas w niesprawiedliwych podziałach, dysproporcjach i ograniczeniach, jednocześnie kształtując nas na zawistnych strażników tego wszystkiego co naszym nie jest, a czego pilnujemy i bronimy z taką zazdrością, zawiścią i egoizmem jakby tylko do nas należało.

Myśląc o tym w kategoriach bliższych nam wszystkim można się pokusić o popuszczenie wodzy wyobraźni, by stopniowo tworzyć idealny świat wokół nas. Wyobraźmy sobie na przykład, że dzielimy się swoimi zasobami materialnymi najpierw w swoich rodzinach. Dbamy o to, żeby nikt - na sam początek - z naszych najbliższych krewnych nie cierpiał żadnego niedostatku i nie zalegał z żadnymi opłatami, podatkami, nie miał długów. Na dobry początek wystarczyłoby to uczynić właśnie w ten sposób. Potem, (bo pozostać na tym etapie byłoby przecież zbyt łatwe) postaralibyśmy się, by poziom naszego życia, dalej mowa o naszych rodzinach, był taki sam. Taki sam standard mieszkania lub domu, taka sama wersja „bryki” (niekoniecznie ten sam model, żeby było pewne urozmaicenie) i taki sam zasób środków finansowych. (Może już nie taki sam zapas pożywienia w lodówkach, bo tutaj potrzeby mogą być różne w zależności od różnych proporcji i objętości tego podręcznego magazynu, który wszyscy na wysokości pasa posiadamy… hi hi hi…)

A co z osobami samotnymi, które nie mają swych rodzin? Wtedy należałoby taki model życia, takie rozwiązanie wprowadzić wśród naszych znajomych lub wśród najbliższych sąsiadów. Najpierw z tego samego bloku, kamienicy czy też skupisk domów jednorodzinnych. A w ogóle to taki program wyrównania poziomu życia mógłby przebiegać równolegle - między krewnymi oraz między sąsiadami. Byłoby szybciej i łatwiej.

A potem to już z górki, bo wśród całych osiedli i dzielnic, następnie wśród całych miast i miejscowości podmiejskich oraz pomiędzy całymi regionami kraju, które łączyłyby się ze sobą w większe jeszcze terytoria. Aż w końcu na poziomie całego państwa i pomiędzy nimi wszystkimi, by ostatecznie osiągnąć ten sam poziom życia w skali całej Ziemi. Proste. Moim zdaniem kluczem do pełnego powodzenia takiego planu potrzebna jest tylko jedna jedyna rzecz, mały szczegół: ŚWIADOMOŚĆ. Świadomość i zrozumienie tej wielkiej tajemnicy, że razem możemy wszystko, dosłownie wszystko. I nic ani nikt nie może nam przeszkodzić w wykonaniu tego szczytnego, a zarazem pięknego i szlachetnego, sprawiedliwego i człowieczego, wzniosłego i boskiego planu! Gdyż kiedy poziom świadomości, zrozumienia będzie wystarczający, to wtedy będziemy naprawdę zdolni do prawdziwej miłości, która jest kluczem wszystkiego, bo bez miłości jesteśmy nikim.

Wiem, wiem, zaraz mi powiesz, że to niemożliwe, i że to są same mrzonki. Kto przy zdrowych zmysłach zgodziłby się na coś takiego i chciał to urzeczywistnić? A czy obecna sytuacja, panująca w różnych krajach, nawet bezpośrednio sąsiadujących ze sobą - kiedy w jednych jest wszystko, a zaledwie kilkadziesiąt kilometrów dalej inni ludzie nie mają dosłownie żadnych warunków do życia i wzajemnie się mordują - świadczy, że taki porządek rzeczy powstał i utrzymuje się dzięki zdrowym zmysłom?!

Już nawet do takiego potwornego stopnia jesteśmy pozbawieni człowieczeństwa, że inny człowiek i jego życie nic dla nas nie znaczy?! Przecież to nie jest nikt inny jak Twoja i moja Siostra i Brat! Czyż nie pochodzimy od tych samych ziemskich rodziców i nie jesteśmy prawdziwie jedną rodziną? A jeśli ten argument nie jest wystarczający, to czy nasze duchowe pochodzenie nie mówi nam wyraźnie, że wszyscy bez wyjątku Tego Samego Wspólnego Ojca Niebieskiego mamy?! Przecież wszyscy bez wyjątku, bez żadnego najmniejszego wyjątku jesteśmy Jego dziećmi i jedną rodziną, rodziną z całej ludzkości się składającą!

Jak bardzo dalecy jesteśmy od tej Prawdy będąc w stanie dopuszczać się tych wszystkich niegodziwości, zbrodni, okrucieństw i podłości! Jak wielce ludzkie serca potrafią być tak nieczułe i nierozumne? Jak bardzo ludzkie serca potrafią być tak nieczłowiecze i pozbawione jakichkolwiek uczuć współczucia, zrozumienia, potrzeby pomocy, ulżenia w cierpieniu czy przede wszystkim ratowania życia innym! Jak to możliwe, że ludzkie serca są tak zaślepione i skamieniałe? Jak to możliwe, że ludzkie serca umarły i nie są w stanie żyć miłością bliźniego?!

Nadejdzie ten dzień, bez najmniejszej wątpliwości jeszcze nadejdzie ten dzień, w którym Pan Bóg nauczy ludzkość człowieczeństwa i nauczy prawdziwej miłości, nauczy troski o drugiego człowieka, a przede wszystkim nas wszystkich nauczy  o k a z y w a n i a  należytego szacunku i miłości Jemu Samemu!!!

Już zapomnieliśmy o Jego przestrogach i  pouczeniach. Już nie pamiętamy Jego nauk i nie chodzimy Jego Drogami. Za nic mamy Jego słowa i obietnice. Wydaje się nam, że Pan Bóg zapomniał o nas i o całym tym świecie. Wydaje się nam, że już nigdy nie nastaną dla nas lepsze dni. Wydaje się nam, że zostaliśmy pozostawieni sami sobie i oddani na pastwę ślepego losu. Tak, można odnieść takie wrażenie. Sam również wielokrotnie ulegałem rozpaczy z powodu tego wszystkiego co tak ohydnego dzieje się na tym świecie…

Pozostała nam tylko i aż wiara, nadzieja i miłość. Inaczej byłoby już po nas. Pan Bóg nie spieszy się w Swych osądach, ale kiedy one już nastąpią, to są sprawiedliwe. I ten czas, tego sprawiedliwego osądzenia nas wszystkich jest coraz bliżej. Nie jest to żadne straszenie, ale czy nie tego właśnie chcemy wszyscy my, którzy jesteśmy złaknieni sprawiedliwości? I którzy z takim utęsknieniem czekamy na ten czas, aby dumnie podnieść nasze głowy i cieszyć się Prawdą i być przez nią wyzwoleni? Tak, to właśnie jesteśmy my - wszyscy ci, którzy tęsknimy za przyjściem tego dnia, w którym naprawdę uświęcone zostanie Imię naszego Ojca Niebieskiego i cała Ziemia dla wiecznej Jego chwały zgodnie z wszystkimi jej narodami odda należną cześć - okazaniem sobie miłości, wzajemnym poszanowaniem oraz troską o życie - Jedynemu i Najpotężniejszemu Stworzycielowi Wszechświata!