środa, 30 maja 2018

Wpis 67. Moje zmagania z chorą prostatą.

Dolegliwość ta dopadła mnie tak niespodziewanie i była dla mnie takim zaskoczeniem, że w ogóle trudno mi było w to uwierzyć, że przydarzyła się właśnie mnie. No bo jak to? Ja, taki okaz zdrowia i to od wielu lat, pomimo, że pięćdziesiątka już dawno przekroczona? Przecież tak bardzo dbam o swoje zdrowie i o zdrowie swoich dzieci, swojej umiłowanej małżonki, w czym bardzo mi pomagają swym wyjątkowym zrozumieniem tej zawiłej rzeczywistości, jak również i swoją zgodą na tego rodzaju postępowanie. A często nie było łatwo, ponieważ w naszym przypadku nie ma mowy, żeby szukać jakiejś drogi na skróty, czy to w postaci leków, zastrzyków, czy innego rodzaju uciekania się do tego, co bardziej szkodzi niż pomaga, lecz jest łatwym zażegnaniem zmartwienia, co jak się najczęściej okazuje, to tylko chwilowym i złudnym rozwiązaniem. W dodatku nie jemy byle czego ani nie pijemy co popadnie. Tutaj było trudniej, gdyż podniebienie czasem brało górę i dzieciom też trzeba było dokładnie to wytłumaczyć, lecz ostatecznie i tych pułapek dane nam było uniknąć i to na nasze szczęście.

A skoro tak, to co mi się stało? Sam nie wiem. Faktem jest, że już prawie dwa lata męczy mnie to choróbsko i jakoś ciągle nie odpuszcza, chociaż jest bardzo wyraźna poprawa. A tak jak wspomniałem, leczenie odbywa się bez żadnych „lekarstw” chemicznych. Żadnej chemii nie stosuję ani nie chodzę po żadnych „lekarzach”. Na samym początku leczenie odbywało się przy pomocy sody oczyszczonej, kuchennej oraz czosnku. Jednak nie polecam, gdyż w tym pierwszym przypadku nadmiar sody źle wpływa na odpowiednią kwasowość żołądka, niebezpiecznie ją obniżając. (Kwas solny). W drugim przypadku zaś żadne ostre przyprawy nie wchodzą w grę, o czym wtedy nie wiedziałem, bo pogłębiają tę chorobę. A w ogóle co za dużo to niezdrowo. 

Czosnek tylko zwiększał stan zapalny i w tym przypadku w ogóle nie pomagał. Tylko że niestety - w ten sposób płynęły bardzo długie dni, tygodnie, miesiące a poprawy wyraźnej nie było, czyli innymi słowy bardzo długo trwał ból, cierpienie i zmęczenie, gdyż w tamtym czasie pracowałem i tym mocniej to wszystko dawało mi się we znaki. Czasem nawet i w nocy nie miałem upragnionej chwili wytchnienia, ale nie będę się o tym rozpisywał. (Więcej na ten temat jest w książce, jaką dane mi było napisać, zatytułowanej „Na Drodze Do Potęgi Umysłu”. Była dostępna na Amazon, lecz została stamtąd przez nich usunięta).

Kiedy już nie wiedziałem co dalej mam z tym zrobić, byłem przekonany, że woda z moringą też może mi w tym pomóc. Przecież moringa ma działanie bakteriobójcze. Jednak pomimo ciągłego picia wody z moringą i spożywania jej listków, nie zauważyłem znacznej poprawy. Wtedy jakimś trafem moja małżonka odnalazła ostatnią torebkę jaskółczego ziela, inaczej glistnika. Została nam jeszcze po poprzednim oczyszczaniu organizmu. Tylko niestety, nie była pełna i tego jaskółczego ziela starczyło mi zaledwie na kilkanaście dni. Jednak wtedy odczułem wyraźną ulgę. 

I tutaj muszę przyznać, że trochę się zmartwiłem kiedy się skończyło, chociaż cały czas starałem się pamiętać o potędze umysłu, o potędze myśli, więc starałem wyobrażać sobie, jaki to jestem silny, zdrowy i jak dobrze się czuję. Niestety, jakoś za bardzo to nie chciało zadziałać i wtedy już nie wiedziałem co o tym myśleć. Mijały następne dni, aż tu nagle pojawiła się zupełnie nieoczekiwana pomoc.

Znajoma mojej żony i moja, przeczytała jedną z sesji z Duchowym Opiekunem Ziemi Enki, w której zadaliśmy pytanie w sprawie tej dolegliwości. Następnie napisała do nas list, w którym pytała, czy chcemy żeby nam przysłała trochę jaskółczego ziela. Natychmiast odpowiedziałem, że spadła mi z nieba i wyraziłem swą radość z jej pomocy. A Iwona jak napisała tak uczyniła i po kilku tygodniach paczuszka z Anglii (tęsknie wyglądana) dotarła cała i w bardzo dobrym stanie. 

Jeszcze tego samego dnia (a było to pamiętnego 1-go listopada 2017-go roku) rozpocząłem leczenie, polegające na piciu tych ziółek dwa razy dziennie, rano i wieczorem przez trzy miesiące. Potem miesiąc przerwy i potem znów trzy miesiące picia. Na moje szczęście tym miesiącem przerwy był luty, najkrótszy miesiąc w roku, hehe. Zawsze to kilka dni mniej.

Tylko, że do końca maja już nie mogłem dociągnąć z piciem jaskółczego ziela, gdyż moje ciało już się nim nasyciło i więcej go nie przyjmowało. Żołądek dawał o tym wyraźnie znać, więc w połowie maja skończyłem pić to cudowne lekarstwo. Trochę się tym zasmuciłem, bo chciałem równo z końcem miesiąca zakończyć to leczenie. No ale trudno, nic na siłę. I znowu kilka dni lepiej, a potem znowu gorzej. Już kilka razy tego doświadczyłem - nawrotów tej dolegliwości. Aż w końcu zaczynało brakować mi cierpliwości. Ale cóż, trzeba podejmować następne wysiłki i próbować dalej. I co się okazało. Dosłownie kilka dni temu obejrzałem nagranie mówiące o zbawiennym działaniu wody z solą morską. A właściwie chodzi o porządne nawadnianie ciała i jego właściwe nawadnianie, co jak się okazało wcale nie jest takie proste. 

A skoro tak, to postanowiłem, że w końcu utopię tę swoja prostatę w wodzie, bo już czas najwyższy się wyleczyć i mam tego po prostu dość. Tak więc dosłownie od dwóch dni piję wodę szklankę za szklanką i… pomaga. Tak, pomaga. Zresztą już wcześniej moja żona odszukała taką wiadomość, że w przypadku tej dolegliwości trzeba pić dużo wody. A chorzy tego unikają i piją jej mało, bo wiadomo - ta choroba objawia się również trudnościami w trzymaniu moczu. (Którejś nocy, chyba dwukrotnie tak się zdarzyło, że do łazienki musiałem wstawać co piętnaście, dwadzieścia minut. I tak do rana. Średnia przyjemność, bo to ból, cierpienie i zmęczenia. Już pisałem? No tak, ale tak jakoś trudno o tym zapomnieć, bo to wszystko naprawdę bardzo daje się we znaki, a o tym to już każdy chory wie najlepiej).

Co dalej? A to się dopiero okaże. W każdym razie jestem bardzo dobrej myśli, bo znowu będę mógł działać bez żadnych obaw, trudności ani ograniczeń, gdyż jak dotąd to po wyjściu z domu i po paru zaledwie krokach chce się natychmiast skorzystać z łazienki. (Na szczęście wtedy nie musiałem używać pieluch i nie były mi potrzebne, chociaż mieliśmy pieniądze, żeby je kupić). A wiadomo, że nie zawsze można uniknąć jakiegokolwiek wysiłku fizycznego, skoro w domu gotowanie, sprzątanie, pranie, a do tego zakupy czy inne prace. W każdym razie jakoś szczególnie się nie oszczędzam - przecież jestem silny i zdrowy, tylko teraz tak jakoś chwilowo nie domagam. I wiem, że jest już po wszystkim i staram się zachować hart ducha, a każdy nowy dzień zaczynać z nową otuchą i nadzieją, że wreszcie przeżyję go całego bez najmniejszego śladu bólu, cierpienia i zmęczenia. 

Zresztą, ból to przecież tylko dolegliwość ciała. Układ nerwowy przekazuje do mózgu wiadomość, powiadamia o jakimś niekorzystnym zjawisku, które właśnie wystąpiło. Jest to znak, że coś jest nie tak. Jednak cały czas jest to na poziomie cielesnym, a ciałem to ja rzecz jasna nie jestem, bo jestem duszą, a duszy przecież nic nie boli. Duszy nic nie sprawia żadnego bólu. Dusza w taki sposób wcale nie cierpi. (Cierpi na wiele innych sposobów, ale nigdy w tym znaczeniu). Żadne cielesne cierpienie nie może jej zaszkodzić. I taka myśl pomaga mi w każdym dniu mojego pięknego życia i nadal mnie pokrzepia nową nadzieją. Również i tą, że kiedyś ta choroba musi się wreszcie skończyć.

Tak czy inaczej czasem naprawdę warto trochę się pomęczyć, żeby doznać takiej ulgi, a przede wszystkim doświadczyć na sobie błogosławieństwa leczenia się skarbami i darami Matki Przyrody, korzystając z bardzo dobrych rad prawdziwych przyjaciół, najpierw Tych na Wysokości, jak również i tych, znajdujących się między nami, innych ludzi, co zupełnie bezinteresownie potrafią się dzielić tak cenną wiedzą i doświadczeniem. Jednak to tylko od nas samych zależy, czy z tej pomocy, z tych porad skorzystamy, a zwłaszcza czy im UWIERZYMY, żeby uniknąć bólu, cierpienia i zmęczenia, a zwłaszcza niepotrzebnych kłopotów i trudności tego wcielenia! 

*      *      *

Dopisane 14-go lipca 2018-go roku.

Z końcem czerwca dotarły do nas magnesy, jakie moja małżonka zakupiła w Internecie. (Przeznaczyliśmy na nie połowę naszych wszystkich pieniędzy). Owe magnesy służą do leczenia polem magnetycznym, co ma miejsce głównie dzięki Istotom Duchowym przekazującym Energię z Samego Źródła Życia. Dokładne umieszczanie magnesów w miejscach zakwaszonych, czyli w tych, w których jest obniżona zasadowość wpływa na przywrócenie właściwej pracy organów wewnętrznych ciała. 

Sposób takiego leczenie nosi hiszpańską nazwę „Par Magnetico”, co można przetłumaczyć jako Para Magnetyczna lub Złącze Magnetyczne.

Jestem już po dwóch zabiegach i muszę przyznać, że jest pewna poprawa. Może nie taka, jakiej bym się spodziewał i bym chciał, żeby wszystkie dolegliwości z miejsca ustąpiły, lecz stopniowo, powoli następuje poprawa. 

W dodatku w ostatnich dniach dopadł mnie taki ból, że po prostu już sam nie wiem co się dzieje. To samo miał i młodszy syn. Powiedział, że boli tak bardzo, jakby coś ściskało lewą stronę klatki piersiowej. Można to przyrównać do bólu, jaki odczuwamy kiedy nam zdrętwieje ręka czy noga, tylko że w tym przypadku ból jest o wiele, o wiele większy. Miałem wrażenie, że klatka piersiowa jest ściskana przez jakieś duże imadło, jest zgniatana dużym ciężarem. A pewnym miłym zaskoczeniem było tutaj dla mnie to, że serce zachowywało się jak zwykle i pracowało bez żadnych kłopotów. A już niepotrzebnie myślałem, że i jemu to zaszkodzi.

Tak więc jutro następny zabieg magnesami. Na razie co tydzień. Każdy z nich trwa co najmniej godzinę. Pierwszy właśnie tyle - jedną godzinę, drugi zaś półtorej. Zobaczymy, ile będzie jutro. W każdym razie ból znacznie zelżał, chociaż i tak wyraźnie daje o sobie znać. Nawet i teraz, w czasie pisania tego wpisu. Ból trzyma od dłuższego czasu i nie ustępuje. Czasem poruszam ramieniem, żeby sobie ulżyć. Trochę pomaga. Już nie mogę się doczekać jutrzejszego leczenia. ’_,’ 

*      *      *

Sprostowanie. Uzupełnienie w sierpniu tego samego roku. (2018-go.)

Po zasięgniętej poradzie u Lekarza Duchowego okazało się, że to jednak nie jest prostata, lecz zarazki spowodowały zakażenie, czyli nastąpiło wirusowe zapalenie układu moczowego oraz kamica nerkowa.  W jednej nerce mam sześć, a w drugiej pięć kamyczków. 

Otrzymałem też wskazania co do zabiegów magnesami, stosowania Reiki, wykonywania ćwiczeń ruchowych, a także odpowiedniego sposobu odżywiania się i wspomagania ziołami, roślinami leczniczymi. W moim przypadku jest to aloes oraz pestki arbuza.

I wspaniała nowina! Wreszcie nastąpił przełom w leczeniu, gdyż od bardzo długiego czasu znów poczułem się dużo lepiej, lecz tym razem poprawa utrzymuje się najdłużej. Jednak zanim to nastąpiło, to swoje wycierpiałem, ponieważ wystąpił tak zwany nawrót choroby. Jednak ten „nawrót” to nie do końca można tak to określić. 

Jak sprawdziła moja małżonka, to żaden nawrót choroby, lecz oznaka zdrowienia - co się może wydać dziwne. I tak właśnie jest. Jak Olivia wyczytała, to bakterie czy zarazki, kiedy już na dobre są usuwane z ciała chorego, to jeszcze w ostatniej chwili szukają jakiegoś dogodnego dla siebie miejsca, środowiska, żeby uchronić się przed tym, co dla nich nieuchronne, czyli ostatecznym ich usunięciem. Dlatego to w tym swoim końcowym stanie dają jeszcze o sobie znać i to ze zdwojoną siłą. 

Już myślałem, że nie wytrzymam, bo przez kilka dni każde skorzystanie z łazienki to był przeszywający ból. I tak całymi dniami, a także i w nocy. Jednak tylko dzięki niezawodnej pomocy jakoś to byłem wytrzymałem i nie poszedłem na łatwiznę, czyli nie zażyłem żadnych chemicznych „leków”.

Dane mi było dowiedzieć się, że jest to widoczną poprawą mojego stanu zdrowia, a taki spotęgowany ból już się nie powtórzy i wkrótce poczuję się lepiej. Jak usłyszałem tę dobrą wiadomość, to od razu mi ulżyło. Trwało to kilka bardzo, bardzo długich dni, kiedy wreszcie się doczekałem ustąpienia i dolegliwości, i przykrego bólu.

I żeby jakoś łatwiej to znieść, to często sobie byłem powtarzałem, że przecież jestem duszą, a duszy to nic nie szkodzi ani nie ma dla niej żadnego złego znaczenia. Tak, łatwo to sobie mówić, ale to kosztowało naprawdę sporo pracy, żeby tak wierzyć i to wytrzymać. Jednak się udało i teraz znów wierzę, że za dwa, trzy miesiące - tak jak mi zostało to przekazane - znów będę zdrów jak ryba. 

A to w dużym stopniu zależeć będzie ode mnie samego i przestrzegania przeze mnie wszystkich zaleceń bez wyjątku, z jak największą karnością i rygorem, bo bez własnej pracy, własnego starania, to nic z tego nie będzie. Wtedy to nawet i samo Reiki nic nie pomoże, jak ktoś będzie zaniedbywał podstawowe wskazania wspomagające leczenie.

Odnoszę też i takie wrażenie, że jest to następna próba: „Powiemy mu, co ma robić i zobaczymy czy się posłucha, czy mu na tym zależy i czy będzie właśnie tak postępować. A jak rzeczywiście się posłucha, no to wtedy mu pomożemy. Jednak jeśli nie okaże współpracy, to nic z tego nie będzie”. 

I też sobie tak przez chwilę pomyślałem, (a było to w czasie pierwszych dni leczenia magnesami - mam takie zabiegi), że już po sprawie, gdyż jestem już zdrowy, bo one wszystko załatwią i nie muszę się wcale wysilać. Ale nie, co to to nie. Nie ma talk łatwo, o nie!

Jak sama albo sam wysilisz się trochę, podejmiesz ten trud, bo ci zależy na własnym zdrowiu, to wtedy do tego zdrowia powrócisz. W przeciwnym razie nic z tego.

A moim przypadku jest to o tyle łatwiejsze, gdyż ani nie palę tytoniu, a tym bardziej nie piję żadnego alkoholu, kawy lub słodzonych napojów gazowanych. I wcale nie chodzi o to, że „zdrowszy umrę”, ale że dane mi jest być na tyle rozsądnym, żeby nie pić ani nie jeść byle czego. Nie ulegamy temu wszystkiego, czym nas chcą „uraczyć” możni tego świata, trując nas czym tylko się da. Oczywiście, że nie udaje się uniknąć wszystkiego, ale też jest wiele rzeczy, na które się nie zgadzamy i nie dajemy swego przyzwolenia. Nie dajemy się im oszukać. Wystarczy trochę pomyśleć i podjąć trochę wysiłku, a wtedy z pomocą z Wysokości jest naprawdę wszystko dobrze!

*      *      *

Dopisane 14-go lutego 2020-go roku.

W styczniu roku 2019-go, przed moimi urodzinami znów bardzo mnie wzięło. To choróbsko tak mnie dopadło, że znów już myślałem, że nie wytrzymam. Już prawie trzy lata: nieprzespane noce, długie kwadranse w łazience, ból i cierpienie, a czasem i zniecierpliwienie - kiedy wreszcie znów będę zdrowy. Wcześniejszy ból zęba, jaki mnie nękał przez długie tygodnie to nic w porównaniu z tym, co teraz przechodzę. To jest moje sprzeciwianie się temu zakłamanemu systemowi, bo nie uciekam się do jego nic nie znaczącego sposobu leczenia jakimiś środkami chemicznymi, które tak zwani lekarze nazywają „lekarstwami”, i które jeszcze bardziej szkodzą aniżeli pomagają, gdyż powodują skutki uboczne, wywołują szereg innych chorób, w tym śmiertelnych.

Teraz to nawet w nocy nie mam wytchnienia. Niekiedy więcej czasu spędzam w łazience niż w łóżku. Ból jest ogromny. Czasem czuję, jakbym wydalał jakieś gwoździe albo metal rozpalony do czerwoności. Innym razem ból jest tak ostry, jakby w środku były żyletki. Często strasznie mnie piecze w kroku, a czasem jest to taki ból jakby w tle, jakby ćmił, prawie go nie ma a jest bardzo dolegliwy.

Chełpiłem się również, że nie musiałem korzystać z żadnych pieluch. No i niestety, doszło do nocnego moczenia, dwa razy. (Ta nadczynność pęcherza). Zdarzyło się tak trzeciej nieprzespanej nocy. Widocznie byłem tak zmęczony, że bodźce wysyłane przez mózg nie były w stanie w porę mnie obudzić. Były też i takie przypadki, że przysypiałem korzystając z łazienki. Czasami też, żeby zaznać nieco ulgi, bo ból był nie do zniesienia, to jednej nocy byłem wypijałem i pięć szklanek wody. Tak, pomagało, rzeczywiście pomagało. (Już mniejsza o to, że zdarzało się zużywać prawie całą rolkę, zwijkę papieru toaletowego w czasie dość niespokojnej nocy, gdyż dochodziło do rozstroju żołądka).

A właśnie teraz, w ostatnich dniach, (jest połowa lutego) ponownie są trudności z oddawaniem moczu, lecz na całe szczęście nie tak ogromne jak poprzednio. Obecnie to wszystko jest już dużo łagodniejsze, a ból nie taki straszny do wytrzymania. Zdarza się, że muszę jeszcze wstawać do łazienki w nocy, ale kilka ostatnich przespałem bez takiej przerwy. A chociaż moje korzystanie z łazienki to co najmniej kilkanaście minut, to i tak jest już duża poprawa i wyraźny powrót do zdrowia. I wiem, że kiedyś w końcu się doczekam, żeby ten powrót był pełny i na dobre. Trochę więcej cierpliwości nie zaszkodzi.

*      *      *

Wtorek 21-go kwietnia 2020-go roku.

Mamy obiecaną pomoc na zakup olejku z konopi indyjskich. Jaskółki z Chicago, Barbara i Ryszard, prześlą pieniądze na ich zakup. Dlaczego wcześniej ich nie kupiliśmy? Widocznie to nie była jeszcze ta pora, gdyż Istoty Duchowe wiedzą najlepiej, kiedy i jak pomóc.

Mijają dni, a pieniędzy jeszcze nie ma. Trzeba czekać.

*      *      *

Sobota 25-go kwietnia 2020-go roku.

Są, pieniądze doszły i od razu kupiliśmy dwie buteleczki olejku. Mają dotrzeć w czwartek 30-go kwietnia. Dobrze, że w Internecie w dalszym ciągu można kupować tak drogocenne rzeczy. Tak więc czekam na olejek jak na zbawienie, ponieważ dolegliwości znów dają znać o sobie.

*      *      *

Czwartek 30-go kwietnia 2020-go roku.

Olejku ani widu ani słychu. Zostały wysłane w poniedziałek 27-go kwietnia, lecz ich dostarczenie widocznie się opóźnia. Trudno, znów trzeba mi czekać.

*      *      *

Piątek 1-go maja 2020-go roku.

Olejku w dalszym ciągu nie ma. Może jutro. Już chciałbym go zażyć.

*      *      *

Sobota 2-go maja 2020-go roku.

Kurier z przesyłką ciągle nie przyjeżdża. No to chyba w poniedziałek. Ale jest następna bardzo dobra wiadomość. Jaskółka z Polski, Piotr obiecał pomóc i kupić złoto koloidalne. Tak więc będę mógł je przyjmować po wypiciu olejku. A Jak zauważyła moja umiłowana małżonka, to po takim leczeniu będę zupełnie jak nowy albo jeszcze lepiej. No, ale wiadomo - to kwestia czasu.

*      *      *

Poniedziałek 4-go maja 2020-go roku.

Jest! Przyjechał! O, jak dobrze. I to nawet przed południem. Od razu zrobione zdjęcie i wysłane Jaskółkom na potwierdzenie zakupu z ponownym podziękowaniem.


Trochę pospiesznie rozpakowane, buteleczki od razu umyte i olejek gotowy do zażycia: dwie kropelki trzy razy dziennie na godzinę przed jedzeniem i dwie po spożyciu posiłku. (Wodę można pić pół godziny po napuszczeniu kropelek pod język, żeby ciało dobrze wchłonęło lekarstwo.) Chyba za bardzo się ucieszyłem, bo zamiast dwóch kropelek to sobie ich napuściłem chyba ze dwadzieścia, taką małą strużkę…

No i miałem za swoje. Najpierw zaczął mi się plątać język. Miałem też lekkie zawroty głowy i byłem osłabiony. Do tego stopnia, że troszeczkę, ale jednak zbierało mi się na wymioty. (Na szczęście do tego nie doszło). Tylko, że miałem kłopoty i z chodzeniem. Lekko się zataczałem. (No to pierwszy raz w życiu byłem jak pijany…) Wcześnie poszedłem spać.

*      *      *

Wtorek 5-go maja 2020-go roku.

Nie, nie stało się tak, że dolegliwości z miejsca ustały, jakby ręką odjął. Wręcz przeciwnie, objawy choroby znów zaczęły narastać.

*      *      *

Środa 13-go maja 2020-go roku.

Od poniedziałku (11-go maja) zmiana: zamiast trzy razy dziennie tylko dwa razy i po trzy kropelki. 

Ostatnie dni to znów była męczarnia. Nie tylko w dzień, lecz i w nocy, których trzy ostatnie niewiele przespałem, spędzając niekiedy więcej czasu w łazience niż na kanapie. (A to dlatego na niej spałem, bo łatwiej i szybciej mogę dojść do łazienki. Jednak tej nocy mam widoki na odpoczynek w łóżku.) Ból nadal jest duży, lecz na szczęście nie tak ostry, ponieważ olejek go łagodzi, uśmierza. Teraz bardzo się pilnuję, żeby zażywać tylko tyle kropel, ile powinienem (żeby znów sobie nie napuścić ciurkiem więcej niż powinienem…) Tak bardzo bym chciał już wyzdrowieć. Tylko, że znowu to kwestia czasu, lecz nie tylko, bo i wary, i przekonania, całkowitej pewności, że tak właśnie się dzieje.

Ciąg dalszy (z całą pewnością) nastąpi…

*      *      *

Piątek 15-go maja 2020-go roku.

Dalsza poprawa: tę noc przespałem całą i tylko raz wstałem do łazienki (na krótko). Rano mogłem nawet odprowadzić Olivię na przystanek i udać się do sklepu na nieco dłużej. Całą godzinę byłem po za domem i szczęśliwe do niego powróciłem. Ból się zmniejsza i krócej korzystam z łazienki. W ciągu dnia też nie tak często muszę z niej korzystać.

*      *      *

Poniedziałek 13-go lipca 2020-go roku.

I znowu pomoc. Z początkiem czerwca dotarły wysłane przez Piotra z Polski tabletki - suplement diety, czyli dodatki żywieniowe. (Piotr zawsze spieszy z niezawodną pomocą, jak najlepszy przyjaciel. Zawsze jestem jemu za to bardzo wdzięczny, gdyż dar serca to wielki skarb i sam się z nim ofiaruje bez konieczności proszenia go o to. A czyni to pomimo swoich skromnych warunków bytowych, gdyż potrafi się dzielić tym, co posiada.) Składają się na nie boran sodu, barwnik metaliczny - złoto, dwutlenek krzemu oraz dwutlenek sodu. Okazało się, że miesiąc później mogę je zażywać razem z olejkiem z konopi indyjskiej. Dużo się po tym spodziewałem, lecz znów cierpliwość musi podołać ponownej próbie. Właśnie teraz minęła trzecia ciężka noc. Wszystkie one były źle przespane i niewiele odpoczynku. Oprócz tego już wiele dni wcześniej zaraz po wstaniu rano z łóżka czułem się osłabiony i senny. A jak to wytłumaczyła mi moja umiłowana i czcigodna małżonka, po prostu organizm zwalcza chorobę, a układ odpornościowy działa na całego, więc nie ma się co dziwić, że tak właśnie jest.

No i niestety, albo na szczęście, choroba znów dała o sobie znać. Zupełnie jak na jej początku, z tą jednak różnicą, że tym razem już bez krwi. Niemniej jednak ból i cierpienie są porównywalne. I zmęczenie tym wszystkim też co raz bardziej daje o sobie znać. Wiem jednak, że muszę wytrzymać i wytrzymać do samego końca. A już myślałem, że to choróbsko wreszcie sobie pójdzie i zostawi mnie w spokoju. Widocznie jeszcze trochę trzeba zaczekać.

Czasami to nawet nie jest już tak źle. Są dni, kiedy ból jest bardzo mały i spokojnie mogę chodzić po zakupy. Jednak kiedy choroba znów mnie napada, to jakby ze zdwojoną siłą. Dzisiaj na przykład od samego rana roztrój żołądka, biegunka, lecz widocznie tak ma być, gdyż dzięki temu ciało się oczyszcza i pozbawia się czegoś niedobrego. Na teraz kończę, bo i palce przy pisaniu trochę mi się plączą. Mam nadzieję, że przy okazji następnego pisania tutaj będzie więcej lepszych wieści. Na razie to po raz pierwszy zaczęła mnie ogarniać lekka obawa, kiedy udaję się do łazienki, bo znów będzie boleć. Najgorzej jest w nocy, kiedy godziny się dłużą i nie można spać. Nic przyjemnego…

*      *      *

Wtorek 11-go sierpnia 2020-go roku.

Przełom lipca i sierpnia był dla mnie ciężki do przeżycia. Poniżej zapis z tamtych dni.