środa, 23 października 2019

Wpis 81. Strach ma wielkie oczy, ale mało mocy.



Przysłowia są mądrością narodów. Święta prawda. A to przysłowie wskazuje nam na niepotrzebne wyolbrzymiane przez nas pewnych rzeczy, bo to, czego się boimy wcale nie jest tak straszne jak nam się wydaje. I chociaż przysłowia odchodzą w zapomnienie, to jednak wciąż są żywe, może nie tak powszechnie, jak można by sobie było tego życzyć, lecz z pewnością ich dni świetności jeszcze nastaną, bo teraz to mamy inną porę: ciemności i wyczekiwania na lepsze czasy. Niemniej jednak na nadejście Złotej Ery Ludz­kości warto się przygotowywać już teraz. Na przykład pokonując, przezwyciężając w sobie właśnie strach i różne lęki. W sumie to możemy sobie mówić, że się nie boimy, ale kiedy przyjdzie co do czego, to wtedy przekonamy się naprawdę ile w nas odwagi, wiary i pewności w opiekę Opatrzności.
.

Chyba wszystkim o tym wiadomo, że strach jest najgorszym rodzajem energii, jaki w ogóle istnieje. Strach jest bezmyślnym zaślepieniem, brakiem trzeźwej oceny sytuacji, zdarzeń. Jest zamroczeniem, utratą przytomności i niewiedzą wiodącą wprost na zatracenie. Strach to głupota i ciemnota, to taka pomroczność, przez którą już nic nie widać. To gorzej, niż jako dziecko chodzić we mgle.

Strach ma wiele postaci i dopada ludzi z wielu powodów. Możemy odczuwać lęk przed utratą środków do życia, czyli kluczowe trzymanie się jakiejś stałej pracy, zabieganie o stałe źródło dochodów. Istnieje strach przed utratą zdrowia, przed kalectwem - ale przecież to zależy od tego, jakie życie wybrała sobie dusza zanim wcieliła się do życia w materii. (Sam również obawiałem się jakiegoś kalectwa, jakiejś ułomności, lecz jak do tej pory nic takiego mnie nie spotkało, chociaż co do zdrowia, to jednak musiałem przejść swoje. Tak się stało w ostatnim czasie, bo do tej pory zupełnie nie miałem żadnych dolegliwości, żadnych kłopotów ze zdrowiem, a i tak nie uciekam się teraz do żadnych chemicznych „lekarstw” ani nawet do szukania pomocy u tak zwanych lekarzy.)

Jest też strach przed chorobą. Tutaj w zasadzie nie ma się co rozpisywać, bo tak naprawdę to najczęściej my same i sami wpędzamy się w różne choróbska, niby to dbając o swoje zdrowie. A w rzeczywistości to niestety, lecz to ludzka głupota znów daje o sobie znać.

Istnieje też strach przed starością, byciem niedołężnym czy opuszczeniem, samotnością. Tak, to jest również poważna obawa, że na starość pozostaniemy same lub sami, bo nikogo przy nas już nie będzie, więc i nikt nie będzie się ani opiekować, ani o nas troszczyć. Wiedząc, jaki los spotyka wielu staruszków, to rzeczywiście takie obawy wcale nie są bezpodstawne. Tym bardziej, że przecież tak dużo osób w podeszłym wieku trafia do domów starców. Ale czy mamy na to wpływ, żeby nas to nie spotkało? Czy rzeczywiście tylko od nas to zależy? Na przykład zabezpieczając się pieniędzmi, to czy możemy mieć całkowitą pewność uniknięcia takiego zakończenia naszego bytowania na Ziemi? Jednego jednak możemy być pewni: spotka nas taki los, na jaki żeśmy sobie zasłużyli. A może i w tym przypadku skoro wiedziemy dobre, uczciwe życie, to i jego zakończenie będzie mu odpowiadać, będzie na jego miarę, na miarę porządnego, kryształowego człowieka. Bo cóż mogą powiedzieć ci, co nie mają żadnych pieniędzy na starość? Czy tylko w środkach materialnych mają pokładać całą swoją nadzieję i ufność?

Razem z moją małżonką Olivią zapewniliśmy swoje mamy (bo nasi ojcowie już odeszli z tego świata), że mogą być spokojne. Jeśli nikt nie będzie mógł, to zaopiekujemy się nimi. Zamieszkają z nami i niczego im nie zabraknie - głównie samych najlepszych uczuć, troskliwości i opieki.

Innym rodzajem strachu jest ten przed śmiercią. Już tyle o tym zostało powiedziane i napisane, że śmierci to już bardziej chyba nie można się bać, bo w sumie te wszystkie religie zamiast napawać spokojem i dodawać otuchy, odwagi, to tylko straszą i kłamią, gdyż wiedzą o tym, że tak naprawdę śmierci to nie ma a jest tylko przejście z jednego świata do drugiego. Jest to opuszczenie naszego wymiaru i udanie się do innego. A zatem żyjemy cały czas. Jedynie pozostawiamy materię i tę swoją cielesną powlokę, a same i sami, czyli nasze dusze żyją sobie dalej, bo przecież dusza jest nieśmiertelna. A tylko ciałem wszak nie jesteśmy, bo właśnie aż duszą i to wieczną duszą! Tak właśnie tłumaczy i uświadamia nam tę prawdę sam Duchowy Opiekun Ziemi, czyli Duch Święty, jak go nazwały religie chrześcijańskie.

Zresztą nie ma się co dziwić, bo ten cały watykanizm, jaki od stuleci się panoszy to tylko straszy na wszystkie sposoby i za wszelką cenę (głównie za cenę naszej duszy). Zamiast nauczać jak jest naprawdę, to Prawdę tylko wypacza i szerzy strach, gdyż Śmierć to jest Istota Duchowa, która przychodzi do danej duszy, jaka opuszcza nasz świat, żeby jej w tym pomóc, pomóc właśnie w przejściu do tego drugiego, wyższego świata. To tak jak przejść z jednego pomieszczenia do drugiego i z jednego wymiaru do drugiego - do zaświatów. A tutaj trzeba zaznaczyć: ta Istota Duchowa zwana Śmiercią: POMAGA w tej wędrówce, w tym przejściu dusz. I czyż nie jest to następny dowód miłości, troski o nas naszego umiłowanego Ojca Stworzyciela Jahwe? Bo tak jak przez całe nasze życie nie jesteśmy pozostawione ani pozostawieni samym sobie, to tak samo i w tej ostatniej chwili swojej obecności w tym świecie mamy zapewniona pomoc. Pomoc niezawodną i najlepszą ze wszystkich, gdyż jest to pomoc naszego Najwspanialszego Ojca Stwórcy.

Już lepszej pomocy ani nie można mieć, ani sobie wyobrazić. Tym bardziej, że ta Istota Duchowa, która pomaga nam w przejściu do następnego świata oczywiście nie działa sama, ponieważ jeszcze wiele Istot Duchowych ma do pomocy. Tak więc takiej opieki i wsparcia z ich strony nikomu nie zabraknie, co nie jest tylko i jedynie kwestią wiary, że tak jest w istocie, bo skoro przez całe życie mamy niezbite dowody duchowej opieki, troski, pomocy i prowadzenia, i skoro przez całe życie doświadczamy ich na co dzień, to jak to możliwe, aby zwątpić w to u kresu swojej drogi w tym świecie? A czy przypadkiem nie oznaczałoby to zaparcia się, a nawet wyrzeczenia swojej wiary? Tej głębokiej i mocnej ufności, że do samego końca jesteśmy w dobrych rękach naszego Niebiańskiego Ojca!

Bo przecież tak nie jest, abyśmy miały i mieli zawieść i siebie, i Istoty Duchowe tchórząc w tej tak ważnej chwili naszego życia, gdyż na progu następnego jego etapu, równie istotnego jak ten poprzedni, ponieważ cały czas kroczymy naszą drogą ku doskonałości. I bez względu na to, którędy i jak ona prowadzi, to cały czas wiedzie do jednego i tego samego celu, wiodąc przez różne wymiary naszego bytowania, istnienia. A tylko od nas samych zależy, czy na tej drodze chcemy pozostać i na niej się utrzymać, gdyż schodząc z niej skazujemy się na nie byt, czyli śmierć. Tak, na śmierć, ponieważ w takim przypadku dusza jednak umiera, kończy ostatecznie swoje istnienie.

I rzeczywiście, oprócz bojaźni Bożej, tej bojaźni jak i pełnego przeświadczenia, że Stwórca ma pełną władzę nad nami, gdyż tak jak nam sprzyja i nas kocha, to tak samo może nas srogo doświadczyć i dać porządna nauczkę, jaką sobie zapamiętamy na długo, na bardzo długo, bo nie tylko na całe życie, lecz i na jego siedem wcieleń. Tak więc lepiej dla nas samych o tym pamiętać. żeby przypadkiem nie popaść w pychę, zarozumiałość, przerośnięte ego, wyolbrzymione ponad miarę własne „ja”, czy choćby jego najmniejszy ślad.

Dobrze wiemy jak mamy żyć i to nie tylko teraz, w tym obecnym świecie, w tej naszej rzeczywistości, lecz na zawsze. Życie zaś nie oznacza samego mówienia ani nie polega na wypowiadaniu tylko słów, lecz głównie na działaniu, na odpowiednim postępowaniu na co dzień, w każdej chwili naszego wspaniałego życia, bo jaki jego przebieg cały, to i takie też będzie jego zakończenie w tej przejściowej rzeczywistości, do jakiej przecież nie można się tak znowu przyzwyczajać, od niej uzależniać, a tym bardziej bać się jej utraty, bo to tylko nasz chwilowy świat, gdyż czeka nas ten właściwy i wieczny, do jakiego wcześniej czy później wszyscy udać się musimy. I nie ma przed tym żadnej ucieczki, A jak do tej podróży się przygotujmy, to już zależy tylko od nas samych.

Wracając do różnych postaci strachu, to może być on wywołany groźbą zaistnienia wielu rzeczy, jakie mogą na nas spaść jak grom z jasnego nieba. Przecież środki masowego przekazu prześcigają się w straszeniu nas głodem, wojną, klęskami żywiołowymi, ogólnoświatowym ociepleniem, kryzysami gospodarczymi, politycznymi, różnymi podbojami, (głównie przez inne cywilizacje z Kosmosu), różnymi plagami, chorobami i nie wiadomo czym jeszcze. No po prostu aż strach żyć. Tak więc to programowanie, kierowanie ludzi na określone tory myślenia, nastawianie naszych myśli, żeby się bać wszystkiego, a nawet własnego cienia trwa w najlepsze.

(Tutaj głównie telewizja cały czas nadaje zakłamany, czyli programowany obraz rzeczywistości. Taki, jaki by chcieli, żeby był na co dzień i wszędzie).

Tylko w jakiś dziwny sposób, bo jakby na komendę i zobowiązani jakąś zmową milczenia wszyscy pomijają to, co najważniejsze w tym wszystkim. Mianowicie podlegamy przemianie wynikającej ze zmiany Energii. Energia trzeciego wymiaru ustępuje miejsca Energii czwartego wymiaru. A Czas tylko w tym pomaga, bo sam również jest Energią. No i tutaj można sobie zadać pytanie: „czy aby czas pracuje na moją korzyść?”. A jeśli tak, to czy wystarczy, żeby od dzisiaj, albo od wczoraj mi sprzyjał?

Zresztą, zmagania ze strachem i z różnymi lękami wymagają ciężkiej pracy nad sobą i potrzebują właśnie czasu, dłuższego lub krótszego, lecz zawsze ten czas jest na wagę złota.

Kiedyś, w latach jeszcze szkoły powszechnej, inaczej podstawowej, rozpleniło się coś takiego, jak tak zwani „gitowcy”, czyli „git ludzie”. To była istna plaga. Panoszyli się po podwórkach, boiskach, lali i tłukli kogo tylko chcieli, a przy tym nie tylko okradali kogo się tylko dało. Naznaczali się różnymi tatuażami, nacinali przedramiona nożami, więc nic przyjemnego. Byli stałymi bywalcami poprawczaków i więzień. Pewnego razu przypałętali się na szkolne boisko. Akurat tak się złożyło, że również tam byłem, a co gorsza miałem swój rower. Był już bardzo wysłużony, ale jeździł.

„Gitowców” przyszło dwóch. To było po lekcjach, a na boisku zaledwie kilkoro dzieci. Same szkraby. Jeden z gitowców od razu położył swoje łapy na moim rowerku i już chciał mi go zabrać, jednak jego opłakany wygląd i stan techniczny skutecznie zniechęcił starszego ode mnie chłopaka, żeby mi go ukraść. Oczywiście o czynnym sprzeciwie z mojej strony nie mogło być mowy, bo jak by się nawet udało takiego zbić i się obronić, to następnego dnia miało się już na głowie całą zgraję takich „przyjemniaczków”. A on zauważył jeszcze pompkę do roweru. „Sprzedam ją”. Rzucił krótko do mnie, sprawdzając przy tym, jak działa. Robiło się to w bardzo prosty sposób. Wystarczyło kciukiem zatkać wylot powietrza, a drugą ręką popychać rączkę połączoną z tłokiem pompki. „Też jest popsuta”. Powiedziałem próbując ją ocalić. Sama pompka rowerowa zaś też jak na zawołanie zaczęła przepuszczać powietrze, to znaczy jej uszczelka była nieszczelna, co objawiało się stawianiem przez tłok małego oporu i małym ciśnieniem powietrza na wylocie pompki.

Chłopak zniechęcony tylko mi ją oddał i w końcu sobie poszli. Jednak uraz w moim umyśle pozostał, chociażby ten, że mogli mnie okraść a ja byłem bezsilny. (Teraz to wiem, że sam to jestem bezsilny, ale mając Opiekę, to już co innego). Wkrótce potem, może tydzień później, jak niemal każdego dnia uganialiśmy się za piłką, czyli graliśmy w „gałę”. Nagle ktoś rzucił: „gity idą”. Jak tylko to usłyszałem, to tak się przestraszyłem, że z miejsca powiedziałem: „idę do domu”, na co jeden kolega z mojej drużyny od razu się na mnie wydarł: „nie bój się!”. „Graj!”.

Rzeczywiście, tym razem mogłem być spokojniejszy, bo ten, który mnie skrzyczał był przez tych gitowców znany i go nie ruszali, nie nękali go. Zdaje się, że miał z nimi jakieś powiązania, ale sam gitowcem nie był. Tak przynajmniej mi się wtedy wydawało. Mimo to i pomimo jego wrzasku, żebym się nie bał i grał dalej szybko wsiadłem na rower i już mnie nie było. Po prostu bałem się ponownego spotkania z tymi „przyjemniaczkami” oraz ich niecnych zamiarów. Przestraszyłem się, że tym rzazem to jednak mnie okradną.

I na tym właśnie polega ten strach. Jak coś sobie ubzduramy, to ogarnia nas przerażenie, jakie najczęściej prowadzi do jeszcze większego nieszczęścia, ponieważ powodowani lękiem wpadamy z przysłowiowego deszczu pod rynnę. I na tej zasadzie to działa, o czym doskonale wiedzą nasi prześladowcy, możni tego świata, inaczej wyznawcy śmierci i swego kamrata, jakiego sobie wymyślili. Oni już wiedzą jak trafić, uderzyć w słaby punkt człowieka, jakim jest umysł. Bo skoro nie mogą nam zaszkodzić, bo nie mogą (o tym za chwilę), to zwyczajnie robią to tak, że same i sami ich w tym wyręczamy. Tak, to właśnie nikt inny jak tylko my działamy na własną szkodę! Same i sami zastawiamy na siebie śmiertelną pułapkę, z której już nie ma wyjścia, bo najczęściej jest po prostu za późno. A tą pułapką jest nasz umysł. I to jest ta najbardziej wrażliwa istota naszego jestestwa. Nie pozostaje nam więc nic innego, jak zmienić to na naszą korzyść.

A działa to tak, otóż - niektóre osoby zwykły mówić: „ja to mam pecha, bo ciągle coś złego mi się przytrafia”. Innymi słowy, dochodzi tutaj do ciągłego wytwarzania ujemnej, niekorzystnej energii. (Energii negatywnej). Takie osoby ciągle się programują, same się nastawiają, że wszystko idzie im źle, więc to tylko kwestia czasu, kiedy jakieś nieszczęście znów im się przytrafi. A kiedy tak się staje, to mają tym większe przeświadczenie o swoim „pechu”. I tak koło się zamyka. Podobnie jest ze strachem. Kiedy nakręcamy sobie taką spiralę strachu, to tak, jakbyśmy założyli sobie pętlę na szyję. Bezmyślnie i ślepo dajemy się prowadzić tym „macherom”, reżyserom tej zakłamanej rzeczywistości w stronę prawdziwego zagrożenia. A kiedy tam się znajdziemy, to już jest za późno, bo ono właśnie nas już dopadło. Takim sztandarowym tego przykładem są szczepienia.

Jak już damy się nastraszyć i zastraszyć, a potem zaszczepić, no to wtedy zaczynają się choróbska i zdrowie się sypie na całego. Tutaj trzeba nadmienić, że każde, ale to każde bez wyjątku płatne ogłoszenie w środkach masowego przekazu, (Internet, prasa, radio, telewizja), dotyczące zdrowia, wyżywienia, opieki lekarskiej jest skierowana przeciwko nam. No chyba, że akurat dotyczy jakiejś naprawdę zdrowej żywności, na przykład miodu albo ziół, jednak nie pamiętam, kiedy ostatnio na taką się natknęliśmy. A najgorsze to są (oprócz tak zwanych „lekarstw”) środki przeciwbólowe, szczepionki, wszelkiego rodzaju zapachy rozpylane w domu czy samochodzie, wiele środków zmiękczających do prania, środki czystości no i przede wszystkim kosmetyki. (A przy okazji: dobry kosmetyk to taki, jaki można zjeść). Nie mówiąc już o wysoce przetworzonej żywności, a na pierwszym miejscu przesłodzonych napojach gazowanych. (To już po prostu istna trucizna).

Oczywiście, nie można przy tym popadać w skrajność i niczego nie dotykać, nie jeść ani pić, bo nawet sama woda pitna do spożycia bardzo często już się nie nadaje, no ale przecież nie można dać się zwariować. I tutaj właśnie tkwi sedno sprawy. Silny umysł! Tak, po prostu - odporność umysłu na takie podprogowe i niskie zagrywki możnych tego świata. Postępować odwrotnie do tego, co tak nachalnie się nam wtłacza do głowy. Kupować na raty - nie, odłożyć, albo kupić tańsze używanie. Jeść na ulicy jakieś szybkie dania - nie, przyrządzać sobie potrawy w domu. Picie alkoholu - no, może od czasu do czasu, ale naprawdę niewiele, bo zawsze lepsze ziółka, grzybki tybetańskie lub inne tego rodzaju napitki. Wyjątkiem są oczywiście własne winka czy inne nalewki. (Pamiętam tę z orzechów włoskich, jaką robiła moja mama… Szkoda, że wtedy byłem jeszcze taki młody i nie chciałem zbyt często jej kosztować…)

Przykładów można by mnożyć, jak chociażby nie ubezpieczać się, bo to naprawdę pieniądze wyrzucone w błoto. Dlaczego? Jest kilka ważnych powodów. Trzeba zacząć od tego, że WSZYSCY, ale to wszyscy bez wyjątku mamy ciągłą pomoc i opiekę z Wysokości. Każda osoba posiada swego Ducha Opiekuńczego, inaczej Anioła Stróża, który czuwa nad nami przez cały czas. A kiedy tylko zachodzi taka potrzeba, bo akurat dzieje się coś nadzwyczajnego albo wyjątkowe okoliczności tego wymagają, to przychodzi odpowiednia Istota Duchowa, co jest w stanie pomóc w szczególnych przypadkach, w jakich Duch Opiekuńczy mógłby sobie nie poradzić.

A zatem tutaj oprócz WIARY w taką Niebiańską Opiekę należałoby się wykazać i odpowiednim rozumieniem właściwego porządku rzeczy. A zatem jestem bytem lub wcieloną istotą duchową, która JUŻ WCZEŚNIEJ, bo w Świecie Ducha ustaliła swój pobyt na Ziemi, swoje życie w ciele, w materii, więc nie ma takiej siły na tym świecie ziemskim, żeby temu przeszkodzić albo temu zaszkodzić.

To, co każda dusza SAMA sobie przeznaczyła, to będzie miała. A jak wiedzie przyzwoite i porządne życie, to tym bardziej jest ono wtedy lepsze. Z książki „Znak Czasu” utkwiło mi w pamięci i takie zdanie: Myśli to słowa, słowa to czyny, czyny zaś to los człowieczy, który jest jego przeznaczeniem. Nie jest to zdanie przytoczone słowo w słowo, ale prosimy zwrócić uwagę: myśl jest początkiem, od myśli wszystko się zaczyna i od niej tak wiele zależy. (O ile nie najwięcej).

A myśl to nic innego, jak i odpowiedni stopień poznania. Myśl, to wzniosłe rozumowanie, to praca nad sobą i swojego rodzaju karność, posłuszeństwo, czystość.  (Oczywiście myśl to również energia, moc sprawcza). Jak na przykład miałem kłopoty z niesfornymi, głupimi myślami, których za wszelką cenę chciałem się pozbyć, to zacząłem sobie powtarzać: „Wszystkim brzydkim, głupim, niskim i złym myślą brak do mnie dostępu”. I pomogło.

Proszę przy tym zauważyć, że w tym zdaniu nie ma żadnego przeczenia, jak choćby: „nie mam złych myśli”. Chodzi o to, że dla umysłu słowo „nie” ma znaczenie czegoś urojonego, nierzeczywistego. Dla niego słowo „nie” to czysta abstrakcja, ono nie istnieje. Słowo „nie” umysł po prostu odrzuca i pomija. A zatem takie zdanie: „nie mam złych myśli” dla naszego umysłu brzmi następująco: „mam złe myśli”. Prosimy o tym pamiętać. To jest niezwykle ważne. Dlatego to mówimy sobie: jestem silna/silny i zdrowa/zdrowy. (A nie: „Nie jestem słaba/słaby i nie jestem chora/chory”, bo to jest olbrzymia i zasadnicza różnica).

I dlatego właśnie nasi prześladowcy i sługusy tego chorego systemu cały czas ogromnie dbają o nasze umysły, lecz jedynie w tym złym znaczeniu. Nie chcą, byśmy wiedzieli za dużo a zwłaszcza, byśmy potrafili w pełni nasz umysł wykorzystywać dla rzeczy dobrych, tak własnych jak i innych, i całej Planety.

Tak więc nie ma co słuchać tych różnych bzdur (których wylęgarnią jest głównie telewizja), i które ludziom próbują wkładać do głowy wszyscy ci, co należą do śmierci (czyli umarlaki albo trupiarze), bo sami są już umarli za życia, ci wszyscy możni tego świata oraz wszyscy ich poplecznicy, klakierzy. Wyznawcami Życia to oni wcale nie są, bo życie na każdym kroku zwalczają, niszczą szerząc właśnie śmierć i nieistnienie. A skoro oni sami należą do śmierci, a śmierć nie istnieje, gdyż Życie ją pokonało, to wyznawców śmierci też nie ma, bo razem z nią odeszli. Sami więc skazali się na nie byt.

Jednak korzystają z każdej okazji, bo to właśnie oni sprawiają, że strach towarzyszy nam od najmłodszych lat. Jeszcze z przedszkola zapewne pamiętamy piosenki i zabawy mające go jeszcze spotęgować. Na przykład: „stary niedźwiedź mocno śpi. Na palcach chodzimy, bo się go boimy. Jak się zbudzi to nas zje!”. I jeszcze jedna: „gąski, gąski do domu. Boimy się!. Czego? Wilka złego”. (W dodatku jeszcze ten język angielski, bo wyspiarze co drugie zdanie zaczynają od stwierdzenia: „obawiam się”…) Nie ma się zatem co dziwić, że wyzbycie się strachu, pokonanie, przezwyciężenie różnych obaw czy lęków niekiedy może być trudne, lecz z całą pewnością jest możliwe. Strach jest pewnego rodzaju ułomnością, z jakiej można się wydostać pracując nad sobą. Trzeba tylko chcieć. Wystarczy na przykład zwalczyć w sobie przesądy, zabobony. Prosta sprawa. W moim przypadku dane mi było wyleczyć się z tego jeszcze w szkole powszechnej. Jasne, kosztowało to sporo pracy i nawet dziecięcej odwagi, jednak najważniejsze jest całkowite wyzbycie się tych głupot.

Ale tutaj muszę się otwarcie przyznać, że samemu nie zawsze mi się to udawało, czyli to zwalczanie w sobie strachu. W pracy wiele razy zdarzało mi się myśleć, wręcz bać się, że wykonanie określonej czynności, wypełnienie jakiegoś zadania przerasta moje możliwości. Z miejsca wszystko czarno widziałem i byłem przekonany, że wszystkie sprawy z tym związane muszą się potoczyć w jak najgorszy sposób. Jednak jakimś pięknym zrządzeniem losu nagle wszystko zaczynało układać się bardzo dobrze oraz iść tak gładko, że aż chciało się śpiewać. Lęk przed zawaleniem danej sprawy szybko ustępował, zresztą tak samo jak i mroczne myśli z tym związane.

Oczywiście trzeba umieć rozróżnić pewne rzeczy, należy zdać sobie sprawę z tego, w jakich czasach przyszło nam teraz żyć. Mianowicie nikt tutaj nie namawia do jakiejś walki z wiatrakami. Nie da się iść pod silny wiatr. Z nawałnicą chorego systemu nie ma się co mocować. Pomimo Opieki Duchowej, jaką mamy nie można beztrosko narażać się na niebezpieczeństwo. Rozwaga i trzeźwa ocena rzeczywistości w dzisiejszych czasach jest jak najbardziej wskazaną. Na siłę nie ma co zwalczać tego całego zła, jakie wokół na dobre się rozpanoszyło.

Jeszcze w szkole średniej cały czas przychodziło mi na myśl, że nie ma co wychodzić na ulice, brać udziału w „zadymach” i walczyć z milicjantami, ani bić się z ZOMO. Niektórych kolegów z klasy ponosiło i zajmowali się rozpowszechnianiem ulotek. Jeden nawet je rozrzucał z kina Moskwa i został złapany przez „stróżów prawa”. Co do mnie, to jedyną moją „działalnością wywrotową” było noszenia znaczka z napisem „Solidarność”, no i chodzenie do jednej klasy z chłopakami od ulotek. Nawet opornika sobie nie przypinałem do ubrania.

Ciągle byłem przeświadczony o możliwych zmianach, lecz na poziomie umysłu. Dane mi było widzieć, i to całkiem wyraźnie, jak inny sposób myślenia wpływa na poprawę naszego świata. Wystarczyłoby, żeby ówcześni komuniści, politycy uznali racje robotników, czyli zwykłych ludzi i dali by im żyć po ludzku. Uczciwa praca to i uczciwe za nią wynagrodzenie. Prawdziwa samowładność i pełne uniezależnienie od jakiegokolwiek innego kraju, rządu i sił politycznych, religijnych albo wojskowych.

Ale niestety, ludzki umysł został zawładnięty przez ciemne moce i ciągle jest na usługach zła. Wtedy jeszcze tego nie rozumiałem. Nie byłem też świadomy wielu prześladowań i zbrodni dokonanych na zwykłych ludziach, a także na tych, co w czasie wojny walczyli w obronie Polski, lecz nie pod znakiem czerwonej gwiazdy. Potem było strzelanie do robotników, również i u naszych sąsiadów. Zabijano się w Czechach i na Węgrzech.

Kiedy po latach dowiedziałem się o tym, to poczułem się oszukany, jakby zubożony. To było tak, jakby ktoś pozbawił mnie jakiejś ważnej cząstki życia. Z drugiej zaś strony ta nieświadomość dawała beztroskę młodzieńczych lat. Nawet przestroga mamy, żeby za dużo nie żartować sobie z komunistów zupełnie do mnie nie docierała. A to dlatego, gdyż nie wiedziałem tego co ona, do czego była zdolna ta służba bezpieczeństwa, ile cierpienia i okrucieństwa potrafiła zadać.

Tak samo musiał być nieświadomy Wieńczysław, mój serdeczny kolega ze szkolnej ławki. Jednak nie przeszkodziło mu to w bardzo surowym potraktowaniu swego ojca. Pamiętam jak pewnego dnia, kiedy czasy w Polsce były niespokojne, a było to niedługo przed wprowadzeniem stanu wojennego, jego tata (należący do PZPR - partii socjalistycznej) poprosił go o sprawdzenie, czy drzwi ich mieszkania są dobrze zamknięte. Powiedział to pełen obawy, nawiązując do tragicznych wydarzeń na Węgrzech z lat pięćdziesiątych. (Wtedy komunistów wieszano na latarniach). A gdy jego syn to usłyszał, to od razu odparł: „Trudno, jak się naważyło piwa, to trzeba teraz je wpić”. Jak to usłyszałem, to zamurowało mnie w stopniu nie mniejszym niż jego ojca. Jeszcze tylko mama Wieńczysława wyraziła swoje oburzenie, ale co sobie myślał, to był już powiedział. On zawsze był już taki bezpośredni…

Podsumowując można by stwierdzić, że wskazane jest unikanie pełnej przynależności do tej zakłamanej rzeczywistości. I dobrze by było przestać się też w pełni od niej uzależniać.

Na przykład zamiast leczyć się jakąś paskudną chemią lepiej stosować skuteczne zioła i przezornie zapobiegać różnym choróbskom zdrową, pełnowartościową żywnością. Unikać chemii na każdym kroku, a zwłaszcza tej w pożywieniu. Jasne, jak najbardziej, to wymaga i pracy, i poświęcenia. Bez wysiłku nie ma wyników. Można korzystać ze zdobyczy technicznych, takich jak samochodów, telefonów przenośnych, „maszobów”, czyli maszyn obliczeniowych, inaczej komputerów, czy tam jeszcze innych jakichś wynalazków (cyfrosprzętów), ale nie uzależniać się od nich do tego stopnia, żeby bez nich nie dało się już żyć.

A jeśli chcemy walczyć ze złem, to lepiej ze złem nie tego systemu, lecz tym własnym, wewnątrz każdej i każdego z nas. Tutaj dopiero mamy szerokie pole do popisu… Dbajmy o siebie i swoich najbliższym, pielęgnujmy piękne więzi rodzinne, nie tylko z tą ziemską, ale przede wszystkim z tą Duchową Rodziną. Bądźmy prawdziwymi przyjaciółmi dla siebie i przestańmy marnotrawić swoje zasoby - zarówno te duchowe jak i materialne. Bądźmy uprzejmi dla siebie nawzajem, choćby dla tego niemiłego sprzedawcy w sklepie, albo opryskliwej urzędniczki. A wtedy wielokrotnie będziemy zaskoczeni tym, co się wydarzy. To są takie niespodzianki, co łatwiej wyzwalają uśmiech na naszej i nie tylko naszej twarzy. Naprawdę warto podjąć ten trud takiej walki ze złem, tym złem, które mamy w swoim bezpośrednim zasięgu, tym złem międzyludzkim, złem człowieczym, złem dzielącym, poróżniającym, robiącym z nas wrogów. Z jednej strony jest to trudne, wymaga sporego wysiłku, z drugiej zaś przychodzi z jakąś zaskakującą łatwością. Zresztą, wszystko jest trudne zanim stanie się proste. A żeby się o tym przekonać, to wystarczy zwyczajnie zacząć działać i tyle.

A tak w ogóle, to straszyć to my, a nie nas, bo to ich los jest pożałowania godny i to ze wszech miar - w najwyższym stopniu. Ich postępowanie wiedzie ich na prawdziwą śmierć, na tę drugą, bo śmierć duszy - straszną i nieodwracalną. To oni sami skazują się na nie byt, na nie istnienie i na wieczne zatracenie. Skazują się na nicość, z której nie ma już żadnego powrotu. A skoro tak, no to mają czego sami chcieli, mają to, o co sami tak zabiegają. Zbierają co sami zasiali, czyli śmierć. A nam jest przeznaczone Życie, Zycie szczęśliwe. Może jeszcze nie w tym wcieleniu, ale wszystko zmierza ku poprawie i to wyraźnej poprawie dla takich ludzi, którzy dobro w sercu swym mają.

I na sam koniec można tylko stwierdzić, że Moc Wysokości jest z nami, wspiera nas i nas chroni. Moc Wysokości jest wieczna i niepokonana, niezwyciężona, więc żadne inne siły jej nie przemogą, a zwłaszcza te niskie, które stąd odchodzą i niedługo już wcale ich tu nie będzie. Szukajmy tego co wieczne, co uduchowione i wzniosłe, tak jak i nasze myśli powinny być kierowane wysoko. „Z kim się zadajesz takim się stajesz”. Lekkość ducha, nadzieja lepszego jutra, ufna pewność oraz otucha pozwalają przechodzić ponad przeciwnościami dnia codziennego. „Bądź mężny i dzielny” - mówi Biblia. Świat Ducha niechętnie zajmuje się mazgajami, marudami, beksami. Pokaż swoją wartość i miej poczucie własnej wartości. Bądź wolna i wolny, i wiedz, jak z tej wolności korzystać. A wolność to wybór swojej przynależności, to wybór Życia, to pełna przynależność do Ojca Stworzyciela, Jego Synów i Córek. Stańmy się Ich przyjaciółmi, bo naprawdę warto.