piątek, 8 lipca 2016

Wpis 15. Puchar Ameryki, Mistrzostwa Europy w piłce nożnej oraz Igrzyska Olimpijskie.

A także wiele innych rozgrywek sportowych, od czasu do czasu bez reszty pochłaniają naszą uwagę. Sprawiają, że zapominamy o całym świecie. Dajemy się zawładnąć tylko temu jednemu, jaki staje się najważniejszy. Nic innego wtedy się nie liczy. A co gorsza, to w dodatku zapominamy o swoich najbliższych. Sportowe szaleństwo, mające wiele twarzy, mami nas i hipnotyzuje swoim czarem, wyjątkową atmosferą oraz „sportową” rywalizacją. Często nie zdajemy sobie też sprawy z tego, jak bardzo daliśmy się zmanipulować stając się nierozerwalną częścią tego ohydnego fałszu i następnej wielkiej niesprawiedliwości, jaka ponownie świętuje swoje dni tak wątpliwej i niezasłużonej chwały, gdyż w żaden sposób nie są to dni radości, beztroski, uczciwości i szczęścia. Nawet dla zwycięzców często takimi one wcale nie są, ponieważ i oni zostali wplątani w ten bezduszny mechanizm kosztem swojej wolności i niezależności. Niestety, głównie dla pieniędzy. Oprócz tego puste ego także musi otrzymać swoją dawkę zwodniczego, fałszywego uwielbienia.
.
Korupcja już na dobre rozpanoszyła się w każdej dziedzinie sportu. Skandale wybuchające jeden po drugim w różnych dyscyplinach, sięgnęły najwyższych szczebli władz sportowych. I najwidoczniej nikomu to nie przeszkadza, bo jakoś wszystko kręci się dalej na tych samych, nieuczciwych zasadach. Pomimo tego jedynie my, często tak bardzo naiwni, zawzięcie i fanatycznie kibicujemy naszym reprezentantom na najróżniejszych turniejach łudząc się, że zawsze musi wygrać lepszy. Nic z tego… Kiedy to w 1978 roku na Mistrzostwach Świata w piłce nożnej w Argentynie, polscy piłkarze mieli naprawdę poważne szanse zostać mistrzami, a cała Polska niemal oszalała z tego powodu i przed telewizorami ogryzała paznokcie ze zdenerwowania w czasie spotkania rozgrywanego z gospodarzami, to nikt, dosłownie nikt w najśmielszych nawet myślach nie przypuszczał, że zanim mecz się rozpoczął, to już było po sprawie i Polacy przegrali, bo mecz był sprzedany.

Dopiero po kilku latach, w pewnej audycji radiowej, jakiś piłkarz ówczesnej reprezentacji szczerze wyznał i przyznał się bez bicia, że przed meczem z Argentyną całą noc kłócili się o pieniądze, bo gospodarze za wszelką cenę chcieli zdobyć mistrzostwo. A zatem wszyscy oni odnieśli jakieś własne egoistyczne korzyści, a cała nieświadoma i oszukana masa ludzi wyrywała sobie włosy z głowy na widok obronionego rzutu karnego, wykonywanego (wyreżyserowanego) przez kapitana polskiej reprezentacji. Czyż nie jest to wstrętne? Nie dość, że robią sobie z ludzi pośmiewisko, to w dodatku wystawiają na szwank całą ich wiarę, nakazującą ufać, że przecież piłkarzom zależy na zwycięstwie i bardzo się starają, żeby je odnieść… Tak, odnieść zwycięstwo, ale na własnym koncie bankowym.

A w rok po tych mistrzostwach, polska reprezentacja piłki nożnej ponownie udała się do Argentyny, żeby - jak to podano w oficjalnym uzasadnieniu - podnosić swoje umiejętności rozgrywając mecze z lokalnymi drużynami piłkarskimi. No cóż, wielu ludziom z pewnością takie wyjaśnienie w pełni wtedy wystarczyło, ale teraz coraz bardziej jesteśmy przekonani, że chodziło o odebranie reszty zapłaty za sprzedanie pamiętnego meczu.

I takich przykładów można przytaczać i przytaczać bardzo dużo. (Podobnie we Francji. Rok 1998-my i mecz finałowy gospodarzy imprezy z Brazylią. Przez całe mistrzostwa ta druga szła jak burza, ale z jakiegoś „niewyjaśnionego” i dziwnego powodu w ostatnim meczu nagle stanęła i przestała grać. A po „zwycięstwie” zawodników spod znaku kogucika pojawiła się ciekawa i dająca wiele do myślenia wiadomość, że jakieś tam władze postanowiły rozprzedać murawę boiska, na jakiej to ich „wspaniała” reprezentacja odniosła tak „piękne zwycięstwo”. A trawka „poszła” za okrągły milion dolarów, czyli udało się pozyskać dodatkowe fundusze dla chłopaków z Ameryki Południowej, co tak łatwo dali się ograć. W końcu chętnych do zakupienia tej „wyjątkowej” pamiątki z Francji wcale nie brakowało, bo byli szczęśliwi ze zdobycia (opłacenia) mistrzostwa przez swoich pupilków.

No i jak jedni handlują wynikami, to tak inni bezmyślnie cieszą się i śmieją (jak głupi do sera) sądząc, że ich zawodnikom zależy, by wygrać. A kiedy „przypadkiem” tak się stanie, to jaką wartość ma sukces, co pieniędzmi a nie umiejętnościami jest okupiony? A co z ludźmi, którzy zostali oszukani i wykorzystani w tej przestępczej zabawie?

Jest takie polskie przysłowie: „Lepiej prosiaczka stracić, niż się czyjąś krzywdą wzbogacić”. To bardzo ważne zwierzątko hodowlane, również obecnie, stanowi ogromną wartość, nawet taką, jaka jest na wagę złota. Kiedyś jeden warchlaczek był całym majątkiem wielu rodzin i często decydował o ich dalszym losie. Skazywał na głód lub umożliwiał przeżycie. A ludzie wiedząc o tym, woleli narazić się na tę niepowetowaną i tak poważną stratę, niż dopuścić się wyrządzenia komuś krzywdy dla odniesienia własnej korzyści materialnej. Krzywda zaś jest wtedy, gdy nie można jej ani naprawić, ani jej zadośćuczynić. Jest to stały uszczerbek na czyimś dobrym imieniu, honorze, uczciwości, zdrowiu czyli polega na pozbawieniu kogoś jego dobra osobistego. Tak więc krzywda to zadawanie bolesnych ran, jakie długo zagoić się nie mogą. Dlatego to za wszelką cenę należy wystrzegać się, by ich nie zadawać choćby i przypadkiem, a przede wszystkim świadomie.

Tylko niestety, ten świat jest tak skonstruowany, że istnienie w nim na ogół jest możliwe dzięki wyrządzaniu krzywdy innym dla uzyskania własnych korzyści. A częścią tego świata jest właśnie współczesna postać sportu, który już dawno stracił cechy człowieczeństwa. Dawniej Igrzyska Olimpijskie przerywały wszelkie wojny, a teraz to ich wywołaniu służą. Dawniej najważniejszy był sam udział w różnych wydarzeniach sportowych, a teraz po trupach dąży się do zwycięstwa i najważniejsza jest liczba zdobytych medali. Dawniej mieliśmy reprezentacje poszczególnych państw, a teraz mamy jakąś egzotyczną mozaikę najróżniejszych ludzkich ras, jaką na siłę i za pieniądze ktoś stara się przyozdobić kolorami danej reprezentacji kraju, takiej czy innej dyscypliny sportowej. I jak tutaj mówić o tym, że jakiś mecz jest rozgrywany pomiędzy reprezentacją Francji, Anglii a tym bardziej Stanów Zjednoczonych? Przecież to jest taka kpina jakiej świat nie widział - sami kolorowi z jakimiś egzotycznymi nazwiskami.

Za pieniądze kupuje się dowolnych zawodników, trenerów i najróżniejszych szkoleniowców. Pieniądze umożliwiają wykorzystanie pseudo nauki, dążącej do wyprodukowania człekokształtnych biegaczy, skoczków, miotaczy. (A zmiana płci nie stanowi najmniejszego kłopotu. Tutaj przykładem może być pewne ciemnoskóre rodzeństwo, które na długie lata zdominowało kobiecy tenis. No i jak słaba płeć ma sobie poradzić z rosłymi facetami przerobionymi na panie i dla niepoznaki przystrojonymi w damskie ciuszki). Niczym nie powstrzymana żądza pieniądza ukierunkowana jest na jeszcze większe ich gromadzenie. Stały się one celem samym w sobie, w osiągnięciu którego nikt i nic nie może przeszkodzić.

To jedna strona medalu, bo ta druga jest jeszcze gorsza. Mianowicie chodzi o wytwarzanie niskiej, prymitywnej, ciemnej energii oraz o pozbawienie nas wewnętrznego spokoju. Jest to szczególnie widoczne na przykładzie piłki nożnej. A rozgrywki o Puchar Ameryki, jakie niedawno zostały zakończone, aż nadto wyraźnie to ukazały. Z meczu na mecz narastała agresja zawodników, ich wzajemna wrogość. Każde następne spotkanie drużyn było coraz brutalniejsze i obfitowało w wiele przewinień, jakich nawet mnogość żółtych kartek nie była w stanie powstrzymać. A kiedy pojawiły się te czerwone, to było już za późno na uspokojenie graczy, którzy po prostu nie panowali nad sobą. Kibice zaś dali się ponieść tej fali wrogości i rywalizacji, jaka czasem wydawała się być walką na śmierć i życie.

Na domiar złego, zarówno ci na trybunach jak i miliony przed telewizorami, jak na zawołanie łapali się za głowy i wydawali z siebie jęk zawodu, gdy ich ulubieńcy marnowali dogodne okazje do zdobycia gola. Jak na komendę jednych i drugich ogarniał szał nienawiści za popełnione przewinienie, za udaną próbę oszukania sędziego, co tak wyraźnie widać było na telewizyjnych powtórkach, za niesłusznie podyktowany rzut karny lub jego brak za oczywiste zagranie niezgodne z przepisami w polu karnym, czy za słuszne lub nie odgwizdany „spalony”, (wysunięta pozycja gracza). A to wszystko sowicie okraszone łzami wielkiej rozpaczy z powodu przegranej „własnej” reprezentacji kraju, tak jak to często możemy oglądać dzięki przekazom telewizyjnym ze stadionów całego świata, a teraz z Francji. I jak by na to nie patrzeć, to znowu na siebie ziejemy nienawiścią, jakiej nawet szerokie strumienia piwa nie są w stanie ugasić, a jakie stanowią wręcz dolewanie oliwy do ognia, przekształcając kibiców w chuliganów.

I kogo to obchodzi, że mecze są sprzedawane na lewo i prawo, a sędziowie nagminnie przekupywani. Kogo to obchodzi, że sama korupcja urosła już do takich rozmiarów, że wszystkim wydaje się być czymś zupełnie normalnym. Korupcja rozpanoszyła się na dobre, ale rozbawionej gawiedzi wcale to nie przeszkadza, bo dla niej każde zwycięstwo jest powodem do pustego zadowolenia. Nawet to jak najbardziej niezasłużone, bo kupione za mamonę i srebrniki, ale komu to przeszkadza…

Tak, „piękny” sport i „święto sportu”. Dotkliwa i bolesna porażka człowieczeństwa, a zwycięstwo machiny pieniądza. Jednak na całe szczęście nie ostateczne i nie w każdym przypadku, gdyż pomimo tego, że bardzo rzadko, to jesteśmy świadkami pojawienia się (chociaż niewielkiego, ale zawsze) promyczka sprawiedliwości, co tak bardzo cieszy w tym zakłamanym i ciemnym świecie iluzji.

Tak więc tym bardziej cieszy, gdy mało utytułowane drużyny i do tej pory uważane za słabe, „nagle” (po latach ciężkiej pracy) potrafią zmierzyć się jak równy z równym z tymi światowymi sławami, powalając je na kolana.

I chociaż w przypadku polskiej reprezentacji w meczu z niemiecką (Euro 2016) tak się nie stało (a była tak bliska następnego historycznego nad nią zwycięstwa), to jednak nie mieliśmy się czego wstydzić. Polscy piłkarze stanęli na wysokości zadania. Może do pełni szczęścia zabrakło tego upragnionego zwycięstwa, ale i tak możemy być dumni z wielkich postępów polskiej drużyny, kierowanej przez trenera, który bardzo dobrze wykonuje swoją pracę. (Co tak wyraźnie jest widoczne na tle reprezentacji Ukrainy, jaka niestety i tym razem nie była w stanie wyjść z grupy, a po czterech latach ciągle gra słabo).

A dodatkową przyjemną rzeczą, jaka nas spotkała w czasie tego meczu, to bardzo przychylny komentarz jednego z meksykańskich sprawozdawców sportowych. Same pochlebne słowa o polskich zawodnikach i o Polsce. Przez cały czas trwania tego spotkania podkreślał jego równy poziom, wyrównaną grę i wysokie umiejętności naszych piłkarzy. Ubolewał tylko, że nie znalazły one odzwierciedlenia w zdobytych bramkach, pomimo dwóch tak dogodnych okazji. (A nas cały czas rozbawiał wymową polskich nazwisk. Grosicki to był „Grosiki”, Kapustka - „Kaputka”. A w przypadku jednego nazwiska, to było prawdziwe mistrzostwo świata - „Czeczeczyk”… Tak, tak - chodzi o zawodnika o nazwisku Jędrzejczyk. I nie ma się co dziwić, że dla Meksykanina było to karkołomne i nie lada wyzwanie, skoro polski jest jednym z siedmiu najtrudniejszych języków świata).

Natomiast kiedy tylko spokojniejsze chwile meczu na to pozwalały, sprawozdawca od razu przechodził do historii naszego kraju, mówiąc również o tej trudnej i tragicznej, jaka z powodu naszego sąsiada przypadła nam w udziale. Jednak długo nad tym się nie zatrzymywał i od razu nawiązał do tego, że nie zawsze tak było, ponieważ w przeszłości również dobre rzeczy swoje miejsce miały. Wymienił też nazwiska takich astronomów światowej sławy jak Jan Heweliusz i Mikołaj Kopernik. W przypadku tego pierwszego uczonego stwierdził, że opracował on bardzo dokładną mapę Księżyca i określił dokładne położenie ponad tysiąca pięciuset Gwiazd. (Można tutaj między innymi dodać, że to właśnie Heweliusz pierwszy nadał nazwy różnym Gwiazdozbiorom, jakie do tej pory obowiązują. Zresztą, lista jego dokonań jest długa i skłania do dużego uznania). A w uzupełnieniu o Mikołaju Koperniku wymienił jego pracę „O Obrotach Ciał Niebieskich”. Powiedział także o jego odkryciu, że to właśnie Słońce znajduje się w środku naszego Układu Planet.

Oprócz tego meksykański komentator sportowy powiedział ogólnie o wielu innych polskich fizykach oraz inżynierach, jakich ciężka praca była zwieńczona wybitnymi osiągnięciami. Nawiązał również do czasów obecnych, w jakich Niemcy są ważnym partnerem gospodarczym Polski. Podał też ciekawą statystykę, z jakiej wynika, że 35% Polaków mieszka poza granicami swego kraju i jest nas w sumie 65 milionów. Nie szczędził nam też innych pochwał, jak chociażby takich, że jesteśmy narodem silnym, odważnym, co zawsze broni swojej wolności. A pod koniec meczu, jakby trochę zawstydzony tym, że cały czas mówił tylko o nas, Meksykanin przekazał w końcu pozdrowienia i uściski Niemcom. (Ale nie tylko, bo również i nam ; )

I chociaż ten sprawozdawca w czasie każdego meczu stara się powiedzieć cos ciekawego o każdym z uczestników Mistrzostw Europy, to do tej pory nie było to tak obszerne i różnorodne, jak to miało miejsce w naszym przypadku. Aż miło było posłuchać takiego komentarza, co razem z moimi dwoma synami od razu pochwaliliśmy i z uznaniem się o nim wyrażaliśmy, ponieważ wyjątkowo starannie zebrał wiadomości na temat Polski i Polaków.

No dobrze, już starczy popadania w ten ton samo zachwytu. Żeby powrócić na Ziemię, to może warto zastanowić się, jak można by było ukrócić tę korupcję i wypaczanie wyników meczów piłkarskich. Przecież sędziowie nie mogą się mylić w nieskończoność, a my nie możemy czekać całymi wiekami, aż zmienią się następne przepisy dotyczące piłki nożnej. A jak FIFA w końcu coś zreformuje, to można to uznać za wielki wyczyn i coś niewiarygodnego, jak na przykład fakt posłużenia się elektroniką dla sprawdzenia w wątpliwych przypadkach, czy doszło do zdobycia bramki - czy piłka przekroczyła linię bramkową całym swoim obwodem.

Na dobrą sprawę, żeby wyraźnie uzdrowić całą tę chorą sytuację, to wystarczyły by powtórki telewizyjne dla podejmowania właściwych decyzji przez sędziów. W sumie potrzeba tak niewiele, żeby pomóc sprawiedliwości i uśmierzyć wzajemną niechęć, wrogość, zawiść i tę całą niepotrzebną, a tak zajadłą rywalizację. Wystarczy zrozumieć, że przecież zawsze są wygrani i pokonani, ale należało by podkreślić niezbędne uczestnictwo tych drugich, ponieważ to właśnie dzięki nim całe to widowisko w ogóle jest możliwe, bo bez nich w ogóle nie mogło by mieć miejsca. Tak więc ich udział jest tym bardziej potrzebny i równie ważny, bo jest nieodzowną częścią rozgrywek i wyłonienia zwycięzcy.

Tylko co z tego, kiedy poszczególnym reprezentacjom nakazuje się przegrać mecz, bo czasy łapówek już dawno się skończyły. I jak moja żona trafnie to zauważyła, po losowaniu kolejności wykonywania rzutów karnych wyglądało to bardzo podejrzanie, gdy kapitan polskiej drużyny oddał pierwszeństwo ich strzelania reprezentacji Portugalii. Sędzia, zaskoczony taką decyzją, ponownie go spytał o potwierdzenie, a kapitan przeciwników tylko w milczeniu i ze zdziwieniem przeciągle popatrzył na Polaka, jakby nie mogąc w to uwierzyć. Czyżby polski piłkarz w ten sposób chciał przekazać komu zostało przydzielone zwycięstwo, i że wcześniej już wszystko zostało postanowione? Być może, przecież to mądry facet i niewykluczone, że w ten sposób coś chciał nam dać do zrozumienia - jak trafnie zauważyła moja żona.

A teraz inny przykład wpajania nam potrzeby konkurowania ze sobą. Pewnego razu na pływalni, gdy sąsiad poprosił mnie o pomoc przy mierzeniu czasu poszczególnych zawodniczek i zawodników, odbywały się zawody dzieci. Kiedy przed ich rozpoczęciem sąsiad zabrał głos, (bo on to wszystko zorganizował i poprowadził) marzyły mi się słowa o wzajemnym poszanowaniu, ponieważ to nie zwycięzcy są najważniejsi, ale przede wszystkim liczy się wspólny udział w zabawie. Właśnie - zabawie, bo taką właśnie powinna być ta przygoda ze sportem, nawet w tak wczesnym wieku. Marzyły mi się słowa podkreślające, że zwycięstwo nie jest najważniejsze, ponieważ liczy się wspólne uczestnictwo, wytrwałość, ambicja i wola walki, walki przede wszystkim ze swoimi słabościami. A jak wygrana, to wygrana właśnie nad nimi, nad sobą - pokonanie samej i samego siebie. Po cichu liczyłem na słowa, mówiące o potrzebie nagrodzenia wysiłku tych słabszych, co przecież też dotarli do mety i tak dzielnie się spisali. Liczyłem na słowa szczerego uznania skierowane właśnie pod ich adresem. Słowa dostrzegające niewiarygodny wysiłek tych ostatnich, jaki być może jest większy od tego, jaki ponieśli ci pierwsi.

Niestety, nic z tego. Naiwne marzenia. Podane zostały tylko zasady punktacji, regulamin i takie tam inne typowe sprawy organizacyjne. W sumie dzieci były tak nakręcone niezdrową rywalizacją, że w czasie zawodów walczyły niemal do upadłego, co udzieliło się także niektórym rodzicom, histerycznie niekiedy kibicującym swoim milusińskim. A jeden tatuś to już nie wytrzymał. Gdy była przeprowadzana konkurencja pływania z deską, to wskoczył do wody, żeby „poprawić” na właściwy kierunek płynięcia swojej latorośli. A tak naprawdę, to gdy palcami dotykał deski, z którą płynęło jego dziecko, to sprytnie ją pociągał, powiększając jego przewagę. Tak… Już od małego trzeba się uczyć, że zwycięstwo za wszelką cenę, bo co tam uczciwość.

A wracając do olimpiady - ostatnio moja żona opowiedziała nam o pewnej historii, jaka miała miejsce na igrzyskach rozegranych w latach osiemdziesiątych. Był to maraton kobiet. Ostatnia zawodniczka, najprawdopodobniej ze Szwajcarii, słaniając się na nogach i ledwo biegnąc, z najwyższym trudem a nieustępliwym uporem pragnęła dotrzeć do mety. Wszyscy widzieli jej rozpaczliwy wysiłek, z jakim starała się pokonać własną słabość. W charakterystyczny sposób pokręcała głową, jakby chciała dobyć z siebie tę resztkę sił, jaka umożliwiłaby jej szczęśliwe zakończenie tej konkurencji.

Kiedy wbiegła na bieżnię stadionu i miała do przebycia ostatnie okrążenie, wszyscy nagrodzili ją burzliwą i gorącą owacją na stojąco, jeszcze bardziej dodając jej otuchy na tych ostatnich metrach. Żadna inna zawodniczka nie otrzymała takich gorących oklasków od całego stadionu. A były one znacznie większe niż dla zdobywczyni pierwszego miejsca…

Innym ciekawym a wielce pouczającym przypadkiem był ten, o jakim również opowiedziała nam moja małżonka. Dotyczył on dzieci na Olimpiadzie w Afryce. Za zwycięstwo w jakimś biegu nagrodą była skrzynka owoców. Kiedy dzieci zajęły swoje miejsca i sędzia dał znak rozpoczęcia konkurencji, to wszystkie one, zamiast rzucić się pędem jedno przez drugie, wzięły się za ręce i razem spokojnie dotarły do mety, a następnie wszystkie sprawiedliwie podzieliły się owocami - tą smaczną i zdrową nagrodą.

A gdy później zostały zapytane, dlaczego tak postąpiły, to jedno z nich odpowiedziało, że nie mogłyby się cieszyć ze zwycięstwa wiedząc, że inne są nieszczęśliwe z powodu przegranej. A tak, szczęśliwe są wszystkie i wszystkie otrzymały nagrodę.

To tyle może tych różnych myśli związanych ze sportem. A na zakończenie pozwolimy sobie przytoczyć jeden z rozdziałów, jaki początkowo miał znaleźć się w książce, lecz ostatecznie nie został do niej dodany. Jednak nie mogliśmy sobie tego odmówić, aby zamieścić opis tej świetnej zabawy i wielkiej przyjemności, jaką zawsze mieliśmy rozgrywając każdy mecz piłki nożnej. A zatem, zapraszamy do lektury, ponieważ był to najważniejszy mecz życia, jaki nauczył nas czegoś bardzo, bardzo ważnego…

Grajmy do dziewięciu. Do przerwy 3:8

Chcielibyśmy opisać tutaj pewną historię z czasów szkoły podstawowej. Może to było około klasy piątej czy szóstej, już nie pamiętam. Wydarzeniem tym był mecz piłki nożnej. Oczywiście z doniosłości tego, co wtedy się stało nikt z nas nie zdawał sobie najmniejszej sprawy. Dopiero po wielu latach przyszła refleksja pozwalająca ujrzeć to wszystko w zupełnie nowym świetle, więc dlatego postanowiliśmy poświęcić tej krótkiej historii oddzielny rozdział.

Jeszcze jako małe dziecko, zresztą tak samo jak większość moich rówieśników, przejawiałem dużą chęć gry w piłkę „kopaną”, co zawsze sprawiało mi ogromną radość. Niemal każdego dnia spędzałem długie godziny na tej zabawie, bo moim zwyczajem było rozgrywanie nawet kilka meczów dziennie. Drużyny się zmieniały, zmieniali się grający, a ja po kolei przyłączałem się do każdej z nich, bo jeszcze się nie nagrałem. Jedynym zmartwieniem, jakie przez pewien czas nie dawało mi spokoju oraz nie pozwalało spać w nocy, był wyraźny ból mięśni, nad którym uporczywie się wtedy zastanawiałem - dlaczego tak bardzo bolą mnie nogi?

Gra w piłkę nożną nie sprawiała mi większych trudności i całkiem dobrze sobie z tym radziłem, tak samo jak mój serdeczny kolega Artur. Byliśmy najlepszymi piłkarzami w klasie. Czasem wybierano nas do reprezentacji szkoły. A gdy rozgrywaliśmy mecz między sobą, to zawsze nam przypadał w udziale ten zaszczyt wybierania swoich składów. Tylko że z tego powodu nie mieliśmy zbyt wielu okazji do grania razem w tej samej drużynie.

Pewnego pięknego i słonecznego dnia, zaraz po lekcjach, jak to naszym zwyczajem bardzo często bywało, niemal wszyscy z klasy poszliśmy na boisko szkolne grać w piłkę. Oczywiście mnie również nie mogło tam zabraknąć. Razem z kolegą szybko wybraliśmy nasze drużyny, stając się jednocześnie ich kapitanami. Uzgodniliśmy, że gramy do dziewięciu, czyli do czasu, aż któraś z drużyn zdobędzie dziewięć bramek.

Na początku mecz nie wyróżniał się niczym szczególnym. Po prostu wszyscy graliśmy tak, aby od razu zdobyć przewagę i doprowadzić do zwycięstwa. Niestety, moja drużyna najwidoczniej nie była w dobrej formie tego dnia, włącznie ze mną, bo nie udawało nam się strzelić zbyt wielu bramek, pomimo naszych szczerych chęci i ciężkiej pracy na całym boisku. No i po pewnym czasie znaleźliśmy się w bardzo trudnym i nieprzyjemnym dla siebie położeniu. Przegrywaliśmy i to z kretesem. Wynik meczu mówił sam za siebie. Było już 3:8. A zatem, drużynie przeciwnej pozostawało już tylko jedno - postawić kropkę nad „i” zdobywając ostatnią bramkę. Walczyliśmy jednak zawzięcie dalej, starając się nie myśleć o nieuchronnie zbliżającej się porażce.

- Możemy jeszcze wygrać - powiedziałem nagle do jednego z moich kolegów z tej samej drużyny. Sam nie wiem skąd mi to przyszło do głowy. Był już prawie koniec meczu, a wokół boiska zbierało się coraz więcej chłopców ze starszych klas, gotowych w każdej chwili wejść na boisko, by rozpocząć swój mecz. Widać było, że zaczynają się już niecierpliwić.

A to, co zdążyłem powiedzieć, usłyszał akurat jeden z kolegów z drużyny przeciwnej.

- No pewnie - „możemy jeszcze wygrać” - powtórzył moje słowa przedrzeźniając mnie bezczelnie i w dodatku z ironicznym uśmieszkiem na twarzy. Był bardzo pewny siebie i pewny zwycięstwa. Chyba nawet przez chwilę nie pomyślał sobie, że mogą przegrać, że może być inaczej, bo właściwie zwycięstwo mają już zapewnione.

Bardzo mnie to poruszyło. W tonie jego słów było tyle kpiny, tyle szyderstwa, że poczułem się jakbym został pozbawiony resztki godności. A oprócz tego, wypowiadając te słowa był bardzo pewny siebie. Przecież do odniesienia zwycięstwa jemu i jego drużynie brakowało tak niewiele. Prawdopodobnie było to kwestią bardzo krótkiego czasu, może zaledwie kilku najbliższych minut.

Na ogół nie reagowałem na tego typu zaczepki i w ogóle nie należałem do tych dzieci, co na każdą z nich reagują agresywnie i zaraz chcą się bić, czyniąc zadość sprawiedliwości w ich małym mniemaniu. Jednak tym razem było inaczej, bo poczułem się bardzo obrażony. Nie, nie rzuciłem się na niego od razu z pięściami i w ogóle o tym nie pomyślałem. Bez wypowiedzenia ani słowa zacisnąłem tylko usta. Nie poddając się w swych myślach postanowiłem, że będę walczył do końca i tak bardzo, na ile będzie to możliwe.

W jednej chwili pojawił się pomysł, aby najlepszego gracza z drużyny przeciwnej wyłączyć z gry. O nie, nie - wcale nie tak, jak może sobie pomyślałaś lub pomyślałeś czytając te słowa. Nie zamierzałem dopuścić się na nim takiego przewinienia, na skutek którego nie byłby w stanie dokończyć tej gry. Zdecydowałem rozprawić się z nim zupełnie uczciwie. Postanowiłem być jego cieniem i nie odstępować go ani na krok po to, aby nie miał żadnej możliwości dojścia do piłki, a tym bardziej oddania strzału na naszą bramkę. Pilnowałem go bardzo dokładnie i biegałem za nim wszędzie po boisku, żeby tylko nie mógł swobodnie grać. I tak właśnie robiłem przez resztę meczu. Kiedy tylko traciliśmy piłkę, to natychmiast zjawiałem się obok niego i przeszkadzałem mu w grze. I rzeczywiście, stracił nie tylko możliwość dowolnego rozgrywania piłki, lecz oprócz tego - co wyraźnie po nim samym było widać - nawet i samą ochotę do gry.

Tylko niestety, kij ma dwa końce. Taka taktyka przyniosła negatywne skutków i naszej drużynie. Sam również na tym ucierpiałem, ponieważ bardziej skupiliśmy się na grze w obronie, niż w napadzie, tracąc wiele okazji do strzelenia następnych goli.

Jednak dzięki grze zespołowej i pełnemu poświęceniu wszystkich kolegów z drużyny, a ku naszej wielkiej radości, powoli zaczęliśmy strzelać następne gole i mozolnie odrabiać straty. Nasi przeciwnicy zaś wciąż nie mogli zdobyć tej swojej jednej jedynej wymarzonej, upragnionej i ostatniej bramki.

My zaś - wyraźnie podbudowani takim obrotem sprawy - zaczęliśmy coraz odważniej myśleć i uświadamiać sobie, że jeszcze nie wszystko jest stracone. Już każdemu zawodnikowi z mojej drużyny bez wyjątku udzieliło się to samo przekonanie i w nas wszystkich wstąpiła ta sama mocna wiara, że przecież możemy jeszcze wygrać ten mecz.

Wszyscy dawaliśmy z siebie tyle ile tylko mogliśmy. Graliśmy zacięcie, ambitnie, ale uczciwie i zgodnie z przepisami. Wynik meczu zaczął się poprawiać na naszą korzyść. Grający w napadzie spisywali się bardzo dobrze zdobywając następne bramki. Ze stanu 3:8, wyszliśmy na 4:8, później na 5:8, potem zrobiło się 6:8 i 7:8. W miarę zdobywania każdego gola graliśmy coraz lepiej. Nikt nie zwracał uwagi na zmęczenie i upływający szybko czas. A drużyna przeciwna nie mogła uwierzyć własnym oczom widząc co się dzieje. Spodziewali się bardzo łatwego zwycięstwa, które tak nagle i bezpowrotnie zaczęło wymykać im się z rąk.

Tymczasem gromada chłopców, czekających wokół boiska była dość spora. Nowi gracze mający rozpocząć swój mecz byli już przebrani i przygotowani, by w każdej chwili wejść na boisko. Chyba już tylko resztką cierpliwości czekali na zakończenie naszego pojedynku.

A mecz wciąż był nierozstrzygnięty. Mój kolega, co tak bardzo ironicznie odniósł się do możliwości odniesienia przez nas zwycięstwa, jakoś bardzo posmutniał. Nie próbował też walczyć o piłkę, aż w końcu niewiele był w stanie zdziałać. Jakoś w ogóle stracił ochotę do gry. A wszyscy pozostali grający w obu drużynach dawali z siebie naprawdę dużo i z oddaniem walczyli o przysłowiową każdą piłkę. Na szczęście mecz ciągle był uczciwy. Nikomu nie puściły nerwy i do końca nasza cała uwaga skupiała się na kopaniu piki, a nie na kopaniu siebie nawzajem.

Aż wreszcie stało się to, o czym tak marzyliśmy. Padła wyrównująca bramka, więc teraz wszystko już miało się rozstrzygnąć. Otrzymaliśmy następną możliwość niejako rozpoczęcia od nowa tego meczu, z tą jednak różnicą, że dla nas ten fakt był niezwykle budujący, a dla naszych przeciwników wręcz odwrotnie - był poważnym ciosem.

Nagle wszystkich nas - z obu grających drużyn - sparaliżowało i przeraziło coś, o czym zupełnie zapomnieliśmy:

- Koniec meczu! Koniec meczu! - niespodziewanie zaczęli wołać chłopcy ze starszych klas, którym najwidoczniej skończyła się nawet i ta ostatnia resztka cierpliwości, bo nie chcieli już czekać ani minuty dłużej. Zezłoszczeni przedłużającą się grą zaczęli w końcu wchodzić na boisko z wysoko podniesionymi ramionami, chcąc ostatecznie położyć kres naszemu spotkaniu, stale krzycząc – koniec meczu, koniec meczu!

- Tylko ostatnia bramka!!! - wrzasnęliśmy wszyscy potężnie. A zrobiliśmy to niemal jednocześnie w ogromnym i zgodnym proteście, i najprawdopodobniej z takim obłędem w oczach, że tamci od razu zamilkli. Wydawało się nam, że nawet trochę się uspokoili, zdając sobie chyba sprawę z tego, jak bardzo dramatyczne chwile musieliśmy wtedy przeżywać. Jeszcze się trochę ociągali, by nam ustąpić, ale argument, że do zakończenia naszego pojedynku brakuje strzelenie tylko ostatniej bramki, wydał im się wystarczająco przekonujący, więc zaczęli posłusznie schodzić z boiska. Co za ulga.

Po tym przykrym, ale na całe szczęście krótkim zajściu gra natychmiast została wznowiona. Już nie pamiętam, czy końcówka meczu obfitowała w dramatyczne i niewykorzystane sytuacje podbramkowe. Już nie pamiętam, czy ze zmęczenia słanialiśmy się na nogach i przewracaliśmy się walcząc o piłkę, ale co bardzo dobrze pamiętam to było to, że zaledwie po kilku minutach gra została zakończona i to nam udało się strzelić zwycięską bramkę! Tak, wygraliśmy 9:8! Bardzo zmęczeni, wyczerpani, ale szczęśliwi zakończyliśmy ten niezwykle zacięty pojedynek odnosząc piękne zwycięstwo w tym meczu, który na samym początku zdawał się być z góry przesądzony.

I wcale nie wykorzystałem tej świetnej okazji, żeby zemścić się na moim koledze drwiąc sobie z niego do woli i w okrutny sposób. Również nikt z mojej drużyny nie obrażał naszych przeciwników, tylko spokojnie zeszliśmy z boiska szczęśliwi z odniesienia tego wyjątkowego zwycięstwa, ku zadowoleniu także starszych kolegów, którzy wreszcie mogli zacząć swój mecz, na który tak długo czekali.

I nigdy nie wyśmiewałem żadnych pokonanych, bo znałem bardzo dobrze gorycz porażki, jakiej sam niejednokrotnie posmakowałam. A w takich przypadkach schodziłem z boiska smutny i z opuszczoną głową. Zdarzało się też, że i ze łzami w oczach, które towarzyszyły mojej dziecięcej bezsilności, bo więcej nic już nie można było zrobić. Dlatego tym bardziej nie mogłem pozwolić sobie na drwiny naszych kolegów z przeciwnej drużyny, bo wiedziałem ile wysiłku włożyli w ten mecz. Przecież im tak samo zależało na jego wygraniu, co niemal osiągnęli, bo byli od tego już tak blisko. Zabrakło im tylko trochę szczęścia i może (przede wszystkim)… wiary w zwycięstwo.

Ten wyjątkowy pojedynek został okupiony ogromnym wysiłkiem obu drużyn, który nie poszedł jednak na marne. W obu przypadkach - tak przegranych jak i wygranych - doświadczyliśmy klęski i zwycięstwa, zyskaliśmy następne doświadczenia i nauczyliśmy się czegoś nowego, gdyż nigdy więcej nie rozegraliśmy tak dramatycznego meczu, w którym spełniły się intuicyjnie wypowiedziane słowa.

A oprócz tego inną ciekawą rzeczą było i to, że w czasie jego rozgrywania nie towarzyszył mi żaden strach, czy jakieś obawy, że przecież losy tego spotkania wiszą na przysłowiowym jednym włosku. Brakowało przecież tak niewiele, aby przeciwnicy z łatwością nas pokonali. A kolega, nie chcąc stracić tak świetnej okazji, żartowałby sobie ze mnie wyśmiewając moje „nieostrożne” słowa i tę nadzieję, jaka nagle ośmieliła się pojawić w sercu. Jednak w czasie gry ani razu nie było mi dane o tym pomyśleć i wcale się tym nie przejmowałem. Ciągle tylko gdzieś tam w umyśle były wyryte słowa, że ten mecz możemy jeszcze wygrać…

A po jego tak szczęśliwym dla nas zakończeniu, nie miałem już najmniejszej ochoty dłużej zostać na boisku i grać dalej. Tym razem bardzo zmęczony wróciłem do domu nie chwaląc się nikomu tym wielkim zwycięstwem. „Wiara czyni cuda”. I można powiedzieć, że taki cud wtedy właśnie się wydarzył na naszych dziecięcych oczach. Oczywiście, nie miałem wtedy najmniejszego pojęcia, że przyjdzie kiedyś taki dzień, w którym ta niedorosła i dorosła zarazem historia, znajdzie swoje miejsce w opisie duchowych doświadczeń. Nie spodziewałem się, że zapamiętam ją na tak długo i będę do niej z przyjemnością wracać w swych wspomnieniach, dzieląc się nimi także z moją żoną i dziećmi.

Cóż, naszym życzeniem było, żeby również i moi najbliżsi mieli udział w tej radości, jaką wtedy odczuwaliśmy, gdy niewinne, amatorskie uprawianie sportu sprawiało prawdziwą i wielką przyjemność, bo tak naprawdę to liczyła się tylko dobra zabawa. Zabawa, jakiej najwięcej dostarczył nam chociażby inny mecz, który rozegraliśmy na boisku pokrytym dużymi kałużami wody, jakie pojawiły się po całonocnej ulewie. Tyle radości i śmiechu w czasie gry nie mieliśmy jeszcze nigdy. I chociaż byliśmy przemoczeni do suchej nitki oraz pobrudzeni błotem, to nikt nie przywiązywał do tego najmniejszej wagi, gdyż byliśmy bardzo szczęśliwi i zadowoleni z siebie. Dopiero w drodze do domu zacząłem się porządnie martwić, czy mi się zdrowo nie oberwie za to, w jakim stanie znajdowało się moje ubranie i ja sam. Jednak tym razem jakimś cudem mi się upiekło i wszystko dobrze się skończyło. Na całe szczęście.

A takie rzeczy jak - kto oraz ile razy przegrał mecz, a także ile przy tym stracił goli - niemal natychmiast odchodziły w niepamięć, ponieważ wkrótce graliśmy następny i następny mecz, tworząc tym samym ciągle nowe i nowe historie. I tak bez końca przez długie i szczęśliwe lata dziecięcych zabaw.

Kiedyś niewiele nawet brakowało, żebym na własne życzenie przerwał tę swoją dziecięcą beztroskę. Mianowicie, każdego roku również i moja szkoła organizowała dzień sportu, a po którymś z kolei takim dniu, dzięki osiągniętym wynikom w różnych dyscyplinach zakwalifikowałem się do grupy uczniów, którzy mogli ubiegać się o przyjęcie do szkoły sportowej. Żeby do niej się dostać należało również przejść przez sprawdzian fizyczny, czyli uzyskać dobre wyniki w niektórych dyscyplinach. W wyznaczonym dniu pojechałem z mamą na sprawdzian i okazało się, że z mojej szkoły jestem tylko ja. Zdziwiłem się tym, że nikt więcej nie okazał swego zainteresowania taką możliwością rozpoczęcia swojej kariery sportowej.

Na sprawdzianie, zdaniem mojej mamy, poszło mi nieźle, więc wszystko wskazywało na to, że mam dużą szansę, aby dostać się do nowej szkoły. Kiedy mama dopełniała wszystkich formalności, to ja czekałem na nią na korytarzu przyglądając się moim przyszłym, nowym koleżankom i kolegom, którzy mieli akurat przerwę między lekcjami. Jakoś na pierwszy rzut oka nie przypadli mi do gustu i pomimo, że ich głośne zachowanie nie odbiegało od normy, to jednak zaczęły ogarniać mnie wątpliwości, czy rzeczywiście będę zadowolony z tego nowego miejsca, w którym czułem się zupełnie obco. Pomyślałem o mojej klasie i wtedy zatęskniłem za wszystkimi moimi dobrymi znajomymi, bo przecież dobrze ich znałem i czułem się w wśród nich tak jak w domu. Oprócz tego uczęszczanie do nowej szkoły wymagało długiego marszu na przystanek tramwajowy, następnie przejechania kilku przystanków, co w porównaniu z przejściem niemal na drugą stronę ulicy do mojej starej szkoły, wydawało się być dla mnie sporą wyprawą. Po tych rozważaniach ostatecznie powiedziałem mamie, że jednak nie chcę zmieniać szkoły. Widać było, że zmiana mojej decyzji nie przypadła jej do gustu, bo jeszcze kilka tygodni później wracała do tej sprawy mówiąc, że zostałem przyjęty, ale sam zrezygnowałem.

Wkrótce zapomniałem o całej tej przygodzie, a po pewnym czasie pojawiła się pewna refleksja w związku z nieprzyjemną atmosferą wokół polskich sportowców, którym zdarzało się nadużywać napojów alkoholowych podczas różnych imprez sportowych, nawet tych międzynarodowych. Oczywiście starano się tuszować wszystkie takie przypadki, co w końcu stało się nawet śmieszne w oczach opinii publicznej, która i tak doskonale wiedziała, co tak naprawdę się dzieje za kulisami sportowych rywalizacji.

Potem dopiero olśniło mnie i zrozumiałem - czyli do takiego środowiska bym się dostał, gdybym wszedł na drogę sportowej kariery. Jak to możliwe, że reprezentanci swego kraju postępują w tak niegodny sposób? Nie mówiąc już o korupcji oraz innym nagannym zachowaniu, co teraz już nikogo nawet tak bardzo nie bulwersuje, a jakie jeszcze kilkanaście lat temu było nie do pomyślenia. Tak, ten świat już dostatecznie się zepsuł i czas najwyższy na jego naprawę.

„Nie można pozwolić, by ten świat na nas wywierał wpływ, ponieważ to my mamy wpłynąć na niego, żeby się zmienił”.