Ten obraz po raz pierwszy
obejrzałem kilka lat temu. Już wtedy na mojej żonie i na mnie wywarł bardzo
duże wrażenie. Z miejsca byliśmy przekonani o prawdziwości tych wydarzeń, jakie
zostały przeniesione na ekran. Niektóre rzeczy z pewnością zostały ubarwione,
lecz nie zmienia to faktu o przesłaniu jak najbardziej obowiązującym do chwili
obecnej. A zwłaszcza w tych dniach, bo widząc co się dzieje na całym świecie,
to chciałoby się wołać na ludzi od rana do nocy, by w końcu się opamiętali i
poszli po rozum do głowy, po człowieczeństwo do serca. Jednak nie będziemy o
tym szczegółowo pisać. Około miesiąca temu nabrałem ochoty na ponowne jego
obejrzenie. Lubię nastrój tego filmu, w którym razem z głównym bohaterem przemierzamy
różne koleje życia. Koleje życia prowadzące na samo dno osamotnionego zmagania
się z trudami codzienności, a następnie wiodące do odmiany tego życia nie do
poznania. I wcale nie chodzi tu o ukazanie drogi prowadzącej na wyżyny powodzenia
przeciętnego człowieka, jaki ma dużo pieniędzy. Liczy się coś o wiele, o wiele
bardziej ważnego. Liczy się to, że każda osoba, ale to każda bez wyjątku ma
bezpośrednią łączność z Najwyższym Stwórcą, tylko niestety nie jest tego na
ogół świadomą, a to za sprawą… No właśnie, za sprawą kogo lub czego? W sumie to
pytanie można skwitować krótkim „nie wiem”, albo można też zacząć doszukiwać
się tego prozaicznego powodu, w związku z którym utarło się błędne przekonanie,
że tak po prostu jest i nie da się z tym już nic zrobić.
.
I dopóty tak właśnie
myślimy, dopóki nie zajaśnieje w głowie myśl, że przecież wszystko jest możliwe.
A tych wszystkich możliwych rzeczy, jakie się w filmie pojawiają jest aż nadto.
Dla każdego widza jest ich pod dostatkiem, żeby się nimi cieszyć, smakować je i
podziwiać ich cudowne pojawienie się w najbardziej odpowiedniej chwili. I na
tym właśnie polega cud wiary, kiedy na przykład pomoc przychodzi w najbardziej
odpowiedniej chwili, a w dodatku bez najmniejszego działania z naszej strony.
Jak coś dobrego ma się stać, to nie ma takiej siły, żeby w tym przeszkodzić.
Jedyny warunek to nasza wytrwałość do samego końca. A wtedy ten koniec wygląda
o niebo lepiej. I właśnie to najbardziej mi się w tym filmie podoba. Główna postać
tego opowiadania nie wycofała się, nie zawróciła w połowie drogi. Oczywiście
nie byłoby to możliwe bez pomocy Istot Duchowych - to na pierwszym miejscu,
lecz trzeba bezstronnie przyznać jej odważną postawę. I oby zawsze i wszystkim
taka odwaga dotrzymywała kroku w codziennej wędrówce wiary.
I chyba zgodzimy się, że
sama wiara bez uczynków (puste słowa) jest martwą, więc praktyka właśnie ma tę
cudowna siłę sprawczą, byśmy wiarą naprawdę żyli a nie tylko udawali swą
przynależność do żywych, będąc jedynie chodzącymi trupami. Tak, zawsze łatwo
powiedzieć a trudniej to uczynić. Chociaż na dobrą sprawę dla chcącego nic
trudnego. Chcieć to móc, więc żaden kłopot.
A zachętą do tego jest
garść prostych prawd, jakie pojawiają się w filmie. Twórcy nie przesadzili z
nimi. Odpowiednio i z umiarem dodali je we właściwych chwilach tej opowieści. I
złapałem się na tym, że za pierwszym razem nie były one dla mnie tak
przekonujące, jak to się stało przy powtórnym obejrzeniu tego obrazu. Być może
musiało minąć kilka lat i musiał się zwiększyć bagaż życiowych doświadczeń, by te
prawdy móc ujrzeć w zupełnie innym świetle. W każdym razie teraz stały się one
dla mnie bardziej zrozumiałe. Teraz już bardziej mogłem się z nimi utożsamić.
Oto pierwsza z nich: „Sam jesteś twórcą zasad. Miłość jest
wszystkim. …Jednak w dobie troski, wątpliwości czy lęku wolisz o tym
zapomnieć. Powinieneś tylko odpowiedzieć sobie na proste pytanie - co Miłość by
teraz zrobiła”.
Czyż nie brzmi to
nadzwyczajnie? Same i sami ustalamy sobie zasady wszystkiego! Pełna wolność!
Wolność - tak, lecz nie swawola, ponieważ z miejsca otrzymujemy jedną jedyną wykładnię
tego prawa, a jest nią Miłość. Możemy więc dowolnie tworzyć wszystkie zasady, ale
pod jedynym warunkiem pamiętania o Miłości, przestrzegania i zachowania jej w
każdej literze naszego prawa. To właśnie kierując się prawdziwą Miłością,
czystą, ufną, wierną, wzniosłą, nie potrzebujemy żadnych innych wskazań co do
właściwego postępowania i odpowiedniego życia. Jedno jedyne prawo miłości -
szanuj bliźniego swego jak siebie samego i kochaj Ojca Niebieskiego - zawiera w
sobie całe tomy i tony drobiazgowych przepisów prawa administracyjnego,
cywilnego, handlowego, karnego i nie wiadomo jakiego jeszcze.
Spójrzcie jaka to
oszczędność! Tylko i wyłącznie wystarczy znajomość jednego jedynego prawa i
sprawa załatwiona! Nie trzeba się tyle uczyć i zapamiętywać najróżniejszych
kodeksów, ponieważ tak naprawdę są one zupełnie zbędne. Stanowią one jedynie
rozległą i szczegółową podstawę naszego postępowania, na szczycie którego zawsze
powinna być Miłość! Innymi słowy, całe nasze zachowanie jest uwarunkowane właśnie
nią i to w sposób najlepszy i doskonały. A jeśli doskonałymi wciąż nie jesteśmy,
to przecież nic nie stoi na przeszkodzie, byśmy do tej doskonałości zmierzały i
zmierzali. Czyż nie tak postąpiła by właśnie Miłość? Czyżby nie chciała naszego
dobra na równi z dobrem innych?
I podstawowa sprawa,
wyzbyć się strachu. Tak jak teraz, to chyba nigdy wcześniej nie był on obecny tak
wyraźnie w każdej dziedzinie naszego życia. Zresztą możni tego świata już
dobrze o to zadbali. Bardzo umiejętnie się nim posługują, wpędzając nas na
dobre w pułapki bez wyjścia, w porównaniu z którymi ich straszenie jest po
prostu śmieszne.
„Wieść życie bez oczekiwań i potrzeby szczególnych skutków - oto
jest wolność”.
Tak naprawdę, to któż z
nas nie marzy o wolności… Najczęściej im bardziej o nią zabiegamy, im bardziej
jej pragniemy, tym bardziej popadamy w coraz to więcej różnych układów, uzależnień,
zależności. A to co powszechnie wiadomo, że za pieniądze można mieć wszystko,
to właśnie w największym stopniu czyni z nas niewolników. I to takich
ostatnich, bez prawa do wypowiedzenia choćby jednego słowa w swojej obronie.
Życie bez oczekiwań i
potrzeb. Inaczej - bez chorych ambicji i konieczności dokonania wszystkiego za
wszelką cenę, jak również bez zazdrosnej chęci górowania nad innymi i ukazania
całemu światu kto tu rządzi. Prawdziwa wolność to żyć życiem, a nie żadnymi
jego pozorami. Wolność to uchwycenie z tego co proste, co takie zwyczajne szczegółów
prawdziwych wartości i podążanie za nimi. Wolność to dojrzałość i
przeciwieństwo zachcianek. Bycie wolną i wolnym jest jak ulecieć na skrzydłach
zachwytu ponad codziennością. To jest tak jak rodzić się wciąż na nowo i mieć
przed sobą całe życie. Wolność to pełna niezależność, zwłaszcza od ograniczeń
doczesności. Wolność to duchowość.
„Pamiętaj, że jesteś w stałym procesie tworzenia siebie. W
każdej chwili decydujesz kim i czym jesteś. Czynisz to poprzez wybory, które
podejmujesz zależnie od tego kto i co wzbudza twoje uczucia”.
Wzbudzać określone
uczucia, czyli kierować ludźmi. Stajesz się taką osobą, jakimi są twoje
uczucia. Uczucia to energia. Wyzwalasz ją w sobie i albo cię unosi, albo
pogrąża. „Z kim się zadajesz takim się stajesz”. Zadajesz się z takimi, co cię
wykorzystują, więc twoim wyborem jest stawać się taką, takim jak oni. Przeciwnie,
należysz do światła to stajesz się jak ono - ciepłe, czyste, jasne,
przejrzyste. Światło ukazuje wszelkie braki. Kto ma odwagę w nim przebywać
okazuje pokorę, ponieważ zdaje sobie sprawę ze swoich niedoskonałości i dąży do
poprawy. Dążyć ku światłu to znać swoje pochodzenie. Pragnąc wieść życie światłe,
rozumne, to wysiłek ciągłego poznawania, uczenia się. i tutaj nie są ważne
większe czy mniejsze osiągnięcia. Już sam wysiłek podjęcia się tej ciężkiej
pracy nad sobą jest wielkim dokonaniem. Nie ma też z czego się szczycić.
Człowiek rozumny wie, co w życiu należy czynić.
Strach. Tym się nas stale
karmi w tym doczesnym świecie. Władcy ciemności, możni tego świata taką właśnie
energią ciągle nas żywią. Chcą, byśmy same i sami strachem tylko były i byli.
Strach to słabość, strach to przeciwieństwo Miłości. Życie nie posila się
strachem, ponieważ strach jest jego przeciwieństwem, więc jest taką energią,
która odbiera życie. A kiedy strach ma nad nami władzę, to znaczy, że już nie
należymy do żywych, ponieważ możni tego świata mają nad nami pełną władzę i
mogą z nami zrobić wszystko. Mogą i bezwzględnie wykorzystują to przeciwko nam.
Żeby stało się inaczej,
to znaczy byśmy naprawdę stały się - stali się tym, kim rzeczywiście jesteśmy, to
możemy to osiągnąć właśnie poprzez uczucia, uczucia właściwe. Uczucia nie biorą
się z mózgu. Mózg to najczęściej zimne wyrachowanie. To taki ośrodek połączeń
nerwowych, który jest odpowiedzialny za właściwe działanie cielesnej powłoki.
Nic więcej. Uczucia zaś wypływają z serca. Serce to uczucia. Uczucia to my. A
jakie uczucia to takie i serce. Serce jest najważniejsze, ponieważ od niego
wszystko zależy. Kierowanie się sercem to słuchanie się głosu wewnętrznego,
który jest zawsze słuszny. Kierowanie się sercem jest posłuszeństwem człowieczeństwu.
Człowieczeństwu mającemu swój wieczny pierwowzór w Doskonałym Źródle Życia.
„Martwienie się jest cechą umysłu, który nie rozumie faktu
swojej łączności ze Mną”.
Mieć łączność z samym
Stwórcą i już niczego więcej do życia nam nie potrzeba. Tylko niestety, ten
świat, a właściwie ci, co nim jeszcze władają, doskonale zdają sobie z tego
sprawę. Dlatego też czynią wszystko co tylko mogą, żeby tę łączność przerwać na
wszelkie możliwe sposoby. I jak dotąd, co trzeba bezstronnie przyznać, udaje im
się to nad wyraz dobrze. Ale tylko do czasu i na całe szczęście nie ze
wszystkimi mieszkańcami tej Planety byli w stanie to osiągnąć. Cała sprawa polega
jednak na tym, żeby to zmienić.
To wcale nie większość
żyjących tutaj ma wegetować bez łączności ze Źródłem Życia, ale to właśnie
wszyscy mieszkańcy Ziemi bez wyjątku mają powrócić do prawdziwego życia. Tylko
że najpierw trzeba się dowiedzieć, co ono oznacza, a następnie dostrzec palącą
potrzebę, by takie życie wieść. A to jest już kwestią otwartego umysłu.
Można czasem odnieść
wrażenie, że martwienie się to nasza wyjątkowa ludzka zdolność (ułomność).
Martwimy się o wszystko i o wszystkich. Nie ma dnia, żebyśmy się o coś nie martwili.
A same - sami mówimy, żeby się nie zamartwiać na śmierć. Nawet kiedy się modlimy,
to i tak potem się martwimy.
Znam taki przypadek w
mojej rodzinie, że pewna osoba uważająca się za bardzo religijną (ponieważ
codziennie modli się na głos a Biblii nie wypuszcza z rąk, co nie oznacza, że
żyje zgodnie z jej naukami) jest człowiekiem tak małej wiary, że nie stać jej
na odrobinę zaufania Najwyższej Instancji. Najpierw prosi Ją o opieką nad sobą
i swoimi najbliższymi, a potem się o nich martwi, czy nic im się nie stanie w
drodze, na przykład z pracy do domu. Ale żarliwie zapewnia, że każdego dnia samego
Ojca Niebieskiego prosi dla nich o opiekę. A skoro tak, to dlaczego się martwi?
Czyżby akurat tego dnia zapomniała poprosić o pomoc i opiekę? Sam jestem
człowiekiem małej wiary, lecz pracuję nad sobą i staram się poprawić.
Nie ukrywam, że często też
się martwię, na przykład co będziemy jeść następnego dnia albo skąd weźmiemy
pieniądze na opłatę rachunków. Jednak ostatnio brakuje mi do tego już sił. Powoli
przestaję się więc martwić, gdyż w końcu coraz wyraźniej dostrzegam pomoc otrzymywaną
z Wysokości. A jest ona tym bardziej cudowną, ponieważ nadchodzi w najodpowiedniejszej
chwili. Sama pomoc jest już doskonałą, tak jak doskonałą jest chwila, w jakiej
się ona pojawia.
A zatem zrozumieć fakt
łączności z Ojcem Niebieskim, to w tym przypadku umieć posługiwać się umysłem.
Trzeba więc umieć myśleć. Kto nie myśli jest głupcem i jest ślepy. Umieć dostrzec
stałą i niczym nie zmąconą łączność ze Źródłem Życia to właśnie jest życie. I
chociaż byłoby to najbardziej marne życie, to przecież tym życiem jest nadal i
nigdy nie przestaje nim być! Mimo wszystko i pomimo najgorszego zła, jakiego
mogliśmy się w tym wcieleniu dopuścić, to nadal żyjemy i wciąż mamy łączność ze
Źródłem Życia.
Tylko niestety, tak jak
tego zła same i sami się dopuszczamy, to tak samo na własne życzenie również
się uśmiercamy poprzez niepotrzebne zamartwianie się o wiele rzeczy,
najczęściej wcale od nas niezależnych. Martwić się, to nie zdawać sobie sprawy
z podstawowej rzeczy. Martwić się to tak jak w sposób sztuczny przerwać swoje
połączenie z Największą Energią, Jaka tylko istnieje w całym Wszechświecie! A
to nie tylko w Nim, bo w ogóle we wszystkich Światach i Wymiarach!
Jak w takim razie można
być tak nierozumną i nierozumnym, żeby nie zdawać sobie z tego sprawy?! To nie
tylko uwłacza naszemu umysłowi, lecz przede wszystkim naszemu boskiemu
pochodzeniu. W sumie przeczymy mu swoim zachowaniem. Martwić się, to brak
podstawowej wiedzy. To doprowadzenie do utraty tego najwspanialszego
połączenia, czyli skazanie się na zagładę, na śmierć. A taką jest utrata
łączności ze Źródłem Życia. Dlatego podstawową rzeczą jest zdać sobie sprawę z
takiego połączenia, umieć o nie dbać, a następnie pielęgnować je jak najlepiej.
„To jest czas, by otworzyć się na Boski Pierwiastek. To
przyniesie ci wielki spokój wewnętrzny. A z tego spokoju wypływają wielkie
myśli, które mogą rozwiązać największe trudności, jakie możesz sobie wyobrazić.
Czy uważasz, że coś jest dla Mnie zbyt trudnym kłopotem do rozwiązania? Czy
wyjście z tej matni, to dla Mnie zbyt wielki cud do uczynienia?”.
„To jest czas”.
Obecnie mamy Czas Przemiany, zwłaszcza od pieszego dnia roku 2013-go, kiedy to
Energia Czwartego Wymiaru zaczęła oddziaływać na Ziemi. Ten czas to zmiana jakościowa.
Trzeci Wymiar powoli, niechętnie, lecz ustępuje miejsca Energii Wyższego Rzędu.
Skutki tej zmiany nie są jeszcze wyraźnie odczuwalne. Jednak z dnia na dzień po
troszeczku się nasilają. Taka zmiana nie może być gwałtowną. W przeciwnym razie
nikt by tego nie przeżył, a przecież nie o to chodzi. Mamy się zmieniać w miarę
następujących przeobrażeń. Mamy się dostosować do nowych warunków, jakie powoli
nastają. Tak, nadchodzą nowe rzeczy. Oznaką mądrości jest umiejętność
dostosowania się do zmian. Tym razem takich zmian, co są o niebo lepsze od tego
całego bałaganu, piekła na Ziemi.
„Otworzyć się”
- umysł jak spadochron - działa wtedy, gdy jest otarty. Otwarcie umysłu, poszerzenie
własnych horyzontów myślowych, przełamanie swoich jakichś najczęściej urojonych
lęków, wyjście poza wpojone, narzucone nam i na siłę wbite do głowy jakieś
bzdurne rzeczy. Potrzeba nam wyjść poza utarte schematy myślowe. Koniecznym
jest szersze spojrzenie, by móc uchwycić całość zagadnienia, a nie tylko jakiś
mały, jedynie bardzo niewielki jego skrawek.
Otwarty umysł to jak
otwarte drzwi. Otworzyć się, otworzyć drzwi. by móc przez nie przejść. Otwarcie
drzwi umożliwia wydostanie się na zewnątrz lub dostanie się do wewnątrz. W obu
przypadkach otwiera nam przejście, pozwalając na swobodną zmianę naszego
położenia. Pozwala na spełnienie się naszej woli - nie pozostawania w tym samym
miejscu, czy też zmianę naszego otoczenia. Otwarte drzwi, to szeroko otwarta
droga do wykonanie własnego zamierzenia.. Otwarte drzwi - umysł - to wolność
pozwalająca sięgnąć nieograniczonych możliwości.
„Boski Pierwiastek”,
Boskość w nas samych to nieograniczona moc, potęga, władza najwyższych i
czystych wartości. Boskość - Boska Energia jest wielką mocą sprawczą wszystkiego
co dobre, właściwe, potrzebne i nieodzowne. Pierwiastek Boski to prowadzenie,
to drogowskaz, latarnia morska dla żaglowca, zmierzającego nocą do bezpiecznego
schronienia, a który targany burzą życia musi jeszcze przebrnąć przez
wzburzone, nieprzyjazne morze.
„Spokój wewnętrzny”,
ponieważ mamy na Kim polegać, nie jesteśmy same - sami i to nigdy. Spokój gości
w nas wtedy, gdyż mamy siłę i pewność właściwego prowadzenia. Jest potrzebna
tylko pokora i uznanie wyższości naszego Duchowego Opiekuna, Nauczyciela.
„Wielkie myśli”,
wielkie pomysły, a wreszcie i wielkie dokonania. Czy myśli mogą być czymkolwiek
ograniczone? Czy jest ktoś taki, kto mógłby ich nas pozbawić? Jeśli naprawdę
jesteśmy wolne i wolni, to nie podlegamy takim ograniczeniom. W przeciwnym
razie stajemy się ostatnimi niewolnicami, niewolnikami głównie tego systemu,
który chce nas pozbawić odmiennego myślenia, narzucając własne - „jedynie
słuszne”. A tak niestety często się dzieje. Czy nie nadszedł już czas, żeby
ostatecznie to zmienić?
I czy dla Pana Boga w
ogóle jest jakakolwiek trudność, z jaką by Sobie nie poradził? Niech to pytanie
pozostanie bez odpowiedzi. Niech każda osoba sama o tym pomyśli. A podpowiedzią
niech będzie tutaj cały świat - i ten Zewnętrzny, i ten wewnątrz nas. Zwłaszcza
ten Świat Wewnętrzny. Im bogatszy, tym więcej odpowiedzi się w nim znajduje.
„Neal, w ogóle Mnie nie zrozumiałeś i w ogóle sam siebie nie
rozumiesz. Nie chcę od ciebie nic więcej niż żebyś był szczęśliwy. Sądzisz, że
Mi podlegasz a jesteśmy Jednością. Nie ma rozdzielenia. Chcę dla ciebie tego,
co ty chcesz dla siebie - nie mniej ani więcej”.
Same i sami się nie rozumiemy.
Nawet nie wiemy o co nam tak naprawdę chodzi. Przed wcieleniem, kiedy jesteśmy
w Świecie Ducha ustalamy sobie całe nasze życie. Z wielką ochotą i z wielkim
zapałem chcemy je przeżyć zgodnie z własnym zamiarem. Jeśli chcemy życia
łatwego, zasobnego w różne doczesne dobra, to żaden kłopot. Przechodzimy przez
nie lekko i przyjemnie. Natomiast gdy zależy nam na trudnej lekcji, ponieważ
chcemy wznieść się wyżej i osiągnąć większy rozwój duchowy, chcemy się
oczyścić, to wybieramy bardzo ciężki los, z jakim chcemy się zmierzyć w czasie
danego wcielenia.
Tylko niestety, z chwilą jego
rozpoczęcia nie wygląda to już tak wesoło. A w miarę coraz dłuższego bytowania cielesnego,
kiedy okazuje się, że jest ono ponad nasze siły, poddajemy się i już nie chcemy
podążać za tym, co same i sami żeśmy sobie zażyczyły, zażyczyli. W takim razie
same nie wiemy czego chcemy i sami sobie przeszkadzamy w osiągnięciu własnych celów.
Z jednej strony chcemy określonych rzeczy, a z drugiej strony do nich nie
dążymy. A takie zawracanie w połowie drogi to po prostu dziecinada. Jak się
same i sami nie traktujemy poważnie, to jakie mamy prawo oczekiwać tego od
innych?
„Nie obchodzą Mnie twoje doczesne osiągnięcia. Ciebie - owszem. Nie
musisz się martwić zarabianiem na życie. Prawdziwi mistrzowie wybrali życie
a nie zarabianie. Rób to, co naprawdę kochasz. Masz tak mało czasu - jak możesz
marnować choć chwilę na robieniu czegoś, czego robić nie lubisz. To nie życie,
to umieranie”.
Ile osób spośród nas
zajmuje się tym, co naprawdę kocha? Ilu ludzi na świecie robi to, czego nie
lubi, bo im za to płacą? Tak, to dopiero nazywa się marnowaniem czasu -
zajmować się tym, co nie jest życiem. W takim razie zarabianie pieniędzy, praca
w tym celu, żeby stale powiększać sobie ich zapas oznacza śmierć za życia. Tacy
ludzie są chodzącymi trupami, do jakich nic nie dociera, bo za życia oddali się
pod panowanie śmierci i przeszli do zatracenia. To oni są najbardziej wiernymi
wyznawcami tego niesprawiedliwego systemu, ponieważ swoją niewolniczą pracą
właśnie go utrzymują. Cały czas są w jego uniżonej służbie oddając się satanistycznym
zabobonom. Są trupami i trupie praktyki nie są im obce.
A kiedy okaże się w jakim
są błędzie, ponieważ całe swoje życie zmarnowali na coś tak niskiego, co nie ma
żadnej wartości, to ciekawe co wtedy sobie pomyślą. Co poczują, gdy ujrzą całą
tę marność, jakiej tak zapamiętale się oddali i bez reszty się poświęcili,
tracąc to co najwartościowsze, najpiękniejsze i najczystsze? Ale to już ich
zmartwienie jak sobie z tym poradzą. I dlatego teraz rozumiem co Mistrz Jezus
miał na myśli mówiąc, żeby umarli zajęli się pogrzebem.
Osiągnięcie poziomu
mistrzowskiego wymaga wielokrotnego powtarzania tych samych ćwiczeń. Praktyka
czyni mistrza. Jednak nie chodzi tutaj o nabycie takich odruchów, jakimi mistrz
w danych okolicznościach będzie się bezmyślnie posługiwać. To nie mistrzostwo
lecz małpowanie. Prawdziwe mistrzostwo to wykształcenie w sobie takich
umiejętności, jakie pozwalają na swobodne posługiwanie się nimi dla dobra
innych w każdych warunkach życia.
Sam z trudem rozumiem co
właśnie napisałem, ale czuję, że tak właśnie jest. No dobrze, postaramy się to
wytłumaczyć na prostym przykładzie. Mistrzowie wschodnich sztuk walki byli
bardzo biegli w posługiwaniu się licznymi technikami nożnymi i ręcznymi. Mało
tego, mistrzowsko władali wszelką bronią. A była ona często bardzo wymyślna. Nie
mogli jednak przewidzieć wszystkiego. Dlatego w czasie walki potrafili sprawnie
posługiwać się tym wszystkim, co tylko wpadło im w ręce. A w dodatku
wyśmienicie radzili sobie w każdych warunkach walki, bez względu na to, czy był
to dzień, noc, upał czy deszcz.
Nabyli takich
umiejętności, jakie stały się ich niezawodnym sprzymierzeńcem w posługiwaniu
się każdą bronią i to w każdych warunkach, w jakich przyszło im się zmierzyć z
przeciwnikiem. Oczywiście nie im samym. Dochodzi tutaj bowiem do głosu najważniejsza
rzecz. Mistrzowie sztuk walki korzystali z Energii Kosmosu, jaka przepływa
przez ich ciało. To dzięki niej byli niezwyciężeni i doskonali. Tylko że cała
sztuka polegała na osiągnięciu takiego poziomu, na którym było to dla nich
możliwe. A do tego wiedzie tylko jedna droga - praca, praca i jeszcze raz
praca. I to ta najtrudniejsza i najcięższa ze wszystkich, bo nad samą i samym
sobą.
„Jeśli chcesz wytworzyć dobrobyt dla siebie - wytwórz go dla
kogoś jeszcze”.
Nie bądźmy więc samolubni,
pomyślmy też i o innych. Najczęściej myślimy tylko i wyłącznie o czubku
własnego nosa, no i oczywiście o wypchaniu własnego brzucha. A wystarczy pomyśleć,
o ile ten świat byłby lepszy, gdybyśmy zamiast się przejadać oddali tak
marnowaną żywność wszystkim innym potrzebującym. Tak, właśnie tym, co każdego
dnia nie dojadają i często cierpią głód. Jedni wyrzucają jedzenie, inni marnują
je z powodu obżarstwa, a jeszcze inni nie wykorzystują wspaniałych możliwości
pięknego uprawiania cudownej żywności. Ale co tu się dziwić, skoro ten świat
stoi na głowie.
„W ogóle Mnie nie zrozumieliście”.
A stoi na głowie tylko z
jednego powodu. Z powodu braku zrozumienia Stwórcy Niebieskiego tego całego
pięknego Świata. A ten świat może być doskonały, ponieważ jego Autor jest
Stwórcą Doskonałym. To, że cały czas ten świat odbiega od Jego zamysłu, może oznaczać
tylko jedno - właśnie brak zrozumienia. Bo brak zrozumienia to całe zło na tym
świecie. A wydawało by się, że to taka łatwa i prosta sprawa - rozumieć. Ale jak
widać wcale nią nie jest. Wszyscy jesteśmy tacy mądrzy, tacy światli i
wspaniali, tylko w jakiś zagadkowy i tajemniczy sposób nie potrafimy tego przełożyć
na nasze codzienne życie.
Skoro jesteśmy tacy
cudowni, to dlaczego ten świat takim nie jest… Skoro jesteśmy wszystkowiedzący,
to dlaczego nie wiemy co uczynić, żeby nasze życie było takie jak należy… To
naprawdę najgorsza głupota mieć w zasięgu ręki największe skarby życia -
zdrowie, szczęście, miłość, dobrobytu, a babrać się w samych przeciwnościach
takiego bytowania, jakie przeczy i uwłacza wielkiej godności człowieka.
Nasze życie na tej
Wspaniałej Planecie Ziemia może trwać niemal tysiąc lat. Wszyscy możemy wieść
je w zdrowiu, szczęściu, miłości, dobrobycie. Właśnie, te skarby są dla nas
wszystkich, a nie jedynie dla jakiejś garstki samozwańców, co się ustanowili
ponad nami, bo tak się im spodobało. Wydaje się im, że są szczęśliwi, bo mają
namiastkę szczęścia. No tak, im się tylko tak wydaje, gdyż są w poważnym
błędzie. A to właśnie oni są głównie tymi, co nie potrafili zrozumieć
Stworzyciela. Na szczęście nadszedł czas, że to my będziemy mieć okazję zmienić
ten Świat i pokazać, co to znaczy naprawdę zrozumieć naszego wspólnego Ojca
Niebieskiego.