sobota, 28 maja 2016

Wpis 7. Niech żyje rzemiosło i rękodzieło - prawdziwe arcydzieło!

Prawdopodobnie większość z nas miała tę prawdziwą przyjemność spróbowania kiedyś jakiegoś smakowitego przysmaku domowej roboty, zachwycając się nim i wychwalając jego niezaprzeczalne a liczne walory - smak, wygląd, zapach, podkreślając jednocześnie jaki jest zdrowy i pożywny, dzięki użyciu naturalnych składników i braku konserwantów, ulepszaczy, chemicznych dodatków smakowych i barwników (oczywiście „identycznych” z naturalnymi). Wiele też razy, będąc dziećmi, słyszeliśmy rozmowy rodziców o jakimś solidnym wyrobie rzemieślniczym codziennego użytku, z jakim nie może się równać żaden fabryczny. A teraz, będąc dorosłymi, też nam się zdarza (niestety coraz rzadziej) wychwalać jakiś przedmiot z racji jego wysokiej jakości i porządnego wykonania. Można powiedzieć, że większość obecnej produkcji, to nie to samo co solidna rzemieślnicza robota sprzed lat. A sama jakość tego wszystkiego, co się dzisiaj produkuje, pozostawia bardzo wiele do życzenia.
.

Czasem można odnieść nieodparte wrażenie, że ta współczesna produkcja jest obliczona i ukierunkowana na wytwarzanie jak największej ilości śmieci, których zadaniem jest zaśmiecanie, zatruwanie i uśmiercanie Matki Ziemi, jak również i nas samych. Do nabrania takiego podejrzenia skłania fakt niepohamowanego wręcz upowszechnienia i wykorzystywania na szeroką skalę najróżniejszych technologii bardzo szkodliwych dla środowiska naturalnego. Jeździmy samochodami trując spalinami. Korzystamy z telefonów przenośnych pozbawiając się zdrowia i uśmiercając owady. Kupujemy żywność w opakowaniach jednorazowych, jakie potem zakwaszają ziemię, a także milionami ton trafiają do mórz i oceanów. Kupujemy rzeczy, produkcja których okupiona jest cierpieniem i śmiercią zwierząt. Obojętnym stało się dla nas powolne uśmiercanie tej Planety w imię zdobywania „dóbr” codziennego użytku, w czym żądza pieniądza paląca żywym ogniem skutecznie nam pomaga.

Doszło więc do tego, że wszędzie tam, gdzie tylko pojawia się ta szeroko rozumiana cywilizacja, ma miejsce zniszczenie i śmierć. Przecież to „cywilizacja” powoduje wycinanie lasów, budowanie betonowych pustyni miast, wylewanie bitumicznej mazi wstęgą szos i dróg, a także oplatanie Ziemi pajęczyną kabli i siecią przeróżnych fal radiowych, telewizyjnych i nie wiadomo jeszcze jakich. W dodatku przybywa cmentarzysk fabrycznie nowych samochodów oraz budowane są nowe miasta widma z budynkami mieszkalnymi, użytku publicznego, biurowcami, ulicami ładnie pomalowanymi i w dodatku z pełnym oświetleniem. Brakuje tylko nieodzownych reklam. A jakby tego było jeszcze mało, to najróżniejsze satelity zaśmiecają coraz bardziej naszą najbliższą przestrzeń kosmiczną.

I tak oto - w rytmie częstotliwości najróżniejszych fal, wysyłanych przez wszelkiego rodzaju urządzenia (to prawdziwy cud, że jeszcze od tego nie świecimy) - monotonnie toczy się to nasze „nowoczesne życie”, które pozbawia nas obszarów, na jakich występują gleby najwyższej klasy i najbardziej żyzna ziemia. A tym samym takie „życie” pozbawia nas zdrowej żywności, żywej wody, czystego powietrza, a w końcu zdrowia i samego istnienia. Bez najmniejszych przeszkód postępuje lawinowo zasklepianie porów Ziemi - żywego organizmu, który coraz gorzej to znosi. (Do czasu).

Głęboko w pamięć zapadła mi pewna kreskówka, jaką dane mi było obejrzeć będąc jeszcze dzieckiem. Jej bohaterem był mały bobas. Nudził się w pustej przestrzeni i nie miał swojego domu. Nagle jego oczom ukazała się cudowna, Rajska Planeta. Cała była spowita piękną roślinnością i obfitowała w wiele dorodnych, wspaniałych i dojrzałych owoców. Bobas popędził do niej najszybciej jak mógł, a ona powitała go z otwartymi ramionami, jak swojego najbardziej dostojnego i wyczekiwanego gościa. Dała mu schronienie i pożywienie.

Jednak ta beztroska harmonia nie trwała zbyt długo. Nasz bohater niespodziewanie odkrył inne przeznaczenie winogron. Całymi garściami wyciskał z nich sok, napełniając nim butelki, z których bez umiaru raczył się młodym winem. A kiedy był pijany, rzucał pustymi butelkami po całej Planecie, które z miejsca zamieniały się w fabryki z dymiącymi kominami oraz w zatłoczone samochodami autostrady, ziejące spalinami. Nie zwracając na to najmniejszej uwagi a znajdując się w ślepym amoku upojenia zdradliwym napojem, co przy zachowaniu umiaru wcale takim nie jest, zapamiętale i na oślep ciskał dalej butelkami w różne strony swego domu, plugawiąc go i zanieczyszczając niemiłosiernie. A Planeta, co niegdyś tak piękną przecież była, zmieniła się teraz nie do poznania. Nie było już ani śladu po jej bujnej roślinności ani po wspaniałych owocach, co na niej rosły w takiej obfitości. Wszędzie tylko bród i spaliny. Długo tego nie wytrzymała. Korzystając z pierwszej dogodnej okazji natychmiast porzuciła małego bobasa i czym prędzej uciekła.

Kiedy po bezmyślnym zamroczeniu alkoholem maluch w końcu odzyskał świadomość i dotarło do niego, że znów jest sam na tym świecie, natychmiast rozpoczął poszukiwania swojej tak pięknej kiedyś dawczyni życia. Sporo czasu upłynęło nieodpowiedzialnemu brzdącowi na daremnym szukaniu. Aż pewnego razu, gdzieś wśród odległych chmurek dojrzał tę samą Planetę.

A gdy ona tylko dostrzegła, że znów się do niej zbliża, zaczęła przed nim szybko uciekać i czym prędzej się chować, bo znów była piękną i dorodną jak na początku opowieści i dobrze zapamiętała ogromną krzywdę wyrządzoną jej przez tego małego człowieczka. Jednak bobas nie dawał za wygraną i wytrwale za nią podążał. W końcu Planeta dała za wygraną i pozwoliła mu się dogonić. Maluch nie posiadał się ze szczęścia i radości. Serdecznie objął Planetę i z dziecinnym uśmiechem, a także ze wzruszeniem i troską na swojej buzi mocno się do niej przytulił, jakby chciał ją zapewnić, że teraz wie doskonale jak swoją Rajską Planetę traktować, żeby tak okrutnie więcej jej nie skrzywdzić…

Czy same i sami wykorzystamy tę szansę, żeby się poprawić i naprawić wszystkie, tak liczne krzywdy, wyrządzone Matce Naturze i Matce Ziemi?

Czas najwyższy, ponieważ jak na razie, to zatrzymaliśmy się na wykorzystywaniu trujących technologii oraz na prymitywnym pozyskiwaniu energii z paliw kopalnianych. Cywilizacja, jaką tak bardzo lubimy się szczycić, to nic innego jak koszmarna plaga rozlewająca się bez opamiętania po całej Ziemi w imię „postępu i dobrobytu”, a tak naprawdę w imię niewolniczego i głupiego, słabego i zapatrzonego służalstwa bożkowi tego świata, potężnemu dzięki nam pieniądzu. I dopóki nie straci on swojego tymczasowego panowania, to w dalszym ciągu będziemy tkwić w tym całym bałaganie.

Odeszliśmy od Natury. Zapomnieliśmy o jej świętych prawach, depcząc je na każdym kroku swego „rozwoju cywilizacyjnego”. Uśmiercamy świat fauny i flory, nie oszczędzając przy tym wody, powietrza i ziemi, bo także i je uśmiercamy, a ostatecznie i samych siebie. Ta prymitywna cywilizacja, jaką nieporadnie zbudowaliśmy z karłowatych myśli poddanych żądzy władzy pieniądza, stała się przede wszystkim mrocznym narzędziem zniszczenia i jest niczym szalejąca zaraza uśmiercająca wszystko dookoła. Jest jak robak drążący zdrowy, dojrzały owoc, jakim jest ta cudna Planeta.

Wszędzie tam, gdzie pojawia się „cywilizacja” dochodzi do zachwiania, a wreszcie i do zniszczenia naturalnego stanu równowagi. Betonem i asfaltem zasklepiamy pory żywego organizmu, jakim jest Matka Ziemia. Dusimy ją spalinami samochodów i wyziewami śmiercionośnego przemysłu, przede wszystkim petrochemicznego. Jesteśmy współwinne i współwinni tej straszliwej zbrodni, ponieważ posługujemy się wszystkimi szkodliwymi dla Natury technologiami, z których tak ochoczo i z wielką uciechą korzystamy. Żeby daleko nie szukać wystarczy podać przykład tak powszechnych i „nieodzownych” telefonów przenośnych - komórkowych.

W imię „lepszego życia” puściliśmy się pędem do miast. Tam miało czekać na nas szczęście i dobrobyt. Jednak masowa ucieczka ze wsi do miast objawia się coraz większą niestrawnością miastowego życia, a raczej marnej egzystencji pozbawionej kontaktu z Naturą. Nastąpił wielki rozrost miast, jaki wydaje się nie mieć końca. Doszło już do takich niedorzeczności, że mało prawdopodobna do niedawna teoria przeobrażenia całego świata w jedno wielkie miasto - betonową pustynię - zaczęła ostatnio stawać się coraz bardziej prawdopodobna. Chyba wszyscy to wyraźnie widzimy, jak podmiejskie miejscowości, nawet te dość odległe od miast, są przez nie wchłaniane, wręcz połykane bez niemal nawet chwilowego zatrzymania lania betonu i asfaltu. Na całym świecie wciąż przybywa wielomilionowych miast. A te kilkunasto, kilkudziesięciomilionowe nie należą już do wyjątków. Tak, „piękny” tworzymy krajobraz i „pięknie” urządzamy całą Ziemię. Z jednej strony sami się do tego przyczyniamy, z drugiej zaś ktoś posługuje się nami w ten właśnie sposób i w sobie tylko wiadomym celu.

I jak zmieniło się nasze życie - z tego wiejskiego na to miejskie - to tak samo uległo zmianie nasze pożywienie - produkowane przez fabryki. Bardziej sztuczne niż naturalne, czyli mniej wartościowe. (Jak samo życie w mieście).

A wystarczy tak niewiele, żeby w łatwy i przyjemny sposób je zmienić - i to raz na zawsze! Bardzo ważnym tego warunkiem jest znaczny postępu techniki i zastosowanie rewolucyjnych odkryć, jakie przed ludzkością cały czas są ukrywane.

Przecież istnieje, a co najważniejsze, to jest już na Ziemi wykorzystywana (na razie tylko przez możnych tego świata) wolna energia. Tak, właśnie ta odkryta przez wspaniałego Nikolę Teslę, jednego z bardzo, bardzo nielicznych prawdziwych naukowców (o ile nie jedynego), jakiemu zależało na dobru całej ludzkości. I na podstawie jego tak licznych odkryć - choćby dotyczących przesyłu informacji w sposób nieszkodliwy dla środowiska naturalnego i dla nas samych - rozpocząć poprawę naszego życia i zacząć je zmieniać.

Na dobry początek wystarczy, że przestaniemy zatruwać wszystko dookoła i siebie nawzajem. Ziemia potrafi się odnawiać i leczyć swoje rany, więc dzięki temu środowisko naturalne szybko odzyska swój właściwy stan i powróci do równowagi.

Następnym działaniem poprawiającym nasze życie, mogło by być powszechne wspieranie wszystkich tych, co produkują zdrową i wartościową żywność. Moglibyśmy masowo ją kupować bezpośrednio od rolników, w małych i miejscowych sklepach, i nie dawać pieniędzy tym wszystkim molochom i korporacjom, jakie później wykorzystują je przeciwko nam, produkując jeszcze więcej i jeszcze gorszej trucizny, jaką potem nam wciskają w przeróżnych ofertach i promocjach za pośrednictwem marketów różnej maści.

I tak jak w żywność, to tak samo moglibyśmy zaopatrywać się i w inne produkty codziennego użytku - meble, ubrania - od rzemieślników, od rodzimych producentów, już bez ciągłego wspierania pasożytów i wyzyskiwaczy, co uśmiercają rodzime rękodzieło i wytwórstwo.

No tak, możemy mieć tutaj wiele powodów, żeby tego nie robić i nie wspierać swoich krajan, bo przecież nie wiadomo, czy mają czyste ręce, czy wytwarzają żywność w higienicznych warunkach, czy ich wyroby są najwyższej jakości i nie zaczną się zaraz psuć. A przede wszystkim wiadomo, że to nie są żadne markowe produkty…

Tak, to wszystko prawda, ale niecała, bo chociaż produkcja przemysłowa jest higieniczna, a nawet sterylna, to zawiera tyle chemii, tyle trucizny, że brudne ręce, gdyby nawet do tego doszło, to jest dosłownie nic w porównaniu z tym całym paskudztwem, jakie mianem żywności w ogóle określane być nie powinno.

A co do jakości wyrobów codziennego użytku, to czy naprawdę te markowe i wszędzie dostępne produkty, są takie dobre? Oj, chyba nie… Wystarczy poczytać sobie komentarze w sieci, o niezliczonych wadach choćby sprzętu elektronicznego i o tym, jak niemal natychmiast po wygaśnięciu gwarancji odmawiają posłuszeństwa. i niechlubne czołowe miejsce w tej kategorii, już od wielu lat zajmuje pewien koreański producent, którego nazwa zaczyna się na literę „S”.

To jest naprawdę jakiś spisek i wielkie kuriozum, że taki partacz zalewa cały świat takim badziewiem, że gorsze trudno znaleźć. W normalnych warunkach zbankrutowałby następnego dnia, a on utrzymuje się na rynku od wielu lat. Ale skoro komuś na tym zależy, żeby tak właśnie było, to nie ma się temu wcale co dziwić.

Wspierajmy zatem naszych zacnych rzemieślników i uczmy się od nich tej wspaniałej sztuki i prawdziwego arcydzieła. Szanujmy ich za przeogromny trud solidnej, ciężkiej pracy i za pielęgnowanie wielowiekowych tradycji wytwarzania cudownych przedmiotów codziennego użytku. Bądźmy im wielce wdzięczni za to, że tak bardzo się trudzą i nie zawsze z tego wiele mają.

A jeśli ich wyroby pozostawiają trochę do życzenia i doskonałymi wciąż nie są, to okażmy im dużo zrozumienia i wspierajmy swoimi pieniędzmi, żeby mogli nabyć lepsze narzędzia, ulepszyć sposoby wytwarzania swoich produktów, a przede wszystkim, by mogli uczyć następne pokolenia swoich godnych następców, co ciągle żywą tę wiedzę tajemną czynić dla naszej wspólnej korzyści będą.

Wracajmy na wieś, na łono Natury. Zamiast blokowisk, mieszkajmy w domkach wśród zieleni i zmieniajmy całą Planetę w jeden wielki, piękny i kwitnący ogród.

Wracajmy do pamiętanego z dzieciństwa mleka prosto od krowy i bochenka własnego chleba, pieczonego na liściach chrzanowych i tak dużego, że jego jedną pajdę można było jeść niemal cały dzień. A smakował jak największy przysmak, który wystarczyło polać gęstą śmietaną i posypać cukrem, lub też jeść z gęstym miodem prosto z ula, żeby niczego więcej do szczęścia już nie potrzebować. (Mnie akurat bardzo smakował chleb ze smalcem i z cukrem. Cała rodzina nie mogła spokojnie na mnie patrzeć jak to jadłem, a dla mnie był to przysmak, co nigdy mi nie zaszkodził).

Wracajmy też do glinianych saganków, misek, kubeczków i drewnianych łyżek. Nośmy ludowe stroje, pięknie wyszywane i szczycące się niezrównanym kunsztem haftów. Powróćmy do naturalnych tkanin, zdrowych i pomagających wyleczyć różne uczulenia. Wspierajmy wszystkich tych, co dzięki pracy własnych rąk uczciwie żyją.

Powracajmy do wspólnego pitraszenia, gotowania i kuchcenia. Razem smażmy konfitury, róbmy owocowe i warzywne weki. Przygotowujmy na zimę kompoty, soki i raczmy się winem własnej roboty. Pieczmy ciasta, dzielmy się na nie przepisami, a do pieczenia własnego chleba zawijajmy rękawy i raczmy się nim jak wykwintnymi delicjami.

Sprawmy, by pieczenie własnego chleba stało się powrotem, stało się połączeniem z wielowiekową tradycją, symbolizującą dobywanie z Natury tego, co najlepsze do życia. Niech będzie to symbol dawania organizmowi takiego pożywienia, jakiego naprawdę potrzebuje i jaki jest dla niego najwartościowszy. Smak domowego chleba pieczonego na zakwasie zawiera w sobie bogactwo tej Ziemi, z której zboże swój plon wzięło. Taki chleb to wiatru dech, Słońca śmiech, radosny ptaków śpiew, padający deszcz - nadzieja i jego szczery szept, a życia dar i wesoły gwar, to człowieczy trud tak ogromny jak jego ród. A zapach tego chleba to jak bezkres istnienia, wolność myśli i ducha uniesienia. To całe i bez końca wytrwanie, a w jedności ze Stwórcą Wszechmogącym przestawanie.

Oto wyjątkowa komunia, zwykła, prosta, podstawowa, a zarazem jakże święta, prawdziwa i doniosła. Jakże nierozerwalna i bardzo spójna, jaka tylko z gruntu tej Ziemi narodzić się mogła, bo nie tylko z tej Ziemi, ale i z tego duchowego fundamentu również, a może przede wszystkim, ponieważ intuicja pozwalała na takie natchnienie, żeby w tym zwykłym chlebie móc dojrzeć Miłości istnienie.

I miłością kierowane i kierowani, a na serca głos czułe i czuli, wspierajmy się pomagając sobie wzajemnie. Niech miastowi ruszą na wieś i uczą się pracy od gospodarzy, a ci niech tę pomoc przyjmą, co prosto z serca jest im ofiarowaną. Wspólnie potem do posiłku na świeżym powietrzu zasiadając, cieszyć się będą z dobrze wykonanej roboty i cieszyć się na myśl o strawie wcześniej przez gospodynie razem przygotowanej, by z wielkim apetytem przy jednym stole zasłużenie ją spożyć.

Wracajmy na wieś, by tężyznę fizyczną poprawić i zdrowie wzmocnić, a z czasem całkiem je naprawić. I do codzienności przywołać to, co tak często pochlebnie o dawnym pokoleniu zwykliśmy mówić, że nasze babcie i nasi dziadkowie, to dopiero było zdrowie - przedwojenna młodzież zawsze dziarsko i zdrowo się trzymała, zawsze sędziwych lat pięknie w zdrowiu dotrwała.

Tylko powrót do Natury, do Źródła jest naszym ratunkiem i warunkiem dalszego istnienia. Jest także nieodzownym i najważniejszym warunkiem dalszego rozwoju ludzkości.

Świat Natury jest tym, z którego się wywodzimy i wzięliśmy swój początek. Matka Natura i Matka Ziemia to Życie. Życie bez swojego Źródła ustaje. Źródło Życia to sam Ojciec Wszechmogący, Stworzyciel Jahwe. Jedynie On jest Dawcą Życia, ponieważ Sam jest i Życiem, i Jego jedynym Źródłem. Nie ma innego. Przebywając w stałym połączeniu ze Źródłem Życia - Energią Najwyższą - zachowujemy swoje życie - teraźniejsze i wieczne.

Tę Prawdę bardzo dobrze zrozumiały inne Cywilizacje pozaziemskie, jakie były w stanie osiągnąć najwyższy poziom rozwoju i stać się doskonałymi. Są w stanie żyć w harmonii z Matką Naturą i w pełni korzystają z niewyczerpanych bogactw naturalnych, a przy tym nie doprowadzają do żadnego, choćby najmniejszego zachwiania równowagi Przyrody. To jest rzeczywiście nie lada sztuka, której my, „cywilizowana” ludzkość, długo jeszcze nie będziemy w stanie dokonać.

Oczywiście, wcale nie chcemy przez to powiedzieć, że jest to niemożliwe. Jak najbardziej jest to możliwe. Zostanie to osiągnięte i wszyscy z takiej wspaniałej wiedzy będziemy czerpać same korzyści. Tylko wcześniej, co jest jak najbardziej zrozumiałe, musimy się wziąć do pracy i posprzątać po sobie ten cały nieład, jaki powstał za naszą przyczyną i stać się bardziej odpowiedzialni, i dorosnąć do odpowiedzialności za Matę Naturę i Matkę Ziemię, żeby się nas nie pozbyła i nas nie pozostawiła. Należycie zadbamy o nasz wspólny Dom.