środa, 30 maja 2018

Wpis 67. Moje zmagania z chorą prostatą.


Dolegliwość ta dopadła mnie tak niespodziewanie i była dla mnie takim zaskoczeniem, że w ogóle trudno mi było w to uwierzyć, że przydarzyła się właśnie mnie. No bo jak to? Ja, taki okaz zdrowia i to od wielu lat, pomimo, że pięćdziesiątka już dawno przekroczona? Przecież tak bardzo dbam o swoje zdrowie i o zdrowie swoich dzieci, swojej umiłowanej małżonki, w czym bardzo mi pomagają swym wyjątkowym zrozumieniem tej zawiłej rzeczywistości, jak również i swoją zgodą na tego rodzaju postępowanie. A często nie było łatwo, ponieważ w naszym przypadku nie ma mowy, żeby szukać jakiejś drogi na skróty, czy to w postaci leków, zastrzyków, czy innego rodzaju uciekania się do tego, co bardziej szkodzi niż pomaga, lecz jest łatwym zażegnaniem zmartwienia, co jak się najczęściej okazuje, tylko chwilowym i złudnym rozwiązaniem. W dodatku nie jemy też byle czego ani nie pijemy co popadnie. Tutaj było trudniej, gdyż podniebienie czasem brało górę i dzieciom trzeba było dokładnie to wytłumaczyć, lecz ostatecznie i tych pułapek dane nam było uniknąć i to na nasze szczęście.
.

A skoro tak, to co mi się stało? Sam nie wiem. Faktem jest, że już prawie dwa lata męczy mnie to choróbsko i jakoś ciągle nie odpuszcza, chociaż jest bardzo wyraźna poprawa. A tak jak wspomniałem, leczenie odbywa się bez żadnych „lekarstw” chemicznych. Żadnej chemii nie stosuję ani nie chodzę po żadnych „lekarzach”. Na samym początku leczenie odbywało się przy pomocy sody oczyszczonej, kuchennej oraz czosnku. Jednak nie polecam, ponieważ w tym pierwszym przypadku nadmiar sody źle wpływa na wydzielanie ważnego płynu ustrojowego. W drugim przypadku zaś żadne ostre przyprawy nie wchodzą w grę, o czym wtedy nie wiedziałem, bo pogłębiają tę chorobę.

Czosnek tylko zwiększał stan zapalny i w tym przypadku w ogóle nie pomagał. Tylko że niestety - w ten sposób płynęły bardzo długie dni, tygodnie, miesiące a poprawy wyraźnej nie było, czyli innymi słowy bardzo długo trwał ból, cierpienie i zmęczenie, gdyż w tamtym czasie pracowałem i tym mocniej to wszystko dawało mi się we znaki. Czasem nawet i w nocy nie miałem upragnionej chwili wytchnienia, ale nie będę się o tym rozpisywał. (Więcej na ten temat jest w książce, jaką dane mi było napisać, zatytułowanej „Na Drodze Do Potęgi Umysłu”. Była dostępna na Amazon, lecz została stamtąd przez nich usunięta).

Kiedy już nie wiedziałem co dalej mam z tym zrobić, byłem przekonany, że woda z moringą też może mi w tym pomóc. Przecież moringa ma działanie bakteriobójcze. Jednak pomimo ciągłego picia wody z moringą i spożywaniu jej listków, nie zauważyłem znacznej poprawy. Wtedy jakimś trafem moja małżonka odnalazła ostatnią torebkę jaskółczego ziela, inaczej glistnika. Została nam jeszcze po poprzednim oczyszczaniu organizmu. Tylko niestety nie była pełna i tego jaskółczego ziela starczyło mi zaledwie na kilkanaście dni. Jednak wtedy odczułem wyraźną ulgę.

I tutaj muszę przyznać, że trochę się zmartwiłem kiedy się skończyło, chociaż cały czas starałem się pamiętać o potędze umysłu, o potędze myśli, więc starałem wyobrażać sobie, jaki to jestem silny, zdrowy i jak dobrze się czuję. Niestety, jakoś za bardzo to nie chciało zadziałać i wtedy już nie wiedziałem co o tym myśleć. Mijały następne dni, aż tu nagle pojawiła się zupełnie nieoczekiwana pomoc.

Znajoma mojej żony i moja, przeczytała jedną z sesji z Duchowym Opiekunem Ziemi Enki, w której zadaliśmy pytanie w sprawie tej dolegliwości. Następnie napisała do nas list, w którym pytała, czy chcemy żeby nam przysłała trochę jaskółczego ziela. Natychmiast odpowiedziałem, że spadła mi z nieba i wyraziłem swą radość z jej pomocy. A Iwona jak napisała tak uczyniła i po kilku tygodniach paczuszka z Anglii (tęsknie wyglądana) dotarła cała i nienaruszona.

Jeszcze tego samego dnia (a było to pamiętnego 1-go listopada 2017-go roku) rozpocząłem leczenie, polegające na piciu tych ziółek dwa razy dziennie, rano i wieczorem przez trzy miesiące. Potem miesiąc przerwy i potem znów trzy miesiące picia. Na moje szczęście tym miesiącem przerwy był luty, najkrótszy miesiąc w roku, hehe. Zawsze to kilka dni mniej.

Tylko że do końca maja już nie mogłem dociągnąć z piciem jaskółczego ziela, gdyż moje ciało już się nim nasyciło i więcej go nie przyjmowało. Żołądek dawał o tym wyraźnie znać, więc w połowie maja skończyłem pić to cudowne lekarstwo. Trochę się tym zasmuciłem, bo chciałem równo z końcem miesiąca zakończyć to leczenie. No ale trudno, nic na siłę. I znowu kilka dni lepiej, a potem znowu gorzej. Już kilka razy tego doświadczyłem - nawrotów tej dolegliwości. Już zaczynało brakować mi cierpliwości. Ale cóż, trzeba podejmować następne wysiłki i próbować dalej. I co się okazało. Dosłownie kilka dni temu obejrzałem nagranie mówiące o zbawiennym działaniu wody z solą morską. A właściwie chodzi o porządne nawadnianie ciała i jego właściwe nawadnianie, co jak się okazało wcale nie jest takie proste.

A skoro tak, to postanowiłem, że w końcu utopię tę swoja prostatę w wodzie, bo już czas najwyższy się wyleczyć i mam tego po prostu dość. Tak więc dosłownie od dwóch dni piję wodę szklankę za szklanką i… pomaga. Tak, pomaga. Zresztą już wcześniej moja żona znalazła taką wiadomość, że w przypadku tej dolegliwości trzeba pić dużo wody. A chorzy tego unikają i piją jej mało, bo wiadomo - ta choroba objawia się również trudnościami w trzymaniu moczu. (Którejś nocy, chyba dwukrotnie tak się zdarzyło, że do łazienki musiałem wstawać co piętnaście, dwadzieścia minut. I tak do rana. Średnia przyjemność, bo to ból, cierpienie i zmęczenia. Już pisałem? No tak, ale tak jakoś trudno o tym zapomnieć, bo to wszystko naprawdę bardzo daje się we znaki, a o tym to już każdy chory wie najlepiej).

Co dalej? A to się dopiero okaże. W każdym razie jestem bardzo dobrej myśli, bo znowu będę mógł działać bez żadnych obaw, trudności ani ograniczeń, gdyż jak dotąd, to po wyjściu z domu i po paru zaledwie krokach chce się natychmiast skorzystać z łazienki. A wiadomo, że nie zawsze można uniknąć jakiegokolwiek wysiłku fizycznego, skoro w domu gotowanie, sprzątanie, a do tego zakupy czy inne prace. W każdym razie jakoś szczególnie się nie oszczędzam, przecież jestem silny i zdrowy, tylko teraz tak jakoś chwilowo nie domagam. I wiem, że jest już po wszystkim i staram się zachować hart ducha, a każdy nowy dzień zaczynać z nową otuchą i nadzieją, że wreszcie przeżyje go całego bez najmniejszego śladu bólu, cierpienia i zmęczenia.

Zresztą, ból to przecież tylko dolegliwość ciała. Układ nerwowy przekazuje do mózgu wiadomość, powiadamia o jakimś niekorzystnym zjawisku, które właśnie wystąpiło. Jest to znak, że coś jest nie tak. Jednak cały czas jest to na poziomie cielesnym, a ciałem to ja rzecz jasna nie jestem, bo jestem duszą, a duszy przecież nic nie boli. Duszy nic nie sprawia żadnego bólu. Dusza w taki sposób wcale nie cierpi. (Cierpi na wiele innych sposobów, ale nigdy w tym znaczeniu). Żadne cielesne cierpienie nie może jej zaszkodzić. I taka myśl pomaga mi w każdym dniu mojego pięknego życia i nadal mnie pokrzepia nową nadzieją. Również i tą, że kiedyś ta choroba musi się wreszcie skończyć.

Tak czy inaczej czasem naprawdę warto trochę się pomęczyć, żeby doznać takiej ulgi, a przede wszystkim doświadczyć na sobie błogosławieństwa leczenia się skarbami i darami Matki Przyrody, korzystając z bardzo dobrych rad prawdziwych przyjaciół, najpierw Tych na Wysokości, jak również i tych, znajdujących się między nami, innych ludzi, co zupełnie bezinteresownie potrafią się dzielić tak cenną wiedzą i doświadczeniem. Jednak to tylko od nas samych zależy, czy z tej pomocy, z tych porad skorzystamy, a zwłaszcza czy im UWIERZYMY, żeby uniknąć bólu, cierpienia i zmęczenia, a zwłaszcza niepotrzebnych kłopotów i trudności tego wcielenia!