sobota, 26 października 2019

Wpis 82. Gra na uczuciach, tylko jakich.

Nie ulega najmniejszej wątpliwości, że nasi prześladowcy i ciemiężyciele, a inaczej możni tego świata żywią się i posilają niską energią, złymi uczuciami. A przy tej okazji robią wszystko dla zachowania swojej władzy, do czego służy im również i kabała, lecz i ta energia cyfr wymyka się im spod kontroli, bo coraz bardziej ta rzeczywistość nie układa się po ich myśli. (Na przykład zmiana skali ocen w szkołach z pięciostopniowej do sześciostopniowej, bo ich szóstka jest diaboliczna. I dlatego też większość drużyn sportowych składa się z sześciu zawodników. W wielu przypadkach posługują się cyfrą 33, która oznacza jeden z wyższych poziomów wtajemniczenia.) Tak więc bestia ryczy sobie coraz to bardziej, gdyż pomimo ich szaleńczych starań i odrażających pomysłów dalszego wprowadzaniu bałaganu, przeczącego Boskiemu Ładowi nie są w stanie w pełni osiągnąć swoich podłych celów.
 .

Niemniej jednak starają się w jak największym stopniu wykorzystać tę resztkę czasu, jaka im jeszcze pozostała. A czas nagli, bo Planeta Nibiru zbliża się coraz bardziej i podobno z bieguna południowego jest już dostrzegalna gołym okiem. A zatem to prawdopodobnie kwestia kilku miesięcy, kiedy dojdzie do przełomu i nasilenia Oczyszczania na Ziemi.

Tymczasem oni nie odpuszczają. W dalszym ciągu grają na naszych uczuciach, starając się wyzwolić jak najwięcej tych najniższych, co trzeba przyznać nawet im się udaje. Otóż, ostatnio dane mi było zauważyć ten zajadły język, jakim od pewnego czasu zaczęli posługiwać się dziennikarze, zwłaszcza sportowi. W ich sprawozdaniach coraz częściej używa się drastycznych i wielce przesadnych określeń, jakie w ogóle nie mają odzwierciedlenia w rzeczywistości przez nich opisywanej. Widocznie mają nakazane przedstawiać wszystko w takim tonie, jakby dosłownie chodziło o walkę na śmierć i życie. Nie mówiąc już o tym, że ich pisownia i słownictwo coraz mniej przypomina polszczyznę. (I coraz częściej nie przebierają w słowach, używając tych niestosownych).

Do tego mamy żonglowanie statystykami, czy różnymi zestawieniami dla osiągnięcia niezmiennie tego samego celu, jakim jest złoszczenie ludzi. Na przykład w czasie mistrzostw Europy w piłce nożnej w roku 2016-tym, polskiej drużynie pozwolono jeszcze trochę pograć, ale tylko tyle, żeby przypadkiem nie doszła do meczu rozstrzygającym o mistrzostwie, meczu o mistrzostwo.

Później mieliśmy podejrzane i błyskawiczne windowanie polskiej drużyny narodowej piłki nożnej w zestawieniu (rankingu) FIFA. Na tym nie koniec, gdyż w losowaniu do mistrzostw świata w roku 2018-tym chyba po raz pierwszy była ona rozstawioną wraz z innymi najlepszymi drużynami. A to wszystko przy wyjątkowej histerii środków masowego przekazu, jakie rozpływały się w pochwałach i prognozach, podgrzewając do czerwoności płonne nadzieje kibiców na medalowe osiągnięcie polskich kopaczy piłki. A zatem najpierw ponad miarę rozbudzone nadzieje, a później wielkie nic. Tym większe rozczarowanie im większe wcześniejsze wychwalanie. A ludzie? Cóż, rozgoryczenie, rozpacz i złość. Ale przecież „łączy nas piłka”. Tylko w czym? Chyba jedynie w tym co najgorsze, bo we wspólnym wyzwalaniu samych najgorszych uczuć. I jeszcze to uwikłanie w wyniki, w żądzę zdobywania jak największej liczby medalów, najlepiej samych złotych, do których choćby i po trupach, a przynajmniej po zdrowiu i po wszelkich zasadach przyzwoitości, gdyż o uczciwości, to szkoda pisać, bo naprawdę nie ma już o czym gadać. No i pieniądze, bo te to już w ogóle szczyt marzeń wielu takich duszyczek.

I w sumie tak samo jest z każdą inną dyscypliną sportową. Bardziej gra się na uczuciach ludzi niż w piłkę: podłużną, nożną, wodną, albo uderzaną kijami, tak krążek w hokeja na lodzie. To samo jest z siatkówką. Po niedawnych wybrykach polskich siatkarzy, którzy po skończonym meczu zaczepiali Persów nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że ktoś im tak kazał i ta cała wrogość jest im narzucona. A przecież Słowianie i Persowie to odwieczni przyjaciele, bracia. Nigdy ze sobą nie walczyliśmy, a w dodatku Polacy w Iranie znaleźli schronienie i swój drugi dom w czasie ostatniej zawieruchy wojennej. Jednak, jak widać, dla nich to bez najmniejszego znaczenia.

Dlatego to przestałem już oglądać jakiekolwiek mecze. A ci niby polscy siatkarze byli kroplą przelewającą czarę goryczy i rozczarowania.  Nie masz bowiem już czystości, prawości, szlachetności ani uczciwości w tym całym sporcie. Stał się on jedynie następnym niecnym narzędziem upodlania ludzi. Również i poprzez sport ten chory system pragnie zachować swą władzę. I nie jest żadną tajemnicą, że nawet sędziowie są do tego wykorzystywani. Takie niewinne zdawałoby się wypaczanie przez nich wyników też służy temu samemu. Gorsze jest jednak to, gdy dzieje się to z jawnym naruszeniem przepisów, bo okazuje się, że ostatnio to sędziowie coraz częściej je łamią niż same zawodniczki czy zawodnicy. A to tym bardziej denerwuje kibiców, kiedy jest to takie jaskrawe naruszenie zasad, bo nikt się z tym nie kryje. Zupełnie jakby sobie drwiono z uczciwości. A to jest następne ryczenie bestii.

Tutaj z kolei na myśl przychodzi mi taki oto przykład. Jak powszechnie wiadomo Robert Kubica jest niezwykle uzdolnionym kierowcą wyścigowym. Akurat w tym roku nie był w stanie tego potwierdzić, bo wyścigówka, jaką mu dali zupełnie na to nie pozwala, uniemożliwiała. Oprócz tego ten człowiek zasługuje na najwyższe uznanie przede wszystkim z racji tej, że się nie załamał, nie poddał, lecz przezwyciężył swoje słabości, pokonał wszelkie obawy i okazał niezwykły upór, wytrwałość w dążeniu do celu, co jest dowodem wyjątkowego hartu ducha. Już samo to wystarcza, by mieć dla niego najwyższe uznanie, tak jak dla każdej innej osoby odnoszącej zwycięstwo nad swoją chorobą, ułomnością lub brakiem pełnej sprawności, albo zwyczajnie pokonującej przeciwności codziennego znoju życia.

Myślę, że wielu ludzi o tym zapomina, albo wręcz nie wie, co to znaczy zmagać się z bólem, cierpieniem, słabością, zniechęceniem, brakiem pełnej sprawności i codziennymi trudnościami z tego wynikającymi, a to przez długich, bardzo długich osiem lat. Osiem lat codziennego pokonywania samego siebie, przezwyciężania i nie poddawania się. (Oczywiście, sam to nie byłby w stanie uczynić niczego, ponieważ jedynie dzięki pomocy Istot Duchowych miedzy innymi takie rzeczy są w ogóle możliwe).

A w zamian tego wylewa się lawa nienawiści domniemanych znawców wszystkiego, zwłaszcza sportów motorowych, bo on nie odnosi zwycięstw i słabo jeździ. Niech w takim razie każda osoba, która tak beszta z błotem tego kierowcę sama najpierw przejdzie przez to samo co on, a dopiero potem zajmie głos w tej sprawie. Ciekawe ile z tych osób potrafiłoby znieść to wszystko, a ile poddałoby się po napotkaniu pierwszych trudności, nawet tych najmniejszych? Ciekawe… Tym bardziej, kiedy całe dotychczasowe życie sypie się jak domek z kart, ogarnia czarna rozpacz i w jednej chwili przekreślone są wszystkie wcześniejsze dążenia, nadzieje, piękne marzenia, zamierzenia - włącznie z tymi, że przed tym wypadkiem Robert Kubica miał już podpisaną wstępną umowę z Ferrari i po tym nieszczęśliwym wyścigu, który miał być już jego ostatnim w owym roku współzawodniczenia, nic nie stało na przeszkodzie, by dołączyć do Fernando Alonzo i ścigać się jako kierowca tego właśnie zespołu.

Natomiast wracając do wielce nieprzychylnych uwag, jest to wręcz ogrom nienawiści, złości skierowanej przeciw temu tak niezwykle pracowitemu człowiekowi, bo właśnie praca nad sobą najwięcej kosztuje. (Co prawda, to od czasu do czasu pojawiają się jakieś pojedyncze przychylne mu wpisy, ale są to bardzo odosobnione przypadki.) Tak więc Robert Kubica już nic nie musi udowadniać, bo dokonał rzeczy nadzwyczajnej: ponownie wrócił do ściganie, co zdaniem wielu było niemożliwe, gdyż od razu i bezpowrotnie go przekreślili. Inna sprawa, że teraz jest wykorzystywany w tej grze, bo przecież to nic trudnego dać mu najgorszy sprzęt i niech wygrywa.

A on to wszystko jeszcze znosi i dalej jeździ, dalej się ściga. Tutaj też warte zastanowienia jest to, ilu kierowców by wytrzymało na jego miejscu i od razu nie dało by sobie z tym spokoju, rezygnując z byle jakiego powodu. I jeszcze gwoli przypomnienia. (Poniższa wypowiedź jest użytkownika morbus-nascentiae, z dnia 30-go września 2019-go. Trochę spolszczona, ale nie zmieniona).

Krótka ściągawka dla tych, którzy są tutaj nowi.
1. W swoim trzecim wyścigu w Formule 1 Robert Kubica zajął trzecie miejsce.
2. W najlepszym razie trzecim w stawce samochodem wygrał wyścig w Kanadzie i zajmował po nim pierwsze miejsce w klasyfikacji ogólnej. Potem zespół BMW Sauber zaprzestał rozwoju wyścigówki na ów sezon, ale mimo to Robert Kubica zajął czwarte miejsce w ostatecznym zestawieniu, a do trzeciego zabrakło mu jednego punktu.
3. Był wyraźnie lepszy od każdego kierowcy w swoim zespole, między innymi Heidfelda, który był kandydatem do Mercedesa zamiast Bottasa. Z pozostałymi wygrywał miażdżąco. Pietrow nie wygrał z nim bodajże ani jednych kwalifikacji.
4. Jego okrążenie kwalifikacyjne z Monaco, podczas którego ponad 20 razy prawie ocierał się o betonową bandę, wiele osób uważa za najlepsze w całej historii tego sportu.
5. W zawodach młodzików regularnie pokonywał wszystkich swoich rywali we wszystkich seriach, w tym i Hamiltona.
6. W przeprowadzanych próbach na refleks w specjalnym symulatorze też był najlepszy, osiągając 100% skuteczności.
7. Jest autorem niesamowitej serii siedmiokrotnego wyprzedzania na siedmiu kolejnych okrążeniach ulicznego toru w Singapurze.
8. Już po wypadku z miażdżącą przewagą zdobył mistrzostwo świata w serii WRC2 w swoim pierwszym pełnym roku wyścigów.
9. W tym sezonie był wyraźnie lepszy od Russella na torze w Monako, na którym w powszechnej opinii umiejętności kierowcy odgrywają największą rolę.
10. Williams sam przyznawał, że na początku sezonu Robert Kubica miał gorszy samochód.  Do chwili obecnej krążą pogłoski, że Russell dostawał ten sam silnik, co Hamilton i Bottas, a Robert Kubica gorszy. I wreszcie: w Internecie jest filmik, na którym widać, że samochód Russella zachowuje równowagę (jedzie jak po szynach) na zakrętach i dohamowaniu, a Roberta Kubicy nie.
Jest takie powiedzenie, że talent, uzdolnienia mieszkają daleko i tylko pracowitość wie gdzie.

Co do samych wyścigów Formuły Jeden (jaka szumna nazwa), to tak jak w przypadku większości dyscyplin sportowych i wszystkich wyścigów są to pieniądze dosłownie puszczone z dymem, z dymem zarówno spalonego paliwa jak i zużytych opon. Nie dość, że się ogłupia rzesze ludzi, to korzysta się z okazji żeby jak najbardziej zatruć Przyrodę i samą Ziemię. Chodzi o to, że jednorazowe przewiezienie wieloma samolotami tego całego bałaganu F1, czyli wszystkich zespołów, „inżynierów”, szefów, wyścigówek, części zamiennych, wyposażenia, narzędzi z jednego miejsca na drugie, to większe psucie powietrza i więcej dymu, niż są w stanie wydzielić wszystkie wyścigówki w czasie wszystkich wyścigów, odbywających się w ciągu całego roku. I jeszcze ten harach, gdyż każde państwo przeprowadzające takie imprezy płaci czterdzieści milionów dolarów za możliwość swego rozsławiania. (Promowania). „No cóż, przecież trzeba zaistnieć w „wielkim świecie”. I niech nikt przypadkiem nie waży się z tym skończyć a zaoszczędzone dzięki temu pieniądze przeznaczyć choćby na rozwój samochodów wykorzystujących energię słoneczną. Wszystko, tylko nie to! W dodatku opłacanie sportowców to nie pieniądze wyrzucone w błot, bo to najwięksi wyczynowcy, sami mistrzowie świata”.

Tylko szkoda, że ani jeden sportowiec, czy to kobieta czy mężczyzna nigdy nie powiedziała ani nie powiedział, Komu tak naprawdę zawdzięcza swoje osiągnięcia, dobre wyniki, mistrzostwo. Nikt spośród nich ani razu nie wyraził swej wdzięczności ani nie oddał chwały Ojcu Stworzycielowi za to wszystko, co dobrego ich spotkało, a zwłaszcza za bezpieczeństwo i zdrowie. Przynajmniej o tym nie słyszałem, ani nigdzie się nie doczytałem. Jakoś tak „samo się dzieje”, że cała uwaga skupiana jest jedynie na „własnych” osiągnięciach, bo przecież pychą, zarozumiałością a zwłaszcza własnym ja trzeba nadąć się de wszelkich granic. I najlepiej do granic niedorzeczności i śmieszności, nagminnego przekraczania których ci „wspaniali” wyczynowcy dostrzec jakoś nie potrafią.

Wymownym jest też fakt braku jakichkolwiek korzystnych wpisów dotyczących wytwarzania butów dla polskich skoczków narciarskich przez rodzime przedsiębiorstwo, o czym wczoraj mogliśmy przeczytać na jednej ze sportowych stron internetowych. Zastanowiło mnie, dlaczego nie było ani jednej dobrej oceny, dobrej wypowiedzi na ten temat. Ani jednej… Tak ciężko przychodzi nam wyrazić coś dobrego, coś przychylnego o innych? Bo kiedy pojawiły się zapowiedzi dotyczące właśnie takiego zaopatrywania się u polskiego wykonawcy, to z miejsca pojawiły się same nieprzychylne wpisy wieszczące całkowite niepowodzenie tej całej sprawy. Jak łatwo dać upust swoim żalom, smutkom, a nawet swemu rozgoryczeniu. Widocznie ci wszyscy, co tak robią dali się porwać nurtowi nienawiści, uwolnionemu i podtrzymywanemu przez ten zakłamany system.

Zakłamany do tego stopnia, że nie waha się uśmiercać swoje wierne kukiełki spośród polityków kiedy uzna, że są nieposłuszne lub zbędne. A jak trzeba to nie cofa się przed zgładzeniem znanych piosenkarek i piosenkarzy, aktoreczek i aktorków. Czasem im bardziej to rozgłasza, to okazuje się, że wcale tak nie jest, bo ci, co niby odebrali sobie życie albo przedawkowali, to okazuje się, że dalej sobie wiodą spokojne życie gdzieś na uboczu tej rzeczywistości. I prawdą jest, że Elvis Presley nadal żyje. Widocznie trzeba go było uśmiercić, żeby w ten sposób wiele młodych kobiet doprowadzić do popełnienia samobójstwa i rozlać jak największą powódź żalu, rozpaczy i smutku. To ich sprawdzony i wypróbowany sposób. Tak było choćby z jednym takim, o nazwisku Rudolph Valentino, okrzykniętym pierwszym gwiazdorem Hollywood. Po jego odejściu przeszła spora fala samobójstw nie tylko w SZA, lecz i w Europie.

No i jeszcze następnym skowytem potworności tego systemu jest zamęczanie zwierząt. Właściwie ubój wszystkich zwierzątek, jakie trafiają na nasze stoły odbywa się z zadawaniem im bólu i powolnej śmierci. A kiedy zwierzątka wiedzą, że umierają cierpią, wydzielając przy tym trujące związki chemiczne, jakie zatruwają ich pozostałości, które z kolei sami spożywamy. Nie, nie chodzi tu o to, żeby się bać, (o tym, to już pisaliśmy) lecz żeby zdać sobie sprawę z ogromni nikczemnego postępowania tych, od których to wszystko zależy, bo nie dość, że zamęczają zwierzęta, trują ludzi, to oprócz tego starają się obniżać wibracje Ziemi.

A to dlatego, że zwierzęta mają wielki wpływ właśnie na częstotliwość drgań naszej Planety. Oczywiście nie jedyny, ale wpływ znaczny, gdyż zwierzęta bezpieczne, spokojne, szczęśliwe i zdrowe poprawiają pole bioelektryczne również i nasze, każdego człowieka.

Widać więc, że oni wykorzystują każdy, ale to każdy sposób bez wyjątku do tłamszenia Życia i uczynienia, a właściwie utrzymywania piekła na Ziemi. I cały czas ta zakłamana rzeczywistość żeruje na naszej niewiedzy. Im gorzej dla nas, tym lepiej dla nich. Ale na całe szczęście to wszystko tylko do czasu.

Tak, jesteśmy niezmiennie i święcie przekonani, że to tylko do czasu, bo ten wielkimi krokami się zbliża i nastąpi jego zmiana. Czas to też Energia i również ulega przeobrażeniu, przemianie. Energia się przekształca, a wszystko wraz z nią także ulega zmianie. Może te zmiany nie są jeszcze tak bardzo widoczne, lecz z całą pewnością już zachodzą i coraz bardziej dają o sobie znać. A wszyscy ci, co myślą i mają dobre serca niczego rzecz jasna obawiać się nie muszą. Gorzej zaś dla tych, co są pogrążeni w ciemnościach i nie chcą rozstać się z tym systemem, kurczowo się go trzymając i ziejąc nienawiścią… Ale to już ich zmartwienie.